Archiwa tagu: #zapiskizcienia

Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby…

„But the only way for the bird to understand the fish is by swimming with them”,

„Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby, to pływać razem z nimi” — mówi Nikołaj Ustinow, były agent KGB grany przez Kennetha Branagha, w filmie Mayday (polski tytuł: Katastrofa w duecie, 2026). Film wyreżyserowali John Francis Daley i Jonathan Goldstein. Kormoran staje się tu metaforą poznania obcego świata przez zanurzenie się w nim.

Czy kormoran rozumie świat ryb? Czy ma świadomość ich złożonego środowiska, czy porostu działa instynktownie, reagując wyłącznie na ruch? Tego do końca nie wiemy. Nauka nie daje gotowych odpowiedzi. Większości rzeczy możemy się tylko domyślać, a raczej z pokorą przypuszczać. Możemy być tylko obserwatorami. Dziękuję złożonym okolicznościom, sobie i światu, że mogę być obserwatorem.

W Dolinie Baryczy świt wyglądał zjawiskowo, nierealnie. Pomarańczowe światło przykryło całą „Wyspę kormoranów”, jak welon dobrej wróżki. Siedziały na wyschniętych gałęziach i wyglądały bardziej jak stado wygłodniałych kruków na ramionach przygarbionych czarownic, niż jak typowe ptaki z rozlewiska.

Niskie, chrapliwe krakanie, chrząkanie, kwiczenie oraz gardłowe rzężenie wydobywało się z ich haczykowatych dziobów. Zdradzały ich tylko te przykrótkie kacze łapki, te nieopierzone, płaskie błony nasadzone na szkielety palców. Gdyby nie one, te piękne czarne ptaki wyglądałby bardziej drapieżnie, srogo, a tak zdają się tyko dzikimi gęśmi. Jednak my, dobrze wiemy, co tam kipi pod piórami, że za tą niewinną maską, kryje się żarłoczna bestia, nad którą trudno zapanować.

Ten potwór żre, a jego żarłoczność przechodzi wszelkie granice wytrzymałości rybaków stawowych, ichtiologów wszelakiej maści oraz najbardziej zdesperowanej grupy, a mianowicie wędkarzy, którzy najchętniej nadziali, by ich tuszki na nieumyte pale i usmażyli na śmierdzącym koksowym grillu…

Ten potwór ma to jednak gdzieś bo „przekracza granice dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast, dostosowuje się do drugiego z nich”. Kormoran widzi pod wodą, a także słyszy, reagując spontanicznie na wszelaki ruch ryb.

Kormorany doskonale wiedzą jak reagują ławice ryb. Często polują stadnie, wykazując się zaawansowaną współpracą. Otaczają ławicę wspólnym frontem zagarniają ryby na płycizny lub w stronę brzegu. W mętnej wodzie celowo płoszą ryby w kierunku powierzchni, gdzie dociera więcej światła słonecznego, czyniąc ofiary całkowicie bezbronnymi. Do tego mogą wznosić się nad chmurami i spotykać się przy kawie z czarnymi braćmi i siostrami na, niewielkim skrawku ziemi, oddalonym od brzegu na tyle bezpiecznie, że budują tam swoje koszykowate gniazda. Rozmawiają o trudach dnia, patrzą w niebo, rozkładają szeroko czarne skrzydła i delektują się kolejnym wschodem słońca.

Z oddalonego brzegu patrzę wciąż na ten surrealistyczny obraz odbijający się w lustrze zimnej wody.

Wyspa i czarne sylwetki siedzące na suchych gałęziach swojego świata, kiedy ja wciąż głodna i bez kawy, muszę już wracać do swojego, zanim uniosą się mgły i świt rozkręci się na dobre.

Badania, poszukiwania

Najbardziej zaskakujące odkrycie jest takie: kormoran potrafi błyskawicznie nastawić wzrok po zanurzeniu, ale pod wodą wcale nie widzi wyjątkowo ostro. Jego sposób polowania opiera się także na bliskości, ruchu i prawdopodobnie innych sygnałach. Większość poniższych badań dotyczy kormorana zwyczajnego (Phalacrocorax carbo); tam, gdzie chodzi o inny gatunek, zaznaczam to osobno.

Co naprawdę widzi kormoran?

