Archiwa tagu: #zapiski

Dziennik snów – jak prowadzić zapiski, żeby zobaczyć ukryte wzory

„Nie zapisuję snów dlatego, że wierzę w przepowiednie. Zapisuję je dlatego, że pamięć bywa krótsza niż noc, a czasem właśnie w tym, co próbowała zatrzymać, kryje się najciekawsza opowieść o nas samych.”


Dlaczego sny znikają o świcie i czego naprawdę możemy się z nich nauczyć?

Przez tysiące lat ludzie wierzyli, że sny są wiadomościami od bogów, przodków albo przyszłości. Dzisiaj wiemy o śnie znacznie więcej niż nasi przodkowie. Paradoks polega jednak na tym, że im głębiej zaglądamy do śpiącego mózgu, tym więcej pojawia się pytań.

Dlaczego jedne sny pamiętamy całe życie, a inne rozpływają się w ciągu kilku sekund? Czy naprawdę można odkryć w nich powtarzające się wzory? I dlaczego współczesna neuronauka zaczyna mówić o snach zupełnie inaczej niż popularne senniki?


Sen, którego nie zdążyliśmy zapisać

Być może znasz ten moment.

Otwierasz oczy.

Jeszcze przed chwilą byłaś gdzieś indziej.

Pamiętasz czyjąś twarz.

Zapach mokrego lasu.

Stare schody prowadzące do domu, którego nigdy nie było.

Masz pewność, że wydarzyło się coś ważnego.

Sięgasz po telefon.

Wyłączasz budzik.

Sprawdzasz wiadomości.

I nagle…

Nie zostaje już prawie nic.

Kilka obrazów.

Niepokój.

Albo tylko dziwne przekonanie, że przed chwilą wydarzyło się coś, czego nie potrafisz już nazwać.

Większość z nas uważa wtedy, że sen po prostu się skończył.

Tymczasem neurobiolodzy powiedzieliby coś zupełnie innego.

Sen nadal istnieje.

To pamięć o nim właśnie się rozpada.


Dlaczego sny tak szybko znikają?

Przez wiele lat naukowcy sądzili, że sny pojawiają się wyłącznie podczas fazy REM – tej, w której gałki oczne poruszają się bardzo szybko, a aktywność mózgu przypomina stan czuwania.

Dzisiaj wiemy, że jest to tylko część prawdy.

Doświadczenia przypominające sny mogą pojawiać się również podczas innych faz snu. Różnią się charakterem – bywają krótsze, bardziej fragmentaryczne i mniej filmowe – ale nadal są doświadczeniami psychicznymi. Przegląd kilkudziesięciu badań z wybudzaniem uczestników podczas różnych faz snu pokazał, że aktywność przypominająca śnienie jest znacznie częstsza, niż sugerował dawny model „REM = sny”. (heiJOURNALS)

To jednak nie wyjaśnia największej zagadki.

Dlaczego większość snów znika niemal natychmiast po przebudzeniu?

Odpowiedź prowadzi nas do pamięci.

Pamięć snu jest jedną z najbardziej ulotnych form pamięci, jakie posiada człowiek.

Nie zapisuje się automatycznie jak wspomnienie ważnej rozmowy czy wydarzenia z poprzedniego dnia.

Jeżeli w ciągu pierwszych kilkudziesięciu sekund po przebudzeniu nasza uwaga zostanie skierowana na coś innego – telefon, rozmowę, budzik czy plan dnia – ślad snu bardzo szybko zanika.

To dlatego doświadczeni badacze snów od lat zalecają jedną prostą rzecz:

nie wstawaj od razu z łóżka.

Najpierw przypomnij sobie sen.

Dopiero potem sięgnij po telefon, notes, zeszyt.


Mózg nie przechowuje snów jak filmu

To jeden z mitów.

Większości ludzi wydaje się, że sen jest gotowym filmem zapisanym gdzieś w mózgu.

W rzeczywistości dzieje się coś znacznie bardziej fascynującego.

Po przebudzeniu mózg próbuje odtworzyć to doświadczenie.

Trochę tak, jak archeolog składa rozsypane fragmenty naczynia.

Część elementów udaje się odzyskać.

Część zostaje bezpowrotnie utracona.

Dlatego dwa zapisy tego samego snu wykonane godzinę po przebudzeniu i wieczorem mogą różnić się bardziej, niż większość ludzi przypuszcza. Dlatego, że pamięć stale rekonstruuje wydarzenia.

