Archiwa kategorii: Zapiski z cienia

Pod znakiem grzyba

Jesień zbliża się, przyspiesza. Za oknem deszcz. Wieczorne wichury ustały i ranek przywitał mnie miarowym kap kap o blaszany parapet. Ten rytm i szum rozjeżdżanych przez koła samochodów kałuż uspokaja mnie najbardziej. Mój oddech wydłuża się, myśli układają się miarowo i logicznie. Spowalniam.

Miniony tydzień jawił się pod znakiem grzyba. Cała Polską wyruszyła z koszykami, hobokami* i reklamówkami po mięso tej ziemi, wydeptując nowe trajektorie ścieżek wokół nieszczęsnych sosen, brzózek i dębów. Relacje można oglądać na każdym kanale telewizyjnym, i na każdym skrawku mediów społecznościowych jak Internet długi i szeroki. Grzyby, podgrzybki, maślaki, borowiki! Dywany usiane brązowymi kapeluszami na rolkach wysportowanych mężczyzn z twarzami uradowanych dzieci w bluzach adidasa, ze skierowanym palcem w dół, wskazującym tu, i tu, i tu!

Temat wojny i dryfujących w wodzie dronów poszedł w odstawkę. I w zapomnienie odeszła Lalka, zarówno serial na Netfliksie, jak i premiera kinowa, która jeszcze nie nadeszła ale, wszyscy już dokładnie wiedzą, jak bardzo będzie spieprzona. Grzyby nie mają tego problemu. Grzyb do zrozumienia jest jasny i klarowny. Czerwony truje brązowy karmi i rozkoszuje delikatne podniebienia, no chyba, że ktoś się pomyli wtedy newsy przejmą specjaliści mykolodzy, okuliści, przyrodnicy, leśnicy, rady znawców, poruszone do głębi panie na ganku i Pan Henryk nam wyjaśni, powie wprost bez ogródek, o tym, co nie należy powziąć – tych nieznanych – nie ryzykować! Wyrzucać, za siebie jak najdalej, bo żołądek ma się jeden, nie wspominając o wątrobie i innych organach.

I urosną słupki oglądalności jak po deszczu, jak nowe ceny paliw w tym całym podtrzymywanym na dwóch zapałkach gównodziennikarstwie. Zostawiając nas w przedpokoju nadchodzących zdarzeń niepewnych, strasznych i groteskowych zarazem bez możliwości ucieczki od nich i przed nimi.

Ciekawostka:

okazuje się, że słowo „hobok” nastręcza wielu kłopotów szanownym internautom, jedni uważają wraz ze słownikiem SJP.pl, że w języku polskim taki wyraz nie istnieje, inni, że jest używany od lat i ma się dobrze. Dodam, że, w moim słowniku istnieje od dawna jako plastikowy pojemnik na farbę z metalowym uchwytem używany niemalże do wszystkiego…, ale dyskusja jaką się odbyła na ten temat w komentarzach jest nad wyraz ciekawa, zatem dzielę się komentarzami, ponieważ ubawiły mnie niezmiernie xD

hobok ✕*

nie występuje w słowniku  – hobok „hobok” „hobok” – x/twitter  


KOMENTARZE

madzia204xd # 2009-07-22

hobok- zamykany pojemnik metalowy o pojemności do 50 l wyposażony w dwa uchwyty do przenoszenia. Używany najczęściej w przemyśle lakierniczym i chemicznym.

chupakabra # 2011-12-03

No właśnie, są takie wyrazy jak jenotowa lub oposowa, ale nie ma szakalowa ani hienowa, ale czemu nie ma hobok, za opisem jak wyżej??? Literaki to jest wylęg słowotwórczych szkodników, grający w tę grę nie uczy się pięknego naszego języka polskiego, tylko koduje sobie w głowie jakieś dziwne słowa, nieprzydatne absolutnie w życiu codziennym. PRECZ Z OGŁUPIANIEM POLAKÓW!!!

~gosc # 2014-12-11

Hobok – plastikowe lub metalowe wiaderko z pokrywką (lub beczka z pokrywką) i uchwytem do przenoszenia. Najczęściej służy do przechowywania materiałów płynnych np. w przemyśle chemicznym (np. farby, lakiery, kleje), spożywczym (sosy, marynaty, koncentraty, pasty itp.) lub sypkich (granulaty chemiczne, przyprawy spożywcze). Najpopularnijesze pojemności: od 5 do 50 l.

~gosc # 2014-12-11

W Google po wpisaniu „obok” od razu pojawiły mi się zdjęcia hoboków. Więc słowo może być w słowniku.

~gosc # 2016-03-19

mój mąż też uważa ze hobok to słowo którego od dawna się używa i ze jest to własnie taki metalowy pojemnik.Nie rozumiem tego słownika. Skoro są tu rożne nawet potoczne wyrazy dopuszczone to dlaczego nie ma tego wyrazu????????????

~gosc # 2017-02-23

Prosimy o dodanie słowa HOBOK
hobok farby na przykład – wyraz istnieje w słowniku polskim

~gosc # 2020-02-14

jaki hobok? to śmietnik się nazywa

~gosc # 2020-04-04

Hobok to popawnie smietnik

~gosc # 2020-04-10

@~gosc: chyba masz na myśli hasiok…

~gosc # 2020-06-08

Hobok – uzywane w Wilkowie na Warmii i czesto slyszane na Starosielcach w Bialymstoku. Oznacza smietnik.

~gosc # 2022-04-26

Jaki hobok? ŚMIETNIK! Gdzie ty jesteś? Ty chyba u ciebie tam na wiosce tak gadali, a u mnie to Białystok to jest. Hobok? A, a, tam gdzie daszki duże, śmie-śmietniki stoją. A co, to jest hobok?

~gosc # 2022-04-29

A „tam na wiosce” nie mówią w języku polskim? Gwara to pełnoprawna regionalna odmiana języka. Zastanów się.

dodaj…”

Wracając do grzybów, są piękne i najlepiej wychodzą na zdjęciach, udanego grzybobrania!