  1. Przestawia ostrość niemal w chwili zanurzenia. W badaniu kormoranów zwyczajnych zmiana ustawienia oka następowała w ciągu 40–80 milisekund od wejścia pod wodę. Badacze stwierdzili też, że oko ustawiało ostrość na obiekt znajdujący się bardzo blisko, mniej więcej w odległości długości dzioba. Ptak przekracza granicę dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast dostosowuje się do drugiego z nich. journals.biologists.com
  2. Ta szybka zmiana nie daje mu „sokolego wzroku” pod wodą. W doświadczeniach mierzących rozróżnianie szczegółów ostrość widzenia kormoranów okazała się zaskakująco słaba: badacze porównali ją do wzroku człowieka patrzącego pod wodą bez maski. Zaproponowali obraz polowania bliższy czapli wypatrującej zdobyczy z bliska niż drapieżnemu ptakowi dostrzegającemu ją z daleka. Zdolność ustawienia ostrości i zdolność rozróżniania drobnych szczegółów to dwie różne rzeczy. journals.plos.org
  3. Mętna woda szybko odbiera mu informacje. W innym eksperymencie kormorany wykrywały ryby wzrokiem, lecz skuteczność spadała wraz z odległością i zmętnieniem wody. W testowanych warunkach radziły sobie lepiej niż przypadek nawet przy rybie oddalonej o ponad trzy metry, więc nie należy zamieniać wcześniejszego porównania z ludzkim wzrokiem w sztywną zasadę „widzi tylko na metr”. To, co ma zobaczyć, i w jakiej wodzie, ma znaczenie. The Company of Biologists

Co dzieje się poza wzrokiem?

  1. Kormoran słyszy również pod wodą. Badanie słuchu kormoranów zwyczajnych potwierdziło odbieranie przez nie podwodnych dźwięków. To nie dowodzi jeszcze, że podczas polowania lokalizują ryby słuchem. Daje natomiast mocny powód, by nie opisywać ich podwodnego świata jako wyłącznie obrazu: jest w nim także dźwięk. The Company of Biologists
  2. Polują nawet podczas nocy polarnej. Obserwacje kormoranów zwyczajnych nurkujących w takich warunkach skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy przy zdobywaniu pokarmu korzystają również z sygnałów innych niż wzrok. Które sygnały i jak dokładnie wykorzystują, nie zostało tym badaniem rozstrzygnięte. To jedna z najbardziej intrygujących luk: wiemy, że schodzą po ryby w ciemność, ale nie wiemy jeszcze w pełni, jak odnajdują tam zdobycz. PMC
  3. Kamera umieszczona na ptaku pokazała polowanie z jego perspektywy. U kormoranów cesarskich, a więc innego gatunku, nagrania z miniaturowych kamer pozwoliły badaczom obserwować poszukiwanie pokarmu pod wodą i środowisko, w którym ptaki to robią. To cenna inspiracja dla tematu „sposobów widzenia”: po raz pierwszy człowiek może zobaczyć fragment polowania z miejsca, w którym znajduje się ptak. Kamera pokazuje jednak obraz przed sobą, nie odtwarza tego, jak ptak go postrzega. PMC

Jest jeszcze jeden szczegół, który komplikuje obraz kormorana jako idealnej „maszyny do nurkowania”: jego pióra nie działają jak szczelny kombinezon. Badania struktury piór wskazują, że podczas głębszego nurkowania woda może przenikać przez ich zewnętrzną strukturę. Ptak zyskuje dzięki temu inne warunki zanurzenia, ale płaci cenę za przebywanie w wodzie utratą ciepła. pubmed.ncbi.nlm.nih.gov

Kormoran nie poznaje świata ryb z wysokości. Zanurza w nim własne ciało i godzi się na to, że nawet wtedy nie zobaczy wszystkiego.

Nie zapomnij o świcie

Pędziłam na złamanie dębową alejką przed mgłami rozpościerającymi się na powierzchni stawów. W oddali odgłosy byków z rykowiska jak przeciągane grube tony niedźwiedzi. Nad wszystkim rozlewa się dzika kakofonia gęsi, kormoranów, czapli. Gdzieś w szóstym tle słyszę pojedyncze trąbienie żurawi. Coś czuję, że z nimi znowu się dzisiaj nie uda. Przyspieszam, przede mną chłopak i dziewczyna, pewnie zajmą najlepsze miejsce, rozłożą te długie tuby na czarnych patykach statywów i zobaczą spektakl w całej okazałości.