Badania nad pamięcią snów pokazują, że na ich przypominanie wpływają między innymi:

  • jakość snu,
  • sposób przebudzenia,
  • zainteresowanie snami,
  • indywidualna skłonność do kierowania uwagi do własnych przeżyć,
  • a nawet częstotliwość błądzenia myślami w ciągu dnia. (OUP Academic)

To ważna wiadomość.

Bo oznacza, że pamiętanie snów jest umiejętnością, którą można ćwiczyć.


Co nauka mówi o zapamiętywaniu snów?

Jeszcze kilkanaście lat temu dominowało przekonanie, że sen służy głównie odpoczynkowi.

Dzisiaj ten obraz wygląda znacznie ciekawiej.

Współczesna neurobiologia pokazuje, że podczas snu mózg nie odpoczywa biernie.

Pracuje.

Porządkuje.

Łączy.

Porównuje nowe doświadczenia z dawnymi wspomnieniami.

Niektóre informacje wzmacnia.

Inne osłabia.

Jeszcze inne łączy w zupełnie nowe konfiguracje.

Coraz więcej badań sugeruje, że właśnie dlatego treść snów tak często przypomina dziwny kolaż.

Nie jest wiernym zapisem dnia.

Jest twórczą rekonstrukcją doświadczeń.

Badania nad tzw. hipotezą ciągłości wskazują, że sny pozostają w związku z naszym codziennym życiem. Nie kopiują go dosłownie, lecz wykorzystują aktualne troski, relacje, wspomnienia i emocje, tworząc z nich nowe konfiguracje. (ResearchGate)

To zmienia sposób patrzenia na sny.

Nie są one przypadkowym zbiorem absurdalnych obrazów.

Ale też…

nie są prostym szyfrem.

Nie istnieje dowód naukowy na to, że każdy symbol posiada jedno uniwersalne znaczenie.


Dlaczego zwykły sennik nie wystarczy?

Przez wieki ludzie próbowali tworzyć słowniki snów.

Kot oznacza jedno.

Wąż drugie.

Dom trzecie.

Śmierć zawsze oznacza zmianę.

Brzmi słusznie.

Problem polega na tym, że ludzki mózg tak nie działa.

Wyobraź sobie dwie osoby.

Pierwsza wychowała się z ukochanym psem.

Druga została przez psa pogryziona jako dziecko.

Obie śnią o psie.

Czy naprawdę ten symbol oznacza to samo?

Oczywiście nie.

Dla jednej osoby będzie kojarzył się z bezpieczeństwem.

Dla drugiej z zagrożeniem.

To właśnie dlatego współczesna psychologia snu odchodzi od prostych słowników symboli.

Coraz częściej badaczy interesują nie pojedyncze obrazy, lecz powtarzające się wzory.

Czy w wielu snach pojawia się ta sama emocja?

Czy śniąca osoba ciągle przed kimś ucieka?

Czy nie może znaleźć drogi?

Czy stale ratuje innych?

Czy powraca ten sam dom, las, pociąg albo szkoła?

Właśnie takie długoterminowe obserwacje są znacznie ciekawsze niż szukanie odpowiedzi w gotowym senniku.

Dobry dziennik snów nie zaczyna się od pytania:

„Co oznacza ten sen?”

Zaczyna się od znacznie prostszego:

„Co w nim powraca?”

I właśnie tam – nie w pojedynczym symbolu, lecz w powracającym sposobie przeżywania świata – kryje się najciekawsza historia.


🌙 Journaling: Zanim zaczniesz prowadzić dziennik snów

Nie próbuj dzisiaj interpretować swoich snów.

Nie szukaj ukrytych znaków ani gotowych odpowiedzi.

Na początku wystarczy nauczyć się jednego – uważnie obserwować.

Weź zeszyt i odpowiedz spokojnie na poniższe pytania. Nie spiesz się. Niektóre odpowiedzi mogą pojawić się dopiero po kilku dniach.

1. Jak wygląda moja relacja ze snami?

Czy pamiętam je często?

Czy raczej budzę się z poczuciem, że „coś było”, ale nie potrafię tego uchwycić?


2. Co robię jako pierwsze po przebudzeniu?

Czy sięgam po telefon?

Czy od razu zaczynam myśleć o obowiązkach?

Czy daję sobie choć minutę ciszy?


3. Jakie emocje najczęściej pamiętam po przebudzeniu?

Nie próbuj przypominać sobie całego snu.

Zapisz tylko emocję.

Może to być:

  • spokój,
  • niepokój,
  • ciekawość,
  • ulga,
  • smutek,
  • radość,
  • zdziwienie.