Czy to będzie bolało? O śmierci, przypadku i dziwnej sile, którą nazywamy przeznaczeniem

„Is it time? Does it hurt?” — „Już czas? Czy to boli?”

To pytanie pojawia się w Aniołach Denisa Johnsona. Powieści, która zaczyna się jak historia o złych życiowych wyborach, a kończy w miejscu, z którego nie ma już żadnego wyjścia.

Bill Houston zostaje skazany na śmierć.

Johnson prowadzi go aż do komory gazowej. Nie zatrzymuje się przed drzwiami, jak robi to wielu pisarzy. Idzie dalej — w stronę ostatniego oddechu.

Bill orientuje się, że właśnie wziął ostatni wdech swojego życia. Znajduje się, jak pisze Johnson, gdzieś „w ciemności pomiędzy uderzeniami serca”. Czeka.

Następnego uderzenia już nie będzie.

I teraz nie myśli o sobie.

Postanawia pomodlić się za innego człowieka.

To jedno z najbardziej przejmujących zakończeń współczesnej literatury amerykańskiej. Nie dlatego, że wyjaśnia śmierć.

Dlatego, że niczego nie wyjaśnia.

Pozostawia człowieka w tej niewyobrażalnie małej przestrzeni pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim. (The Guardian⁠)

Człowiek, który zna godzinę swojej śmierci

Większość z nas wie, że umrze.

Ale jest to wiedza osobliwa.

Abstrakcyjna.

Śmierć znajduje się gdzieś za wszystkim, co planujemy.

Najpierw poniedziałek. Następnie lato. Następna książka. Rachunki. Wyjazd. Telefon do kogoś. Obiad. Praca. Jeszcze jedno zdjęcie. Jeszcze jedna rzecz, którą trzeba zrobić.

Nasze życie psychiczne jest właściwie zbudowane z przyszłości.

Potem.

Skazany, któremu wyznaczono termin egzekucji, znajduje się w sytuacji radykalnie odmiennej.

Przyszłość ma widełki.

Nie: kiedyś umrę.

Ale:

w środę rano.

Co dzieje się wtedy z człowiekiem?

Intuicja podpowiada, że musi pozostać wyłącznie przerażenie. Tymczasem badania ostatnich wypowiedzi ludzi stojących bezpośrednio przed egzekucją przynoszą wynik znacznie bardziej skomplikowany.

W analizie 79 ostatnich wypowiedzi więźniów straconych w Teksasie najczęstszym motywem była miłość — obecna w 82 procentach wypowiedzi. Duchowość pojawiała się w 52 procentach, żal w 39 procentach. (PubMed⁠)

Późniejsza analiza obejmująca lata 2002–2017 dała podobny obraz: miłość — 78 procent, duchowość — 58 procent, żal i przeprosiny — po 35 procent. (PubMed⁠)

Jeszcze inne badanie przeanalizowało komputerowo ostatnie słowa 407 skazanych. Ponad 80 procent wypowiedzi zawierało więcej słów wyrażających emocje pozytywne niż negatywne. Charakterystyczne było również przesunięcie języka ku teraźniejszości i relacjom z innymi ludźmi, a nie ku samej śmierci. (Frontiers⁠)

Jakby na samym końcu ogromna część świata nagle odpadała.

Zostaje:

kocham.

przepraszam.

wybaczam.

dziękuję.

jestem tutaj.

Czy to będzie bolało?

Nie znaczy to, że człowiek przestaje się bać.

Badania ludzi terminalnie chorych pokazują coś zupełnie innego. Lęk dotyczy bólu, utraty kontroli, rozstania z bliskimi, zanikania własnego „ja” i czegoś jeszcze trudniejszego do nazwania:

nieznanego.

W jakościowym badaniu osób z zaawansowaną chorobą nowotworową pacjenci mówili o przerażeniu możliwością cierpienia przed śmiercią, ale również o dziwnej niemożności wyobrażenia sobie własnego nieistnienia.

Świat będzie.

Mnie nie będzie.

Umysł potrafi wypowiedzieć to zdanie, ale nie bardzo potrafi je sobie wyobrazić. (DOI⁠)

Dlatego pytanie z Aniołów jest takie ludzkie.

Czy to boli?

Cała metafizyka śmierci zostaje nagle sprowadzona do ciała.

Możemy czytać Heideggera, Epikura, stoików. Możemy mówić o duszy, wieczności, nicości i przeznaczeniu.

A człowiek może na końcu zapytać po prostu:

czy będzie bolało?

30 września 2026

Tego dnia w Tennessee miała zostać stracona pięćdziesięcioletnia Christa Pike, skazana za zabójstwo 19-letniej Colleen Slemmer w 1995 roku.

Procedura była zaplanowana.

Prawo zrobiło wszystko, co ludzie robią, kiedy próbują wyeliminować nieprzewidywalność.

Jest wyrok.

Termin.

Pomieszczenie.

Personel.

Protokół.

Substancja.

Dawka.

Świadkowie.

Człowiek zostaje unieruchomiony, a następnie rozpoczyna się procedura, której wynik wydaje się najbardziej przewidywalnym wynikiem na świecie.

Śmierć.

Pike otrzymała pentobarbital.

Nie umarła.

Podano kolejną dawkę.

Nadal żyła.

Świadkowie opisywali odgłosy przypominające ciężki oddech lub chrapanie. Egzekucję ostatecznie przerwano. Pike przewieziono do szpitala. Według informacji z 2 października pozostawała nieprzytomna, podłączona do respiratora i znajdowała się w stanie krytycznym. (Reuters⁠)

Jej ręce były poważnie uszkodzone.

Najbardziej przyziemne wyjaśnienie jest jednocześnie najbardziej prawdopodobne: wystąpiły problemy z dostępem dożylnym i lek przedostał się do tkanek zamiast prawidłowo do krwiobiegu. (Reuters⁠)

Nie potrzeba więc anioła.