Muszę iść dalej, dotrzeć do wyspy, tam są wszystkie gatunki razem, szansa na zbliżenie tych monstrualnych dziobów wystających znad trzcin… jak dinozaurów we mgle jest większa zwłaszcza dla aparatu z ręki.

A parka, tych dwojga ku mojemu zdziwieniu rozkłada kocyk, wyciąga termos z kawą i dwie kolorowe filiżanki. Siadają i patrzą w stronę…, właśnie, w stronę wschodu. Wyciągają komórki. No tak, wschód. Jak można, o nim zapomnieć. Jak można zapomnieć o wschodzie!

Wschód w tej krainie ptaków jest królem jeśli nie Bogiem. Przynosi czerwone światło, rozkłada delikatnie na tafli, rozpuszcza i rozciąga na falach, w miliardach podskakujących rozbłysków. Odbija się na brzegach tych dziwacznych filiżanek, które utkwiły w mojej głowie. Przystaję i widzę spokojną pomarańczową kulę wydobywającą się z pomiędzy koron drzew, zaczyna się… Przystaję. Ta chwila… Jak płomień zostaje w każdej tkance. Wyciągam aparat strzelając serię za serią zanim odwrócę się i pójdę przed siebie zostawiając spektakl ludziom z filiżankami.

Dolina Baryczy, sobota, 19.09.2026

Odkładanie

Odkładanie zbiera się podstępnie z tyłu głowy, odstawia swój rytualny taniec łapiąc się za ręce i wirując wokół wysokich płomieni. To wirowanie nie daje spać, ani myśleć myślą jasną, a wysysa tyle energii, że czuję się totalnie rozładowaną ogromną baterią.

Odkładanie zbiera się w stosy tworząc monstrualne wieżowce. Już, już wracam do smażonego kotleta, już już ściągnę szumowinę z ramenu, już rozwieszam pranie… Już, już piszę… Tu się przypala, tam gnije, rośnie w bębnie za szybką, a pisanie zarasta pleśnią. Koniec końców doklejam linki w kolejnej aktualizacji.

Odkładanie zostało odłożone. Dokończone czyli niezrobione. Spis treści niezrobienia przesuwa kolejne rozdziały. Jutro odbije się kortyzolową czkawką. Odłożenie męczyć będzie miesiącami w statusie niedokonania, śledzenia, przypuszczenia, mielenia…

I znów jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest cisza, a jak cisza to cień, a jak cień, to ten dziki pod drzewami, trawami. A jak spokój, to tylko z wiatrem, świeżością pozbawioną ryku miasta. O tak, iść przed siebie, bez plecaków, zbędnych balastów, w oderwaniu… Iść Stachurą. I bez tego snu co wczoraj, bez niego, bez wszystkiego, bez niczego, iść…

Wrzesień gęstnieje

Obiecuję sobie pisać. Niezależnie, codziennie nawet bez fabuły. Stasiukiem, Perecem po prostu pisać. Iść przed siebie w myślach, robić to regularnie, jak zadaną pracę. Jak pierwszą zmianę. Jak pisarz. Daję sobie pozwolenie. Zmniejszam natłok mechanicznej orki na zarobkowych poletkach w sieci. Przyznaję sobie czas. Uznaję siebie. Piszę.

Wrzesień to już nie to samo co kiedyś. Bez początków roku stał się bardziej przystępny i ludzki. Mogę zerknąć z daleka na przebiegających przez pasy. Na matki ciągnące rozczochranych chłopców przebranych za dorosłych i dziewczynki w biało czarnych sukienkach przypominających panie od polskiego. I nie przejmować się ich losem. Ich rozczarowaniem.

Mogę patrzeć jak licealiści pomalutku przewijają się parkowymi ścieżkami, zamiatając szerokimi nogawkami pył unoszący się w powietrzu, osadzający się leniwie na przedziałkach ich pedantycznie wyprasowanych długich włosów i czarnych koszulkach na ramiączkach, upamiętniając odchodzące w niwecz, kolejne polskie lato. Uczniowie przeczuwają, że za fasadą tych sztucznie rozdymanych rozpoczęć i zakończeń, nie kryje się nic szczególnego. Nic czego już by nie wiedziały.