4. Czy w moim życiu jest teraz coś, co często wraca w myślach?

Nie chodzi jeszcze o sny.

Pomyśl o codzienności.

Jakie wydarzenie, relacja lub decyzja najczęściej zajmuje Twoją uwagę?


5. Dlaczego chcę prowadzić dziennik snów?

Nie ma dobrej ani złej odpowiedzi.

Być może chcesz lepiej pamiętać sny.

Być może interesuje Cię psychologia.

A może po prostu szukasz kilku spokojnych minut tylko dla siebie.

Zapisz pierwszą odpowiedź, która pojawi się w głowie.


✦ Zapiski z Cienia

Każdego ranka przez chwilę stoję na granicy dwóch światów.

Jeden już się skończył.

Drugi dopiero się zaczyna.

Przez długi czas wydawało mi się, że najważniejsze jest zapamiętać sen.

Dzisiaj myślę inaczej.

Najważniejsze jest nie zgubić tej krótkiej chwili ciszy pomiędzy snem a dniem.

Być może właśnie tam najłatwiej usłyszeć siebie.


Mały rytuał na najbliższe siedem poranków

Przez najbliższy tydzień nie próbuj niczego interpretować.

Każdego ranka zapisz jedynie:

  • datę,
  • wszystko, co pamiętasz ze snu – nawet jeśli są to tylko pojedyncze obrazy,
  • emocję po przebudzeniu,
  • jedno zdanie rozpoczynające się od słów:

„Po tym śnie zostało we mnie…”

To wystarczy.

Po tygodniu wróć do swoich notatek.

Nie szukaj odpowiedzi.

Po prostu zobacz, czy coś zaczyna się powtarzać.


Przykład:

Marta.

Marta przez wiele lat była przekonana, że w ogóle nie śni. A jeśli już, to z tych krótkich „majaków”, które jej się czasem przytrafiały, wyławiała tylko jakieś strzępki. Czasem twarz nieznajomej osoby. Innym razem długi korytarz, z którego nie potrafiła wyjść. Najczęściej budziła się z dziwnym uczuciem, że wydarzyło się coś ważnego, ale już po chwili wszystko ulatniało się w świetle dnia.

Za namową przyjaciółki z pracy kupiła dziennik. Przez pierwszy tydzień zapisała zaledwie kilka zdań.

„Nie pamiętam treści. Został tylko niepokój.”

„Śnił mi się jakiś dom. Nic więcej.”

„Obudziłam się spokojna, choć nie pamiętam dlaczego.”

Początkowo myślała, że to bez sensu. Po dwóch tygodniach zauważyła jednak coś, czego wcześniej nie dostrzegała. Coś nieuchwytnego, subtelnego… Uczucie.

Nie strach.

Nie smutek.

Raczej pośpiech.

Ciągłe przekonanie, że musi gdzieś zdążyć.

Że czegoś nie wolno jej przegapić.

Zapiski z całego miesiąca, pokazały, że ten sam pośpiech towarzyszy jej również na jawie. Nie wynikał z jednego wydarzenia.

Był sposobem funkcjonowania.

Budzik.

Praca.

Lista zadań.

Telefon.

Wieczorne poczucie, że znowu czegoś nie zrobiła.

Co ciekawe, po kilku kolejnych tygodniach zmieniły się także sny.

Nie dlatego, że zaczęła je interpretować.

Po prostu coraz częściej budziła się kilka minut wcześniej i dawała sobie chwilę ciszy przed rozpoczęciem dnia.

Pośpiech w snach nie zniknął od razu. Ale przestał pojawiać się każdej nocy. Z czasem coraz częściej zapisywała:

„Tym razem zdążyłam.”

„Znalazłam właściwą drogę.”

„Nie musiałam już biec.”

Czy to znaczy, że sny rozwiązały jej problemy?

Nie.

To zbyt proste.

Dziennik snów nie stał się magiczną odpowiedzią.

Stał się lustrem.

Pomógł zauważyć coś, co od dawna było obecne w jej życiu, ale umykało w codziennym pośpiechu.

Może właśnie na tym to polega…

Nie na szukaniu przepowiedni.

Nie na rozszyfrowywaniu każdego symbolu.

Lecz na cierpliwym obserwowaniu tego, co powraca – w snach, emocjach i codziennym życiu.

Czasami najważniejszym odkryciem nie jest to, o czym śnimy.

Najważniejsze, co nasze sny próbują nam pokazać o sposobie, w jaki przeżywamy rzeczywistość.