Nie potrzeba Mojry przecinającej niewłaściwą nić.

Nie potrzeba niewidzialnej ręki odciągającej człowieka od śmierci.

Wystarczy ciało.

Żyła.

Igła.

Tkanka.

Błąd.

A jednak historia nie chce się na tym skończyć.

„Widocznie to nie był jego czas”

Wyobraźmy sobie inną sytuację.

Człowiek spóźnia się na samolot.

Powód jest banalny. Budzik nie zadzwonił. Samochód nie chciał zapalić. Na drodze korek.

Samolot startuje.

Potem dochodzi do katastrofy.

Nagle zepsuty samochód przestaje być zepsutym samochodem.

Staje się znakiem.

„Coś mnie zatrzymało.”

„Miało mnie tam nie być.”

„Widocznie jeszcze nie był mój czas.”

Co właściwie wydarzyło się pomiędzy awarią samochodu a tą myślą?

Zmieniła się nie przyczyna.

Zmieniło się znaczenie.

Psychologia zna ten mechanizm.

W serii eksperymentów badacze prosili ludzi o wyobrażanie sobie alternatywnego przebiegu ważnych wydarzeń z własnego życia.

Co by było, gdybym wtedy tam nie poszedł?

Gdybym nie spotkała tej osoby?

Gdybym wybrał inną drogę?

Okazało się, że takie myślenie kontrfaktyczne zwiększało poczucie znaczenia wydarzenia. Jednym z mechanizmów prowadzących do tego efektu było pojawienie się przekonania o losie:

„tak miało być”. (PubMed⁠)

Jeszcze inne badania pokazują, że ludzie mają skłonność do przypisywania ważnym wydarzeniom życiowym celu — że wydarzyły się po coś. Tendencja ta nie ogranicza się wyłącznie do osób religijnych. (PubMed⁠)

Przypadek jest dla ludzkiego umysłu trudny.

Znaczenie jest kotwicą.

Mojry już to wiedziały

Być może dlatego przeznaczenie jest jednym z najstarszych pomysłów człowieka.

Grecy mieli Mojry.

Kloto przędła nić życia.

Lachesis ją mierzyła.

Atropos przecinała.

Nawet bogowie nie zawsze mogli przeciwstawić się temu porządkowi.

Później stoicy stworzyli znacznie bardziej wyrafinowaną wersję podobnej intuicji.

Los nie musiał oznaczać kapryśnego bóstwa przesuwającego ludzi po planszy.

Mógł być łańcuchem przyczyn.

Jedno wydarzenie wynika z poprzedniego, to z wcześniejszego i tak dalej. Stoickie fatum opisywano właśnie jako naturalny, nieprzerwany porządek przyczyn, w którym jedno zdarzenie następuje po drugim. (Stanford Encyclopedia of Philosophy⁠)

To niezwykle współczesna myśl.

Może przeznaczenie nie potrzebuje żadnej nadprzyrodzonej siły.

Może wystarczy nieskończona liczba przyczyn, których nie jesteśmy w stanie uchwycić.

Spinoza i człowiek, który nie widzi sznurków

Spinoza poszedł jeszcze dalej.

Dla niego w naturze nic nie było naprawdę przypadkowe. Każde zdarzenie miało swoje przyczyny, a one miały wcześniejsze przyczyny.

Człowiek uważa siebie za wolnego między innymi dlatego, że widzi swoje pragnienia i decyzje, ale nie widzi całego szeregu przyczyn, które doprowadziły go właśnie do nich.

Nie stoimy poza naturą.

Jesteśmy wewnątrz niej.

Jednym z jej zdarzeń. (Stanford Encyclopedia of Philosophy⁠)

Z tej perspektywy zepsuty samochód przed katastrofą lotniczą nie jest ani cudem, ani „znakiem”.

Jest kolejnym ogniwem.

Tylko człowiek, patrząc wstecz, zaznacza je czerwonym kółkiem.

Tutaj.

Tutaj coś zdecydowało o moim życiu.

Ale dlaczego czerwone kółko pojawia się właśnie tam?

Bo człowiek nie tylko doświadcza świata.

Człowiek bezustannie go interpretuje.

Psychologia poznawcza pokazuje, że potrafimy dostrzegać wzory nawet w danych powstałych losowo. Skłonność do widzenia takich wzorców wiąże się między innymi z przekonaniami nadprzyrodzonymi. (PubMed⁠)

Nie oznacza to, że każde doświadczenie sensu jest złudzeniem.

To znacznie subtelniejsza sprawa.

Oznacza jedynie, że umysł jest urządzeniem poszukującym znaczenia.

Być może musiał nim zostać.

Świadomość własnej śmierci jest niezwykłym ciężarem poznawczym. Teoria opanowywania trwogi — terror management theory — zakłada, że świadomość nieuchronności śmierci uruchamia mechanizmy, dzięki którym podtrzymujemy światopoglądy, wartości i znaczenia pozwalające nam żyć pomimo tej wiedzy. (Słownik APA⁠)

Wiemy, że umrzemy.

A mimo to rano nastawiamy budzik.

Kupujemy książkę, której jeszcze nie przeczytaliśmy.

Sadzimy drzewo.

Robimy plany.

Mówimy komuś: do zobaczenia…

Im bliżej śmierci, tym mniej śmierci?

Jedno z najdziwniejszych odkryć pojawiło się w 2017 roku.

Badacze porównali ludzi, którzy wyobrażali sobie własną rychłą śmierć, z ludźmi rzeczywiście do niej zbliżającymi się.

Analizowano blogi osób terminalnie chorych na nowotwory i ALS oraz ostatnie słowa więźniów przed egzekucją.

Ludzie wyobrażający sobie śmierć przewidywali znacznie więcej negatywnych emocji.

Tymczasem język osób znajdujących się blisko śmierci był średnio bardziej pozytywny i mniej negatywny. W blogach osób terminalnie chorych wraz ze zbliżaniem się śmierci wzrastała nawet liczba pozytywnych słów. (Sage Journals⁠)

Nie znaczy to:

śmierć nie jest przejmująca.

