Wtorek, 12 maj przelotne opady deszczu, wyświetlił komunikator, po chwili zmieniając na całkowite zachmurzenie. Wymarzony deszcz wreszcie się pojawił ale za mało jak na to miasto, stanowczo za mało.
Wczoraj złapał mnie na Oświęcimskiej i lał do upadłego lepiąc wielkie bąble w kałużach, a później w rzece, którą utworzył na jezdni spływając w dół, i w dół w stronę remontowanego McDonalda. Przeczekałam grzecznie między wystającym z ogrodu krzewem i białym busem. Przyglądałam się spektaklowi wściekłości jakie wyczyniał, hulając sobie w najlepsze przy akompaniamencie burzy, w jasnych poświatach przedziwnych urojeń szarości, pomieszanych z kanarkowym rozmytym synonimem cytryny.
Długo siekał i szarpał zanim pozwolił mi się uwolnić z kleszczy wąskiej uliczki, pójść spokojnie ale szybko, w przyklejonej do pleców kurtce do domu. Powietrze pachniało świeżością i anyżkowym posmakiem tych pięknych drobnych kwiatków na krzewie, w pobliżu klatki schodowej. Powtórka z dzieciństwa. Kiedy ostatnio zmokłam? Może w zeszłym roku, a może już dawno, dawno w innych czasach bez parasolów i przewidywań. W czasach bez sprawdzania wiadomości w alertach pogodowych wyskakujących na wszystkich wyświetlaczach świata, lodówkach i pralkach, kuchenkach gazowych…
W czasach bez przewidywań i przepowiedni nadchodzącego końca, apokalipsy, końca końców. W czasach gdy niepewnością rzeczy nie trzeba było się aż tak przejmować. Można było po prostu iść przed siebie i robić rzeczy, które zwykle należało robić. Tak po prostu. Bez asekuracji. Bez odzieży funkcyjnej i obuwia do chodzenia po twardych powierzchniach. Bez nadmiaru myśli organizacyjnych odbijających się czkawką i wstydem niedostatecznej organizacji, przygotowania, spakowania, weryfikacji i kontroli ilości. Po prostu wyjść…