Źródła naukowe

  • Curzio O. i wsp. (2026). A study of the sources of nap mentation in the light of the continuity theory. International Journal of Dream Research. https://journals.ub.uni-heidelberg.de/index.php/IJoDR/article/view/113629 (heiJOURNALS)
  • Wagener A. (2026). Resolving Continuity and Discontinuity in Dreams: The Embodied Cognition Theory of Dreaming. (ResearchGate)
  • Rosenzweig I. (2026). When dreams feel real: the MÖBIUS model. Communications Biology. (Nature)
  • Williams J.M. i wsp. (2026). Trait and state predictors of the intensity of emotions experienced in everyday dreams. Scientific Reports. (DOI)
  • Horton C.L., Malinowski J.E. (2020). Dreams reflect nocturnal cognitive processes. Brain and Cognition. (ScienceDirect)

Przelotne opady deszczu

Wtorek, 12 maj przelotne opady deszczu, wyświetlił komunikator, po chwili zmieniając, na całkowite zachmurzenie. Wymarzony deszcz wreszcie się pojawił, ale to za mało, jak na to miasto, stanowczo za mało.

Wczoraj złapał mnie na Oświęcimskiej i lał do upadłego lepiąc wielkie bąble w kałużach, a później w rzece, którą utworzył na jezdni spływając w dół, i w dół w stronę remontowanego McDonalda. Przeczekałam grzecznie między wystającym z ogrodu krzewem i białym busem. Przyglądałam się spektaklowi wściekłości jakie wyczyniał, hulając sobie w najlepsze przy akompaniamencie burzy, w jasnych poświatach przedziwnych urojeń szarości, pomieszanych z kanarkowym rozmytym synonimem cytryny.

Długo siekał i szarpał zanim pozwolił mi się uwolnić z kleszczy wąskiej uliczki, pójść spokojnie ale szybko, w przyklejonej do pleców kurtce do domu. Powietrze pachniało świeżością i anyżkowym posmakiem, tych pięknych drobnych kwiatków na krzewie, w pobliżu klatki schodowej. Powtórka z dzieciństwa. Kiedy ostatnio zmokłam? Może w zeszłym roku, a może już dawno, dawno w innych czasach bez parasolów i przewidywań. W czasach bez sprawdzania wiadomości w alertach pogodowych wyskakujących na wszystkich wyświetlaczach świata, lodówkach i pralkach, kuchenkach gazowych…

W czasach bez przewidywań i przepowiedni nadchodzącego końca, apokalipsy, końca końców. W czasach gdy niepewnością rzeczy nie trzeba było się aż tak przejmować. Można było po prostu iść przed siebie i robić rzeczy, które zwykle należało robić. Tak po prostu. Bez asekuracji. Bez odzieży funkcyjnej i obuwia do chodzenia po twardych powierzchniach. Bez nadmiaru myśli organizacyjnych odbijających się czkawką i wstydem niedostatecznej organizacji, przygotowania, spakowania, weryfikacji i kontroli ilości. Po prostu wyjść…

Jesień przyspiesza

Mgły. Temperatura nieczuła układa się nisko. Czy to nie dziwne, że jeszcze wczoraj lato piekło promieniami w odsłonięty kark a dzisiaj ołowiane chmury spływają zimnym arktycznym chłodem na nasze policzki. Czy musi tak być? Nie zdążyłam nacieszyć się latem.

Wszystko mija. W chronicznych cyklach przewlekłych chorób, zdarzeń i spotkań. Wszystko ma swój koniec. Nawet po przekroczeniu granic absurdu nawet gdy trzyma do upodlenia w swoich mackach moje gardło. Zmęczenie mięśni, obolałe naciągnięte tkanki odpoczną. Zrobią miejsce nowemu przesileniu. Taka kolej rzeczy.

Zieleń jednak nie ustępuje. Trzyma się gałęzi. Tylko gdzieniegdzie niepewnie przebija się żółć i czerwień na moim pnączu.

Zaparzam kawę. Cieszę się ciszą. W moim polu brak zakłóceń. Nikt nie proszony nie pcha się do mojej świadomości. Dzielnie wyrobiłam sobie tę pustkę. Mogę zająć się tylko sobą. To sztuka pozbyć się szumów.

W moich snach grzyby na skraju lasu. Nie mogę tam być. Może dzisiaj. Las zaprasza. Robi się magiczny niemal czarodziejski o tej porze. Brak czasu jest grzechem, kiedy wyrastają ze splątań i wybuchają wszystkimi kolorami i formami łącząc zapach sosu grzybowego ze słodkością późnych malin.