Znaczy:

może źle wyobrażamy sobie człowieka stojącego przed śmiercią.

Wyobrażamy sobie, że cały jego umysł zostanie zajęty przez śmierć.

Tymczasem on może myśleć o miłości.

O człowieku stojącym za szybą.

O Bogu.

O przebaczeniu.

O bólu ręki.

O tym, żeby powiedzieć komuś ostatnie zdanie.

Być może psychika robi wtedy coś, czego człowiek obserwujący śmierć z bezpiecznej odległości nie potrafi przewidzieć.

Świat ogromny kurczy się do ziarenka zamkniętego w dłoni.

A potem ktoś nie umiera

I tu historia Pike staje się niepokojąca.

Nie dlatego, że dowodzi istnienia przeznaczenia.

Nie dowodzi.

Medycyna może wskazać mechanizm.

Prawo może wskazać błąd proceduralny.

Farmakologia może wyjaśnić działanie pentobarbitalu.

Każde kolejne pytanie może otrzymać kolejną przyczynę.

Ale pozostaje pytanie innego rodzaju.

Nie:

jak to się stało?

Tylko:

co to znaczy?

Nauka jest znakomita w odpowiadaniu na pierwsze pytanie.

Drugie należy do człowieka.

Dlatego przez tysiące lat wymyślaliśmy fatum, Mojry, opatrzność, przeznaczenie, szczęście, pecha, znaki, synchroniczność, „drugie życie” i zdanie powtarzane w niezliczonych wersjach:

widocznie jeszcze nie był jego czas.

Nie dlatego, że potrafimy udowodnić istnienie niewidzialnej siły.

Dlatego, że niezwykle trudno jest przyjąć, iż wydarzenie, które zmieniło całe nasze życie, mogło samo w sobie niczego nie znaczyć.

Ciemność pomiędzy uderzeniami

I dlatego wracam do Denisa Johnsona.

Bill Houston znajduje się w ciemności pomiędzy jednym uderzeniem serca a następnym.

Nie dostaje odpowiedzi.

Nie poznaje konstrukcji wszechświata.

Nie dowiaduje się, czy jego życie było częścią planu.

Nie otrzymuje dowodu na przeznaczenie.

Robi coś subtelnego.

Myśli o drugim człowieku.

Właśnie to jest niezwykłe w badaniach ostatnich słów.

Na granicy, na której spodziewalibyśmy się absolutnego „ja” — ja umieram, ja znikam, mnie za chwilę nie będzie — tak często pojawia się ktoś inny.

Kocham cię.

Wybacz mi.

Dziękuję.

Pamiętaj o mnie.

Może największą tajemnicą nie jest to, dlaczego czasami człowiek, który powinien umrzeć, nadal żyje.

Może tajemnicą jest to, co robi ludzki umysł, kiedy wie, że nie będzie już żadnego jutra.

A przeznaczenie?

Nie wiem.

Może jest siłą.

Może łańcuchem przyczyn.

Może przypadkiem.

Może opowieścią, którą nakładamy na chaos, żeby można było w nim przetrwać.

Jednak czasami wydarza się coś, co daje się dokładnie wyjaśnić — żyłą, igłą, korkiem na drodze, spóźnionym pociągiem, jednym przypadkowym telefonem —

i mimo wszystkich wyjaśnień pozostaje w nas ciche, niewygodne wrażenie:

jakby historia miała potoczyć się właśnie tak.

Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby…

„But the only way for the bird to understand the fish is by swimming with them”,

„Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby, to pływać razem z nimi” — mówi Nikołaj Ustinow, były agent KGB grany przez Kennetha Branagha, w filmie Mayday (polski tytuł: Katastrofa w duecie, 2026). Film wyreżyserowali John Francis Daley i Jonathan Goldstein. Kormoran staje się tu metaforą poznania obcego świata przez zanurzenie się w nim.

Czy kormoran rozumie świat ryb? Czy ma świadomość ich złożonego środowiska, czy porostu działa instynktownie, reagując wyłącznie na ruch? Tego do końca nie wiemy. Nauka nie daje gotowych odpowiedzi. Większości rzeczy możemy się tylko domyślać, a raczej z pokorą przypuszczać. Możemy być tylko obserwatorami. Dziękuję złożonym okolicznościom, sobie i światu, że mogę być obserwatorem.

W Dolinie Baryczy świt wyglądał zjawiskowo, nierealnie. Pomarańczowe światło przykryło całą „Wyspę kormoranów”, jak welon dobrej wróżki. Siedziały na wyschniętych gałęziach i wyglądały bardziej jak stado wygłodniałych kruków na ramionach przygarbionych czarownic, niż jak typowe ptaki z rozlewiska.

Niskie, chrapliwe krakanie, chrząkanie, kwiczenie oraz gardłowe rzężenie wydobywało się z ich haczykowatych dziobów. Zdradzały ich tylko te przykrótkie kacze łapki, te nieopierzone, płaskie błony nasadzone na szkielety palców. Gdyby nie one, te piękne czarne ptaki wyglądałby bardziej drapieżnie, srogo, a tak zdają się tyko dzikimi gęśmi. Jednak my, dobrze wiemy, co tam kipi pod piórami, że za tą niewinną maską, kryje się żarłoczna bestia, nad którą trudno zapanować.

Ten potwór żre, a jego żarłoczność przechodzi wszelkie granice wytrzymałości rybaków stawowych, ichtiologów wszelakiej maści oraz najbardziej zdesperowanej grupy, a mianowicie wędkarzy, którzy najchętniej nadziali, by ich tuszki na nieumyte pale i usmażyli na śmierdzącym koksowym grillu…

Ten potwór ma to jednak gdzieś bo „przekracza granice dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast, dostosowuje się do drugiego z nich”. Kormoran widzi pod wodą, a także słyszy, reagując spontanicznie na wszelaki ruch ryb.