Wracam myślami do ścieżek przy lesie. Na niby wyjeżdżam z miasta. Drzewa i pokrzywy rzucają migotliwe cienie na taflę glinianej dróżki. Zarastanie toczy się klasycznie od zewnętrznych brzegów. Zieleń upomina się o swoje. Po prostu rośnie. Rozrasta się. Gęstnieje. Powiększa. Wylewa z zarysów za nic mając krańce wyznaczone przez ludzi. Zmienia odcienie. Połyskuje w prześwitach i ciemnieje pod czwartym liściem. A ja idę. I w tym dzikim szmaragdzie robi się naprawdę dobrze.

Milcząca przyjaciółka

Wczorajszy wieczór utkwił mi w pamięci. Księżyc przed pełnią i gwiazdy. Wszystko wyraźnie jak nigdy. Kiedy ostatnio byłam w mieście po 22:00? Już nie pamiętam. Wszystko dzieje się za dnia, praca, zakupy,  praca, problemy, praca… Noc i wieczór jest do spania. Jeśli uda się zasnąć.

Wczoraj P. uparł się na kino. Kino w czwartek? Dlaczego nie!

Poszliśmy na „Milczącą przyjaciółkę”, albo przyjaciela: w zasadzie „Silent Friend”, hipnotyzujące uczucie spokoju, dźwięku i ciszy, a w roli głównej Miłorząb.

Przepiękny stary rozłożysty miłorząb, z tymi swoimi wachlarzykami z  jednym nietypowym wcięciem. Glinko Biloba na wzmocnienie pamięci i pracę mózgu.

O czym jest ten film? O naukowcu badającym fale mózgowe u niemowląt. O naukowcach badających fale „życiowe” roślin, o fascynacji przyrodą… O odkrywaniu,  tworzeniu, komunikacji  między tymi światami. O pasji i jednej, wyjątkowej pelargonii w oknie. Właściwie o wielu rzeczach, które muszę jeszcze dobrze poukładać sobie w głowie.

Główną osią były rośliny, fale i samotność. Samotność tworzenia lub tworzenie w samotności, i o odwadze w tej wędrówce ku nowemu. O szukaniu swojego miejsca, wybieraniu drogi, wychodzeniu naprzeciw,  przecieraniu ścieżek, poznawaniu… i o zachwycie. Arcy piękne kadry! Odcienie, faktury kory, światło przebijające przez blaszki liści i kielichy kwiatów. Podglądanie wszechrzeczy z pozycji mrówki ukrytej w sieci połączeń i sowy ukrytej w gałęziach drzewa. Głęboka cisza nieświadomych istnień.

To film ogród. Gęsty, lepki, pachnący. Ogród w deszczu, na przestrzeni wieków. Ogród wiosną wybuchający zielenią. Ogród podzielony kolorami epok od czarno-białego, chromatycznego, melancholijnego zachwytu początkującej, wyjątkowej studentki w latach 1908, do rozkwitu żółcieni i różu pewnej pelargonii w latach siedemdziesiątych, aż do zwykłej tonacji barw, czyli niebiesko szarej, naszego stulecia. Z pewnymi wyjątkami, kolorowych wibrujących fal emitowanych przez mózgi niemowlaków i drzewa. Trzy okresy w trzech wachlarzach barw, a po środku Miłorząb. W zasadzie to ONA. Tytułowa milcząca przyjaciółka, obserwatorka.

Dziwny to film, w którym widz obserwuje i zaczyna sam czuć, że jest obserwowany, przez nie zlokalizowaną świadomość istnień. Niesamowite wrażenie. Inny to film, bo mało w nim rozmów, a więcej dźwięków fal. Ktoś powiedział, że to esej ubrany w kino. Dla mnie to film, gdzie głównym bohaterem jest tło…

To film ogród. Ogród podzielony kolorami epok. To naukowe obserwatorium wszechrzeczy zamknięte w kadrach przeszłości i przyszłości, jak spacer po ścieżkach,  gdzie przewodnikiem niekoniecznie musi być człowiek. Bo człowiek jak to on, wciąż zmaga się ze swoją niewystarczalnością, pod drzewem pogrążony w niemocy swoich działań, nieświadomy swojego tła. Tła które do niego nieustannie szepcze i opowiada historie od czubków koron, aż po strzępki korzeni – ukryty wymiar. Pasja. Nauka. Natura. Samotność. Artystyczne makro kadry. Zapierające dech zbliżenia. Oskar za zdjęcia!