Deszcz mnie utuli

Deszcz. Taras i moja leżanka. Krople miarowo uderzają o drewniane poręcze. Ptaki ucichły razem z wiatrem. Wróciliśmy z zatłoczonego zgiełkiem soboty miasta. Z imienin od kobiety, która nigdy nie ma dość swoich imienin. Bieganina wokół stołu. Nieprzygotowane do końca potrawy, które sami musimy doprowadzać do zagotowania, wypieczenia, wykończenia słuchając ciągłych rozporządzeń i wskazówek. Sałatka? A tak, jest, jest. Trzeba pokroić. Przecież J. mówił, że nie chce. Mam dobrą sałatę. Hermetycznie zamkniętą i pomidory… i ogórki wystarczy pokroić. Gulasz zaraz wstawię. Ziemniaki zaraz ugotuję… Nie trzeba. Już głowa mnie boli od zakrętów i piskliwego głosu.

Trzeba wstawić kwiaty do wazonu. S. nie mógł przyjechać schodzi ze sterydów, źle się czuje. Czekamy na terapię biologiczną. Kobieta odwraca głowę. Słucha tylko o swoich chorobach, inne są poza zasięgiem uwagi. Teraz trzeba uporać się z nieprzygotowanymi potrawami.

A więc, makaron zamiast ziemniaków. Wstaw. J. wstawia. Ja siedzę. Nie ruszam się. Nie daję się wciągnąć w kolejną nie moją robotę. Mam dość pieprzenia o niczym. Nie zawracania uwagi. Nieuświadomione w swej pogardzie uśmiechy dotykają mnie. Przecinają skórę na policzkach. Ukradkowe spojrzenia. Tu uważność skierowana na mnie jest grzechem.

Nie odzywam się. Jem coś, co przypomina gulasz z niewiarygodnie dużymi kawałkami mięsa obgotowanymi w Vegecie. Wieprzowina zamiast wołowiny. Brzuch boli bardziej niż wcześniej. Zjem rozgotowany makaron utopiony w jasnej mazi, która miała być sosem ale jej się też nie udało przyjąć właściwej formy. Odkąd nie ma stołówki pani domu nie może przynosić już gotowców. To nowy wymiar serwowanego niesmaku. Słone i słodkie. Słodkie i słone. I bardziej słodkie. I jeszcze słodsze. Grześki, Delicje, czekolady w różnych konstelacjach.

Ona nie je. Ona już jadła wcześniej. Patrzy, komentuje, kto ile zjadł. P. uparcie odmawia i do końca trzyma się swojej decyzji. J. przebiera nogami. Wiem, że zaraz powie coś w stylu musimy jeszcze…, musimy już…, i trzeba pojechać, po… o braku czasu. Zaraz wyjdziemy i zaczniemy normalny dzień. Ale jeszcze, jeszcze…

Sąsiad kręci miód w pokoju. Drugi wyrzuca kiepy na balkon. Nic nie ma w mieszkaniu, tylko łóżko. Komornik mu wszystko zabrał bo nie spłacał kredytu. Na twarzy przebiega cień uśmiechu. Słowa kończą się niespodziewanie. Urywają. Tematy mają początki ale są uwikłane w inne rozwinięcia nie związane z tymi początkami, a wspominane startery, niestety też nie doczekały się zakończeń.

Chaotyczność, niespójność, nielogiczność. Zaraz zwariuję. Nasze zdania są notorycznie przerywane kolejnymi początkami niczego… Początki, początki, początki…niekończąca się nieinformacja w nierozmowie… Pogoda ogólnie nie tego. Ani spacer bo duszno, ani przyjemność bo gorąco. Zosia była… Ale… upiekła mi dietetyczne ciasto… Ale mięso trzeba jeść bo inaczej… ale co ty opowiadasz!? Ćwiczę niemówienie, nierozmowę, nieuwagę, nierozwijanie myśli, wstrzymywanie, nieodpowiadanie, uspokajanie, jeszcze chwilę…

J. przerywa na pół kolejnego nielogicznego smoka. Pogania, uwalnia. Możemy wreszcie wyjść. Wytrzymałam bez wybuchu. Sukces. Ale jeszcze pakowanie rzeczy, które nie zostały przygotowane. Nie wolno odmawiać, ponieważ to skaże nas na kolejne 20 minut wyjaśnień…Zgadzamy się na wszystko. Dziękujemy. Wychodzimy. Wydech.