Kormorany doskonale wiedzą jak reagują ławice ryb. Często polują stadnie, wykazując się zaawansowaną współpracą. Otaczają ławicę wspólnym frontem zagarniają ryby na płycizny lub w stronę brzegu. W mętnej wodzie celowo płoszą ryby w kierunku powierzchni, gdzie dociera więcej światła słonecznego, czyniąc ofiary całkowicie bezbronnymi. Do tego mogą wznosić się nad chmurami i spotykać się przy kawie z czarnymi braćmi i siostrami na, niewielkim skrawku ziemi, oddalonym od brzegu na tyle bezpiecznie, że budują tam swoje koszykowate gniazda. Rozmawiają o trudach dnia, patrzą w niebo, rozkładają szeroko czarne skrzydła i delektują się kolejnym wschodem słońca.

Z oddalonego brzegu patrzę wciąż na ten surrealistyczny obraz odbijający się w lustrze zimnej wody.

Wyspa i czarne sylwetki siedzące na suchych gałęziach swojego świata, kiedy ja wciąż głodna i bez kawy, muszę już wracać do swojego, zanim uniosą się mgły i świt rozkręci się na dobre.

Badania, poszukiwania

Najbardziej zaskakujące odkrycie jest takie: kormoran potrafi błyskawicznie nastawić wzrok po zanurzeniu, ale pod wodą wcale nie widzi wyjątkowo ostro. Jego sposób polowania opiera się także na bliskości, ruchu i prawdopodobnie innych sygnałach. Większość poniższych badań dotyczy kormorana zwyczajnego (Phalacrocorax carbo); tam, gdzie chodzi o inny gatunek, zaznaczam to osobno.

Co naprawdę widzi kormoran?

  1. Przestawia ostrość niemal w chwili zanurzenia. W badaniu kormoranów zwyczajnych zmiana ustawienia oka następowała w ciągu 40–80 milisekund od wejścia pod wodę. Badacze stwierdzili też, że oko ustawiało ostrość na obiekt znajdujący się bardzo blisko, mniej więcej w odległości długości dzioba. Ptak przekracza granicę dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast dostosowuje się do drugiego z nich. journals.biologists.com
  2. Ta szybka zmiana nie daje mu „sokolego wzroku” pod wodą. W doświadczeniach mierzących rozróżnianie szczegółów ostrość widzenia kormoranów okazała się zaskakująco słaba: badacze porównali ją do wzroku człowieka patrzącego pod wodą bez maski. Zaproponowali obraz polowania bliższy czapli wypatrującej zdobyczy z bliska niż drapieżnemu ptakowi dostrzegającemu ją z daleka. Zdolność ustawienia ostrości i zdolność rozróżniania drobnych szczegółów to dwie różne rzeczy. journals.plos.org
  3. Mętna woda szybko odbiera mu informacje. W innym eksperymencie kormorany wykrywały ryby wzrokiem, lecz skuteczność spadała wraz z odległością i zmętnieniem wody. W testowanych warunkach radziły sobie lepiej niż przypadek nawet przy rybie oddalonej o ponad trzy metry, więc nie należy zamieniać wcześniejszego porównania z ludzkim wzrokiem w sztywną zasadę „widzi tylko na metr”. To, co ma zobaczyć, i w jakiej wodzie, ma znaczenie. The Company of Biologists

Co dzieje się poza wzrokiem?

  1. Kormoran słyszy również pod wodą. Badanie słuchu kormoranów zwyczajnych potwierdziło odbieranie przez nie podwodnych dźwięków. To nie dowodzi jeszcze, że podczas polowania lokalizują ryby słuchem. Daje natomiast mocny powód, by nie opisywać ich podwodnego świata jako wyłącznie obrazu: jest w nim także dźwięk. The Company of Biologists
  2. Polują nawet podczas nocy polarnej. Obserwacje kormoranów zwyczajnych nurkujących w takich warunkach skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy przy zdobywaniu pokarmu korzystają również z sygnałów innych niż wzrok. Które sygnały i jak dokładnie wykorzystują, nie zostało tym badaniem rozstrzygnięte. To jedna z najbardziej intrygujących luk: wiemy, że schodzą po ryby w ciemność, ale nie wiemy jeszcze w pełni, jak odnajdują tam zdobycz. PMC
  3. Kamera umieszczona na ptaku pokazała polowanie z jego perspektywy. U kormoranów cesarskich, a więc innego gatunku, nagrania z miniaturowych kamer pozwoliły badaczom obserwować poszukiwanie pokarmu pod wodą i środowisko, w którym ptaki to robią. To cenna inspiracja dla tematu „sposobów widzenia”: po raz pierwszy człowiek może zobaczyć fragment polowania z miejsca, w którym znajduje się ptak. Kamera pokazuje jednak obraz przed sobą, nie odtwarza tego, jak ptak go postrzega. PMC

Jest jeszcze jeden szczegół, który komplikuje obraz kormorana jako idealnej „maszyny do nurkowania”: jego pióra nie działają jak szczelny kombinezon. Badania struktury piór wskazują, że podczas głębszego nurkowania woda może przenikać przez ich zewnętrzną strukturę. Ptak zyskuje dzięki temu inne warunki zanurzenia, ale płaci cenę za przebywanie w wodzie utratą ciepła. pubmed.ncbi.nlm.nih.gov

Kormoran nie poznaje świata ryb z wysokości. Zanurza w nim własne ciało i godzi się na to, że nawet wtedy nie zobaczy wszystkiego.

Nie zapomnij o świcie

Pędziłam na złamanie dębową alejką przed mgłami rozpościerającymi się na powierzchni stawów. W oddali odgłosy byków z rykowiska jak przeciągane grube tony niedźwiedzi. Nad wszystkim rozlewa się dzika kakofonia gęsi, kormoranów, czapli. Gdzieś w szóstym tle słyszę pojedyncze trąbienie żurawi. Coś czuję, że z nimi znowu się dzisiaj nie uda. Przyspieszam, przede mną chłopak i dziewczyna, pewnie zajmą najlepsze miejsce, rozłożą te długie tuby na czarnych patykach statywów i zobaczą spektakl w całej okazałości.