Wracając z Galerii dostrzegliśmy kunę. Niosła w pyszczku sierpówkę. Nieproporcjonalnie wielką do swoich wychudzonych rozmiarów. Spłoszona schowała się pod autem zaparkowanym przy naszej bramie. W popłochu zostawiła martwą gołębicę na krawężniku. Obserwowaliśmy w zdumieniu niespodziewane zdarzenie, może po filmie wyostrzyły nam się zmysły. Pewnie jeszcze ciepła… pomyślałam, jeszcze pulsuje w niej krew. Szare pióra na sztywniejącym ciele zaskoczonego we śnie ptaka. Drapieżnik czekał aż sobie pójdziemy. Nocne życie miasta tętni – istnieje poza naszą świadomością. Czwarty wymiar. Ktoś walczy. Ktoś obserwuje. Ktoś umiera. Ktoś wreszcie przestaje być głodny.

Recenzja:

„Milcząca przyjaciółka” — czego stary miłorząb może nauczyć człowieka o samotności, czasie i zachwycie? 🌿

Milcząca przyjaciółka to jeden z tych filmów, które bardziej się kontempluje, niż ogląda. Węgierska reżyserka Ildikó Enyedi — znana wcześniej między innymi z Dusza i ciało — stworzyła opowieść niezwykle delikatną, filozoficzną i niemal hipnotyczną. W samym centrum filmu nie stoi człowiek, lecz stary miłorząb japoński (Ginkgo biloba), który przez ponad sto lat obserwuje ludzkie losy w uniwersyteckim ogrodzie botanicznym w niemieckim Marburgu.  

To film o samotności, ale nie tej dramatycznej i krzykliwej. Raczej o cichej samotności ludzi, którzy próbują odnaleźć połączenie — z drugim człowiekiem, z naturą, ze sobą samymi. Trzy przeplatające się historie rozgrywające się w latach 1908, 1972 i 2020 tworzą rodzaj medytacji nad czasem, pamięcią i niewidzialnymi więziami między wszystkimi żywymi istotami. Miłorząb nie jest tutaj dekoracją. Jest świadkiem, milczącym opiekunem, niemal osobnym bohaterem filmu.  

„W 2020 roku neurobiolog z Hongkongu, badając umysł niemowląt, rozpoczyna nieoczekiwany eksperyment ze starym drzewem.

W 1972 roku młody student doznaje głębokiej przemiany pod wpływem prostego aktu obserwacji geranium i nawiązania z nim kontaktu.

W 1908 roku pierwsza studentka uniwersytetu odkrywa za pomocą fotografii święte wzory wszechświata ukryte w najskromniejszej roślinie.

Śledzimy ich niezdarne, niezdarne próby nawiązania kontaktu – każde z nich głęboko zakorzenione w swojej własnej teraźniejszości – gdy przemienia je cicha, trwała i tajemnicza moc natury. Prastary miłorząb japoński przybliża nam, co to znaczy być człowiekiem – naszą tęsknotę za przynależnością.”

Najpiękniejsze w „Milczącej przyjaciółce” jest to, że Enyedi nie próbuje nikogo przekonywać do żadnej ideologii. Nie mówi wprost, że drzewa mają świadomość ani że natura zna odpowiedzi na nasze problemy. Raczej stawia pytanie: co tracimy, gdy przestajemy słuchać świata poza ludzkim hałasem? W epoce ekranów, algorytmów i nieustannego przyspieszenia film proponuje coś niemal radykalnego — uważność.  

W wielu momentach „Milcząca przyjaciółka” przypomina esej filozoficzny ubrany w kino. Można w nim odnaleźć echa myśli Martina Heideggera o zamieszkiwaniu świata, zachwyt naturą znany z twórczości Henry’ego Davida Thoreau, a nawet współczesne badania nad komunikacją roślin. To kino, które bardziej szepcze niż mówi. Nie podaje odpowiedzi. Pozwala siedzieć pod drzewem i zadawać pytania.  