Deszcz jak dobra matka utuli mnie do snu.

Dziękuję za deszcz.

I tak najbardziej lubię

I tak najbardziej lubię ranne powietrze przesycone wilgocią. Kiedy liście są już ciemniejsze ale jeszcze widać tę przeplatankę odcieni wiosennych seledynów. Lubię mokrą ulicę pomiędzy drzewami i chodnik na który spadają płatki białych i żółtych kwiatów akacji. Krople deszczu spływają po błyszczących liściach kasztanowców. Przypominają mokre dłonie.

Zieleń ciemnieje, gęstnieje, przyspiesza, rozrasta się w wielkie pompony koron i w soczysto jasno zielone mchy u ich stóp. Zarastają ścieżki w parkach a grzybnie po cichutku rozkładają nad ziemią sine kapelusze psiaki, czernidłaki, gąski…

Ulice przypominają lustra odbijające buty i twarze. Ceglaste mury czerwienieją. Wszystko przyjmuje wilgoć z wdzięcznością. Karmi się każdą kroplą jak chlebem.

Pnącza wylewają się przez mury i wypływają przez metalowe bramki ogrodów nieposkromioną falą. Przez ten krótki moment są wolne jak moje myśli

Zastanawiam się jak je sfotografować, żeby oddać to uczucie w całej pełni. Zapach i tak zostaje tylko dla mnie. Ale poczucie spokoju i nieskończoności tych pięknych istot można przecież jakoś wyrazić…

Małe uwolnienia

„Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie czyni dobro” – cytat pojawia się w powieści „Mistrz i Małgorzata” Michaiła Bułhakowa i jest cytatem z „Fausta” Johanna Wolfganga Goethego

Słyszę deszcz za oknem. Mokry poranek w świecie pełnym suszy bywa wybawieniem. Przynosi spokój. Po tym jak FB usunął mi wszystkie konta i krótkiej panice w pierwszej chwili, dotarło do mnie, że właściwie nic takiego się nie stało. To tylko awatary mojego sztucznego życia, nic nie straciłam bo prawdziwe odgrywa się tu i teraz, w każdej sekundzie i wszystkimi zmysłami – poczułam coś w rodzaju uwolnienia. Ulgę.

To niebywałe jak miło jest nie odpowiadać na te wszystkie zapytania, nie reagować na powiadomienia. Niewnikanie w toki nielogicznych słowokształtów i próśb. Niesprawdzanie, nielajkowanie, nieinterweniowanie, nie, nie, nie…

Ktoś pozbawił mnie rzeczy, które tylko na pozór wydawały się ważne, a tak naprawdę były niepotrzebnym zapychaczem czasu, usługą, czyjąś grą w której jestem tylko pionkiem. Grą generującą lęki i dodatkową uwagę zamiast satysfakcji.

Właśnie opuściłam grę. Nie moją. Cudzą.

Czasem ślepy los podsyła nam właściwe rozwiązania. Małe katastrofy są początkiem czegoś innego, dobrego. Otwierają umysł, pozwalają wyjść z bańki. Z labiryntu. Pokazują inną perspektywę, generują kreatywność.

Za oknem deszcz rozpadał się na dobre. Leniwy poniedziałek przeciągnie się do ósmej. Samochody buczą w nieustannej walce na odcinku życie-praca-śmierć. Początek tygodnia otwiera nową chacklistę. Dodaje zadania do zaległych i toczy tę śnieżną kulę przez cały miesiąc. Szkoda mi czerwca na siedzenie w tym miejscu. Ale pieniądze same się nie zarobią.

Krople uderzają rytmicznie o parapet. Dźwięk nie pozwala ruszyć z tym dniem. Zimno zatrzymuje mnie w łóżku na dłużej. Daję sobie czas. Zbieram się w sobie. Na ekranie telefonu dwa powiadomienia: Duolingo i Instagram, nic co mogłoby podnieść ciśnienie w blumondayowy poranek.