Muszę iść dalej, dotrzeć do wyspy, tam są wszystkie gatunki razem, szansa na zbliżenie tych monstrualnych dziobów wystających znad trzcin… jak dinozaurów we mgle jest większa zwłaszcza dla aparatu z ręki.

A parka, tych dwojga ku mojemu zdziwieniu rozkłada kocyk, wyciąga termos z kawą i dwie kolorowe filiżanki. Siadają i patrzą w stronę…, właśnie, w stronę wschodu. Wyciągają komórki. No tak, wschód. Jak można, o nim zapomnieć. Jak można zapomnieć o wschodzie!

Wschód w tej krainie ptaków jest królem jeśli nie Bogiem. Przynosi czerwone światło, rozkłada delikatnie na tafli, rozpuszcza i rozciąga na falach, w miliardach podskakujących rozbłysków. Odbija się na brzegach tych dziwacznych filiżanek, które utkwiły w mojej głowie. Przystaję i widzę spokojną pomarańczową kulę wydobywającą się z pomiędzy koron drzew, zaczyna się… Przystaję. Ta chwila… Jak płomień zostaje w każdej tkance. Wyciągam aparat strzelając serię za serią zanim odwrócę się i pójdę przed siebie zostawiając spektakl ludziom z filiżankami.

Dolina Baryczy, sobota, 19.09.2026

Odkładanie

Odkładanie zbiera się podstępnie z tyłu głowy, odstawia swój rytualny taniec łapiąc się za ręce i wirując wokół wysokich płomieni. To wirowanie nie daje spać, ani myśleć myślą jasną, a wysysa tyle energii, że czuję się totalnie rozładowaną ogromną baterią.

Odkładanie zbiera się w stosy tworząc monstrualne wieżowce. Już, już wracam do smażonego kotleta, już już ściągnę szumowinę z ramenu, już rozwieszam pranie… Już, już piszę… Tu się przypala, tam gnije, rośnie w bębnie za szybką, a pisanie zarasta pleśnią. Koniec końców doklejam linki w kolejnej aktualizacji.

Odkładanie zostało odłożone. Dokończone czyli niezrobione. Spis treści niezrobienia przesuwa kolejne rozdziały. Jutro odbije się kortyzolową czkawką. Odłożenie męczyć będzie miesiącami w statusie niedokonania, śledzenia, przypuszczenia, mielenia…

I znów jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest cisza, a jak cisza to cień, a jak cień, to ten dziki pod drzewami, trawami. A jak spokój, to tylko z wiatrem, świeżością pozbawioną ryku miasta. O tak, iść przed siebie, bez plecaków, zbędnych balastów, w oderwaniu… Iść Stachurą. I bez tego snu co wczoraj, bez niego, bez wszystkiego, bez niczego, iść…

Galeria nie nadążam

Sobota, 5.09.2026, zapiski na serwetkach

A na koszulkach w galerii Wałbrzych kobiety sprzątające mają napis Usługa czyszczenia.

Usługa czyszczenia – niebywałe.

Napis na plecach, pracujące starsze kobiety, jedna kuleje, ładniej: utyka na jedną nogę, plastikowe skrzynki, nie pojemniki, …i wiaderka czerwone, toytoyowe obłe kształty turkusowe wykończenia, kolor miętowy i biały, a koszulki jednak chabrowe. Szepczą o czymś, nie widać ich za fortecą wózków za Stacją zwrotu naczyń. Nie widoczne dla tłumu, widoczne dla mnie. Z mojego miejsca widzę za dużo…

Obiady jak w domu, zdrowia smak, zwrot naczyń, do kącika wchodzimy bez bucików, galerie, galerie, galerianki, „Galeria Victoria Moja Twoja Nasza” a w białych prostokątnych murkach, w donicach zielonoe z żółtym obwódkami rosną szable, jeszcze lato a już wrzesień, pani z usługi upuszcza widelce… Stłumiony śmiech i znaczące spojrzenie w bok. Spuszczam wzrok. Zamów tutaj”, „kontakt w lokalu”. Czekam na jedzenie, czekam, blondyna po lewej łypie na mnie okiem, komentuje coś do innych blondyn, zna nie zna – nie wiem, nie wypada się obrócić, a z resztą, co mnie to… karta podarunkowa… Hello Kity, Hello Kebab – prezent idealny…

Zza półokrągłych okien widać drzewa, DRZEWA! Ich liście… korony szeleszczą tysiącem zielonych skrzydeł. Wiatr się wzmaga. Idą moje tosty z jajkiem i kawą. Zapinam bluzę, żeby nie zabrudzić koszuli. Koszule zawsze się brudzą. Tosty do dupy tak jak kawa… Kobiety z usługi czyszczenia zerkają na mnie, później odwracają wzrok i ruszają przed siebie gęsiego… Ruch się wzmaga, glośnieje, tłumnieje, gęstnieje, męczy… Czas się zbierać. Z torbami, zakupami, jeszcze do banku… i po koszulę… Ale najpierw do banku… Niech to się już skończy.

Wrzesień gęstnieje

Obiecuję sobie pisać. Niezależnie, codziennie nawet bez fabuły. Stasiukiem, Perecem po prostu pisać. Iść przed siebie w myślach, robić to regularnie, jak zadaną pracę. Jak pierwszą zmianę. Jak pisarz. Daję sobie pozwolenie. Zmniejszam natłok mechanicznej orki na zarobkowych poletkach w sieci. Przyznaję sobie czas. Uznaję siebie. Piszę.

Wrzesień to już nie to samo co kiedyś. Bez początków roku stał się bardziej przystępny i ludzki. Mogę zerknąć z daleka na przebiegających przez pasy. Na matki ciągnące rozczochranych chłopców przebranych za dorosłych i dziewczynki w biało czarnych sukienkach przypominających panie od polskiego. I nie przejmować się ich losem. Ich rozczarowaniem.