To film o nadziei. Miłorząb japoński jest przecież symbolem niezwykłej odporności. To jedno z najstarszych drzew na Ziemi, gatunek, który przetrwał miliony lat i stał się symbolem odradzania po katastrofach. W filmie ten motyw wybrzmiewa subtelnie: ludzie przychodzą i odchodzą, epoki się zmieniają, a drzewo trwa. Nie dlatego, że jest silniejsze od człowieka, ale dlatego, że żyje w innym rytmie czasu.

To kino dla tych, którzy kochają filmy takie jak Perfect Days, dla osób zachwycających się drzewami, ogrodami botanicznymi, ciszą i pytaniami bez odpowiedzi. Nie wszystkich porwie. Niektórzy uznają je za zbyt powolne. Ale jeśli lubisz kino, które zostaje pod skórą jeszcze długo po seansie, „Milcząca przyjaciółka” jest jak spacer pod starym drzewem w deszczowy dzień — pozornie nic się nie dzieje, a jednak wracasz odmieniona.

https://youtu.be/TaRZnpAmtJk?is=8RpQvz5dRbytRAbC

Bezmyśli

Odgłos samochodu za oknem. 6:28. Umysł nie nadąża za ciałem. Poranek. Gruchająca sierpówka i przelot piszczących jaskółek. Jak to się stało, że akurat w tym roku, pojawiły się na naszym podwórku? Bezmyśli. W głowie pusto. Ego jeszcze nie wstało. Nie zamartwiam się. Oddycham. Jeszcze nie układam dnia, ale jeszcze jeszcze… Zaraz zacznę.

Powietrze pachnie latem. Sąsiadka z trzeciego, bierze prysznic. Oszczędnie, krótko. Woda nie marnuje się. A może marnuje? Woda. Bezmyśli. Nie planuję kolejności wędrówki wyjścia na zewnątrz. Ale zaraz zacznę. Odwlekam. Oddycham. Upajam się bezmyślą. Utrzymuję ją jak najdłużej.

Małe ptaki łączą się w grupy. W odgłosy. W strumienie. W modulacje ćwierków i szczebiotów. Podkręcają jazgot. Podobno, odgłosy ptaków w mieście tworzą wyjątkowy pejzaż dźwiękowy, podpowiada AI. Miejskie ptaki śpiewają głośniej i na wyższych częstotliwościach, niż ich leśni krewni, aby przebić się przez hałas uliczny. Sikorka, wróbel/mazurek, gołąb miejski (Szakal), kawka, sroka: kerrrrr. Koncerty rozpoczynają się o świcie, ponieważ tylko w wilgotnym bezwietrznym powietrzu dźwięk roznosi się znacznie dalej. To również sposób na ogłoszenie sąsiadom „przeżyłem noc i kontroluję ten teren ten rewir”.

Ja również przeżyłam tę noc ale niczego nie kontroluję. Piszę bezmyśli.

26.05. 2026

Rób, co robisz

Poniedziałek, 18 maj. Na koncie 88, 76 zł w portfelu ponad 20 zł. Kupić parówki z indyka, pietruszkę i seler do ramenu, i koniecznie pieczywo. Aaaa, i serek biały dla P. na śniadanie, bez białego sera jak bez ręki, nie zaliczy śniadaniowego rytuału.

Plan na dziś jest prosty; mycie, wędrówka do sklepów, a później pisanie do 17. No chyba, że pójdzie szybciej, ale to raczej niemożliwe w poniedziałkowym zgiełku, chociaż może…

Za oknem cicho i szaro. Słońce raczej się nie przebije przez ścianę ołowianych chmur. Nie śledziłam wczoraj pogody, deszcz nie deszcz, może nie zmoknę.

Dochodzi siódma. W głowie lekki stres, ale nie taki jak wczoraj. S. musi zapisać się do jakiejś szkoły, zrezygnował ze studiów, ubezpieczenie zaraz wygaśnie, a przed nami kolejna dawka Wedolizumabu. Pobyt jednodniowy w szpitalu kosztowałby fortunę bez ubezpieczenia. Jak na złość, żadnej sensownej uczelni pod nosem nie mamy, a dojazdy w jego przypadku, w przypadku jego dolegliwości pisząc ściślej, się nie sprawdzają. Kierunków informatycznych brak, a cała reszta, go nie interesuje, zatem jesteśmy w codziennej rozterce, czytaj w dupie.