#art #astrologia #birds #cień #creative-writing #duchowość #dusza #emocje #energia #ezoteryka #filozofia #fizyka #forest #grzyby #inspiracje #intencja #intuicja #Kingfisherprzykawie #kreatywność #książka #księżyc #kwantowa #magia #mushrooms #natura #nature #nauka #okultyzm #pełnia #pisanie #pole #psychologia #ptaki #rytuały #rzeczywistość #sny #spokój #symbole #twórczość #umysł #warsztat #wild #ćwiczenia #świadomość magia

Sobota

Wczoraj świat wychłostał mnie bezlitośnie, sponiewierał sprzątaniem, użeraniem się z domownikami, pisaniem artykułów w fazie narastającego głodu i frustracji. A kiedy gniew sięgał zenitu pan FB zablokował mi wszystkie konta ze względów tylko sobie wiadomych, usunął wszystkie strony bez możliwości zażalenia. Wypełnienia jakiegokolwiek formularza, porostu zmiótł mnie z planszy. Może to jakiś znak. Jeśli nie przywróci danych czeka mnie dodatkowa orka.

Z ulicy dochodzi dźwięk maszyny łatającej dziury czymkolwiek ona jest czyni samo zło. Teraz miodowy zapach kwitnących lip przykrył czarcim ogonem smród asfaltu czyli scenariusz z wczoraj powtarza się dzisiaj. Brakuje tylko kosiarek.

Sprawy szkolne jeszcze w toku. Nowa terapia dla S. również w fazie przyznawania lub odrzucania. Nie można zacząć nowych rzeczy. Czekam. Maj minął niezauważony, a czerwiec nienaturalnie przyspiesza. J. pojechał na bagna ja tkwię z chłopcami tutaj. Tutaj jest niewygodnie, a tam mi się nie chce. Jakoś nie mogę wyprasować sobie kartek głowie. Trudno mi myśleć o jutrze, kiedy dzisiaj nie może przejść do porządku dziennego. Jest parno i duszno.

Zarwana noc produkuje słabe emocje. Włącza się użalanie. Staram się odmienić ten stan. Idzie mi całkiem nieźle. Może trzeba ruszyć z łóżka. Minąć osiedlowe bunkry i zacząć cieszyć się zielenią w innej części miasta w tę bezlitosną czerwcową sobotę… Ale mi się nie chce.

Czekam na przypływ.

Deszcz

Deszcz. Nie wiedziałam, że może tak dobrze się kojarzyć. Dawać spokój i wytchnienie pomimo kolejnej nieprzespanej nocy w chorobach, wymiotach, biegunkach obrzękach kaszlach. Coś się zmienia. Ale wizyta we Wrocławiu nas nie ominie. Drugi tydzień covidowo w tym zaścianku zagościło się jak u siebie. Słowo precz nie istnieje dla tej materii. Nie ma litości. Znęca się nad S. jak potwór bez empatii. Jak narcyz potrzebuje uwagi i nie myśli o zmianie.

Deszcz. Uspokaja. Zagłusza kaszel. Deszcz zmywa niepokój. Wycisza. Rysuję nieśmiało nowy scenariusz.

Wczoraj wyszłam. Spacer był wybawieniem. Jak spacerniak. Moja cela dalej nie posprzątana tonie w butelkach po wodzie i obierkach po jabłkach. Czas się ciągnie i rozwleka. W ustach gorycz i spalenizna. Deszcz uderza kroplami o blaszany parapet. Przyspiesza. Srok nie słychać. Szarość.

Czas wziąć prysznic i zaparzyć rumianek. Deszcz.

Ktoś niepewnie schodzi po kamiennych schodach. Przyśpiesza.

I tak zmoknie.

Jak dobry sen

Miarowy turkot inhalatora i kaszel. Codzienny rytuał. Drugi tydzień bez większych zmian. Poranna euforia po godzinie zamienia się w zmęczenie. To gówno nie przechodzi. Zmienia się jedynie w lżejsze formy. Inne rodzaje snu. Majaki na jawie.

Mdłości utrzymują się nie pozwalając normalnie zjeść. Ale to akurat dobrze dla nadmiaru kilogramów. Takie oczyszczenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. No może S. ale on już przybrał trochę na wadze.

Szary poranek przeradza się w słoneczny obrazek obfitości. Widziałam krokusy w parku i przekwitające przebiśniegi. Wiosna przychodzi cicho. Wypełnia przestrzeń między drzewami i zabudowaniami mojego miasta. Może otworzy drzwi percepcji do innego światła, które wreszcie nas uzdrowi i pozwoli żyć w kolejnym wymiarze.

Na razie nie wychylam się. Zastygam w oczekiwaniu na lepszy nastrój. Nie daję zabrać się temu, który przelewa czarną smolę pomiędzy mózgiem i jelitami. Nie wpadam w czarną dziurę. Zachowuję spokój. Nie daję się. Nie rozmyślam. Nie użalam. A jednak coś mogłoby drgnąć. Jakiś pierwszy pączek mógłby mnie przytulić jak dobry sen.