Mogę patrzeć jak licealiści pomalutku przewijają się parkowymi ścieżkami, zamiatając szerokimi nogawkami pył unoszący się w powietrzu, osadzający się leniwie na przedziałkach ich pedantycznie wyprasowanych długich włosów i czarnych koszulkach na ramiączkach, upamiętniając odchodzące w niwecz, kolejne polskie lato. Uczniowie przeczuwają, że za fasadą tych sztucznie rozdymanych rozpoczęć i zakończeń, nie kryje się nic szczególnego. Nic czego już by nie wiedziały.

Wracam myślami do ścieżek przy lesie. Na niby wyjeżdżam z miasta. Drzewa i pokrzywy rzucają migotliwe cienie na taflę glinianej dróżki. Zarastanie toczy się klasycznie od zewnętrznych brzegów. Zieleń upomina się o swoje. Po prostu rośnie. Rozrasta się. Gęstnieje. Powiększa. Wylewa z zarysów za nic mając krańce wyznaczone przez ludzi. Zmienia odcienie. Połyskuje w prześwitach i ciemnieje pod czwartym liściem. A ja idę. I w tym dzikim szmaragdzie robi się naprawdę dobrze.

Milcząca przyjaciółka

Wczorajszy wieczór utkwił mi w pamięci. Księżyc przed pełnią i gwiazdy. Wszystko wyraźnie jak nigdy. Kiedy ostatnio byłam w mieście po 22:00? Już nie pamiętam. Wszystko dzieje się za dnia, praca, zakupy,  praca, problemy, praca… Noc i wieczór jest do spania. Jeśli uda się zasnąć.

Wczoraj P. uparł się na kino. Kino w czwartek? Dlaczego nie!

Poszliśmy na „Milczącą przyjaciółkę”, albo przyjaciela: w zasadzie „Silent Friend”, hipnotyzujące uczucie spokoju, dźwięku i ciszy, a w roli głównej Miłorząb.

Przepiękny stary rozłożysty miłorząb, z tymi swoimi wachlarzykami z  jednym nietypowym wcięciem. Glinko Biloba na wzmocnienie pamięci i pracę mózgu.

O czym jest ten film? O naukowcu badającym fale mózgowe u niemowląt. O naukowcach badających fale „życiowe” roślin, o fascynacji przyrodą… O odkrywaniu,  tworzeniu, komunikacji  między tymi światami. O pasji i jednej, wyjątkowej pelargonii w oknie. Właściwie o wielu rzeczach, które muszę jeszcze dobrze poukładać sobie w głowie.

Główną osią były rośliny, fale i samotność. Samotność tworzenia lub tworzenie w samotności, i o odwadze w tej wędrówce ku nowemu. O szukaniu swojego miejsca, wybieraniu drogi, wychodzeniu naprzeciw,  przecieraniu ścieżek, poznawaniu… i o zachwycie. Arcy piękne kadry! Odcienie, faktury kory, światło przebijające przez blaszki liści i kielichy kwiatów. Podglądanie wszechrzeczy z pozycji mrówki ukrytej w sieci połączeń i sowy ukrytej w gałęziach drzewa. Głęboka cisza nieświadomych istnień.

To film ogród. Gęsty, lepki, pachnący. Ogród w deszczu, na przestrzeni wieków. Ogród wiosną wybuchający zielenią. Ogród podzielony kolorami epok od czarno-białego, chromatycznego, melancholijnego zachwytu początkującej, wyjątkowej studentki w latach 1908, do rozkwitu żółcieni i różu pewnej pelargonii w latach siedemdziesiątych, aż do zwykłej tonacji barw, czyli niebiesko szarej, naszego stulecia. Z pewnymi wyjątkami, kolorowych wibrujących fal emitowanych przez mózgi niemowlaków i drzewa. Trzy okresy w trzech wachlarzach barw, a po środku Miłorząb. W zasadzie to ONA. Tytułowa milcząca przyjaciółka, obserwatorka.

Dziwny to film, w którym widz obserwuje i zaczyna sam czuć, że jest obserwowany, przez nie zlokalizowaną świadomość istnień. Niesamowite wrażenie. Inny to film, bo mało w nim rozmów, a więcej dźwięków fal. Ktoś powiedział, że to esej ubrany w kino. Dla mnie to film, gdzie głównym bohaterem jest tło…

To film ogród. Ogród podzielony kolorami epok. To naukowe obserwatorium wszechrzeczy zamknięte w kadrach przeszłości i przyszłości, jak spacer po ścieżkach,  gdzie przewodnikiem niekoniecznie musi być człowiek. Bo człowiek jak to on, wciąż zmaga się ze swoją niewystarczalnością, pod drzewem pogrążony w niemocy swoich działań, nieświadomy swojego tła. Tła które do niego nieustannie szepcze i opowiada historie od czubków koron, aż po strzępki korzeni – ukryty wymiar. Pasja. Nauka. Natura. Samotność. Artystyczne makro kadry. Zapierające dech zbliżenia. Oskar za zdjęcia!

Wracając z Galerii dostrzegliśmy kunę. Niosła w pyszczku sierpówkę. Nieproporcjonalnie wielką do swoich wychudzonych rozmiarów. Spłoszona schowała się pod autem zaparkowanym przy naszej bramie. W popłochu zostawiła martwą gołębicę na krawężniku. Obserwowaliśmy w zdumieniu niespodziewane zdarzenie, może po filmie wyostrzyły nam się zmysły. Pewnie jeszcze ciepła… pomyślałam, jeszcze pulsuje w niej krew. Szare pióra na sztywniejącym ciele zaskoczonego we śnie ptaka. Drapieżnik czekał aż sobie pójdziemy. Nocne życie miasta tętni – istnieje poza naszą świadomością. Czwarty wymiar. Ktoś walczy. Ktoś obserwuje. Ktoś umiera. Ktoś wreszcie przestaje być głodny.

Recenzja:

„Milcząca przyjaciółka” — czego stary miłorząb może nauczyć człowieka o samotności, czasie i zachwycie? 🌿

Milcząca przyjaciółka to jeden z tych filmów, które bardziej się kontempluje, niż ogląda. Węgierska reżyserka Ildikó Enyedi — znana wcześniej między innymi z Dusza i ciało — stworzyła opowieść niezwykle delikatną, filozoficzną i niemal hipnotyczną. W samym centrum filmu nie stoi człowiek, lecz stary miłorząb japoński (Ginkgo biloba), który przez ponad sto lat obserwuje ludzkie losy w uniwersyteckim ogrodzie botanicznym w niemieckim Marburgu.  

To film o samotności, ale nie tej dramatycznej i krzykliwej. Raczej o cichej samotności ludzi, którzy próbują odnaleźć połączenie — z drugim człowiekiem, z naturą, ze sobą samymi. Trzy przeplatające się historie rozgrywające się w latach 1908, 1972 i 2020 tworzą rodzaj medytacji nad czasem, pamięcią i niewidzialnymi więziami między wszystkimi żywymi istotami. Miłorząb nie jest tutaj dekoracją. Jest świadkiem, milczącym opiekunem, niemal osobnym bohaterem filmu.  

„W 2020 roku neurobiolog z Hongkongu, badając umysł niemowląt, rozpoczyna nieoczekiwany eksperyment ze starym drzewem.

W 1972 roku młody student doznaje głębokiej przemiany pod wpływem prostego aktu obserwacji geranium i nawiązania z nim kontaktu.

W 1908 roku pierwsza studentka uniwersytetu odkrywa za pomocą fotografii święte wzory wszechświata ukryte w najskromniejszej roślinie.

Śledzimy ich niezdarne, niezdarne próby nawiązania kontaktu – każde z nich głęboko zakorzenione w swojej własnej teraźniejszości – gdy przemienia je cicha, trwała i tajemnicza moc natury. Prastary miłorząb japoński przybliża nam, co to znaczy być człowiekiem – naszą tęsknotę za przynależnością.”

Najpiękniejsze w „Milczącej przyjaciółce” jest to, że Enyedi nie próbuje nikogo przekonywać do żadnej ideologii. Nie mówi wprost, że drzewa mają świadomość ani że natura zna odpowiedzi na nasze problemy. Raczej stawia pytanie: co tracimy, gdy przestajemy słuchać świata poza ludzkim hałasem? W epoce ekranów, algorytmów i nieustannego przyspieszenia film proponuje coś niemal radykalnego — uważność.  

W wielu momentach „Milcząca przyjaciółka” przypomina esej filozoficzny ubrany w kino. Można w nim odnaleźć echa myśli Martina Heideggera o zamieszkiwaniu świata, zachwyt naturą znany z twórczości Henry’ego Davida Thoreau, a nawet współczesne badania nad komunikacją roślin. To kino, które bardziej szepcze niż mówi. Nie podaje odpowiedzi. Pozwala siedzieć pod drzewem i zadawać pytania.  

To film o nadziei. Miłorząb japoński jest przecież symbolem niezwykłej odporności. To jedno z najstarszych drzew na Ziemi, gatunek, który przetrwał miliony lat i stał się symbolem odradzania po katastrofach. W filmie ten motyw wybrzmiewa subtelnie: ludzie przychodzą i odchodzą, epoki się zmieniają, a drzewo trwa. Nie dlatego, że jest silniejsze od człowieka, ale dlatego, że żyje w innym rytmie czasu.

To kino dla tych, którzy kochają filmy takie jak Perfect Days, dla osób zachwycających się drzewami, ogrodami botanicznymi, ciszą i pytaniami bez odpowiedzi. Nie wszystkich porwie. Niektórzy uznają je za zbyt powolne. Ale jeśli lubisz kino, które zostaje pod skórą jeszcze długo po seansie, „Milcząca przyjaciółka” jest jak spacer pod starym drzewem w deszczowy dzień — pozornie nic się nie dzieje, a jednak wracasz odmieniona.

https://youtu.be/TaRZnpAmtJk?is=8RpQvz5dRbytRAbC

Bezmyśli

Odgłos samochodu za oknem. 6:28. Umysł nie nadąża za ciałem. Poranek. Gruchająca sierpówka i przelot piszczących jaskółek. Jak to się stało, że akurat w tym roku, pojawiły się na naszym podwórku? Bezmyśli. W głowie pusto. Ego jeszcze nie wstało. Nie zamartwiam się. Oddycham. Jeszcze nie układam dnia, ale jeszcze jeszcze… Zaraz zacznę.

Powietrze pachnie latem. Sąsiadka z trzeciego, bierze prysznic. Oszczędnie, krótko. Woda nie marnuje się. A może marnuje? Woda. Bezmyśli. Nie planuję kolejności wędrówki wyjścia na zewnątrz. Ale zaraz zacznę. Odwlekam. Oddycham. Upajam się bezmyślą. Utrzymuję ją jak najdłużej.

Małe ptaki łączą się w grupy. W odgłosy. W strumienie. W modulacje ćwierków i szczebiotów. Podkręcają jazgot. Podobno, odgłosy ptaków w mieście tworzą wyjątkowy pejzaż dźwiękowy, podpowiada AI. Miejskie ptaki śpiewają głośniej i na wyższych częstotliwościach, niż ich leśni krewni, aby przebić się przez hałas uliczny. Sikorka, wróbel/mazurek, gołąb miejski (Szakal), kawka, sroka: kerrrrr. Koncerty rozpoczynają się o świcie, ponieważ tylko w wilgotnym bezwietrznym powietrzu dźwięk roznosi się znacznie dalej. To również sposób na ogłoszenie sąsiadom „przeżyłem noc i kontroluję ten teren ten rewir”.

Ja również przeżyłam tę noc ale niczego nie kontroluję. Piszę bezmyśli.

26.05. 2026