I sroki

Pływam w spokoju. Po ostatnich bombach lękowych przyszło ukojenie. Cisza, czarno za oknem. Nieurodzony jeszcze poranek nieśmiało przyjmuje tupanie małych patykowatych stóp na parapecie. Czasem trzeszczącą nieznanego pochodzenia maszynę jak czołg wlekący się po zmęczonym asfalcie. Kilka kroków i szuranie szpadlem. Może spadł śnieg? Nie sprawdzę. Nikt mnie nie wygoni z łóżka. Nie teraz.

Na wietrze lądują małe kulki. Nie są podobne do gradu ani do śniegu. Lekkie przypominają raczej styropian pocierany przez złośliwe dziecko na lekcji plastyki. Dwie siatki płotów przecięte błotnistą drogą i my po środku w kapturach i ziemiste czarnych kurtkach chroniących przed utratą ciepła. Codzienny spacer przerodził się w rutynę. Spacer, pisanie, spacer, pisanie… Pogoda szara. Ołowiane niebo nie przepuszcza słońca. Zapowiadany mróz nie pojawił się tego dnia więc błoto przyczepiło się do naszych podeszw jak smoła. Ciężkie kroki i oddechy. To my. Maszyna parowa. Codzienny wyrzut sumienia niedokończonych spraw i niespełnionych snów. Pretensji za życie i lęki na przyszłość generowane notorycznie przez chore mózgi: że aparat nienoszony, jelita w rozsypce, leki, szpital, kontrola, co dalej?

I jeszcze komisja wojskowa. Kolejny niezdany test prawa jazdy. Zły format nadziei nie przylega do ciała. Praktycznie nie istnieje. A jednak za sprawą nieznanego światła coś porusza się w snach przywodząc cząsteczki nieokreślonego szczęścia z dalekich pokładów nieświadomości, które od paru dni próbują ję przebić przez niezrozumiałe sny o zielonych furtkach blokujących tłum ludzi na mojej spacerowej ulicy. Te sny dają wytchnienie chociaż do końca nie pamiętam co w nich się przewijało, odczucia każą mi myśleć o czymś dobrym, nienazwanym, nienachalnym. Jakaś iskra znów pokazuje mi drogę, każe przetwarzać informacje. Budować nowe. Taka mała wiosna… a jednak blokada.

Zza płotu wyjrzał pęd jeżyny. Czy to nie dziwne, że o tej porze jego liście są ciemnozielone a igły czerwone jak krew. Jakby zimy nigdy tu nie było. A może obudził się za wcześnie jak kotki na wierzbie koło pola. Wiosna przychodzi z roku na rok szybciej niż umysł zdąży ją zarejestrować. Jednak cząsteczki powietrza nadal się whają i szybko wycofują kiedy szron pokrywa szyby samochodów o poranku. A jednak to już nie to. To już nie zimowe przesilenie. Coś ruszyło pradawnym cyklem przemiany w stronę słońca. Alchemiczne przebudzenie. Uczucie świeżości i początku. Wyrastanie. Przemienianie.

Nerwowy lot kosa gdy zapada zmrok przywołuje transformację na którą liczę. Głos sikorek z piskliwej formy zmienił się na nitkowate metaliczne popiskiwania. Sokół w swej nieskończonej wędrówce przysiadł na mojej lipie obok latarni. Szary jak sowa monitoruje teren. Widzi to wredna sroka. Zaraz podleci i wygoni go z gałęzi swoim diabelskim skrzekiem. Nikt tu nie lubi obcych. To jedyna prawda tego skrawka bytu. Nikt tu nie lubi obcych!

Zwłaszcza dzikich. Z innymi piórami. Nikt tego nie zmieści w swoim wąskim umyśle. Odruch obronny. Sroki są w tym najlepsze. One nie znoszą wszystkich. Zagadką staje się się fakt dlaczego nie budują gniazd w lesie, a na miejsca swych skomplikowanych domów wybierają właśnie miasta. Są blisko z ludźmi. Zakochują się w ich nienawiści. Wyganiają innych a gdy już naczynie złośliwości wypełni się po brzegi pukają ludziom w szyby. I odlatują z głośnym skrzekiem. Ich piękne długie ogony i wachlarzowate skrzydła stworzone są do wysokich lotów rajskich ptaków, a one i tak zwyczajnie wybierają zaściankowość szarych miast, szarych ludzi i kłótni o poranku. Budząc nas dźwiękiem seri z karabinu. Taka wolność.