Kursy się nie liczą, musi być szkoła. Konieczny jest status ucznia. Zostaje pośredniak, ale nie chcę, narażać go na poszukiwanie niewdzięcznej pracy, na stawianie się na baczność, w miejsca, które i tak nie wypalą. Czasu mało a problem sam się nie rozwiąże, wystarczyłoby przeciągnąć dłużej drugi semestr, ale nie dał rady.

Za oknem ciemnieje. Deszcz jest nieunikniony. Pogoda powiedziała ostatnie słowo. Słońca nie będzie. Chcesz poprawić sobie nastrój, napij się, odegnaj od siebie rzeczywistość, zakryj ją ogonem. Rób, co robisz, wyciskaj pieniądze, ze wszystkich dostępnych źródeł. Pracuj, pracuj, pracuj…

prędko prędko!

bo zabraknie cierpliwości do siebie

i świata do mnie

a nic lepszego

Ale nic innego tylko wyleżeć

w spokoju

da się?

– jak się nie da

to się weźmie ze sobą

——————————————-

niecierpliwość

popycham ludzi rzeczy popędzam

skracają mi się skracają

aż ich nie ma

biada mojej uwadze krótkości życia

—————————————————————————

MYLNE WZRUSZENIA

Cykl: LEŻENIA

Miron Białoszewski, z książki Człowiek Miron Tadeusza Sobolewskiego

Przelotne opady deszczu

Wtorek, 12 maj przelotne opady deszczu, wyświetlił komunikator, po chwili zmieniając, na całkowite zachmurzenie. Wymarzony deszcz wreszcie się pojawił, ale to za mało, jak na to miasto, stanowczo za mało.

Wczoraj złapał mnie na Oświęcimskiej i lał do upadłego lepiąc wielkie bąble w kałużach, a później w rzece, którą utworzył na jezdni spływając w dół, i w dół w stronę remontowanego McDonalda. Przeczekałam grzecznie między wystającym z ogrodu krzewem i białym busem. Przyglądałam się spektaklowi wściekłości jakie wyczyniał, hulając sobie w najlepsze przy akompaniamencie burzy, w jasnych poświatach przedziwnych urojeń szarości, pomieszanych z kanarkowym rozmytym synonimem cytryny.

Długo siekał i szarpał zanim pozwolił mi się uwolnić z kleszczy wąskiej uliczki, pójść spokojnie ale szybko, w przyklejonej do pleców kurtce do domu. Powietrze pachniało świeżością i anyżkowym posmakiem, tych pięknych drobnych kwiatków na krzewie, w pobliżu klatki schodowej. Powtórka z dzieciństwa. Kiedy ostatnio zmokłam? Może w zeszłym roku, a może już dawno, dawno w innych czasach bez parasolów i przewidywań. W czasach bez sprawdzania wiadomości w alertach pogodowych wyskakujących na wszystkich wyświetlaczach świata, lodówkach i pralkach, kuchenkach gazowych…

W czasach bez przewidywań i przepowiedni nadchodzącego końca, apokalipsy, końca końców. W czasach gdy niepewnością rzeczy nie trzeba było się aż tak przejmować. Można było po prostu iść przed siebie i robić rzeczy, które zwykle należało robić. Tak po prostu. Bez asekuracji. Bez odzieży funkcyjnej i obuwia do chodzenia po twardych powierzchniach. Bez nadmiaru myśli organizacyjnych odbijających się czkawką i wstydem niedostatecznej organizacji, przygotowania, spakowania, weryfikacji i kontroli ilości. Po prostu wyjść…

Tylko zmęczenie

Współczesny człowiek nie jest już poddanym zmuszanym do pracy przez zewnętrznego władcę, lecz stał się „przedsiębiorcą samego siebie”. To prowadzi do dobrowolnej samoprzemocy i autoeksploatacji w dążeniu do wydajności, co skutkuje głębokim wypaleniem i zmęczeniem. – Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia.

Zmęczenie z tendencją narastającą w piątek osiąga punkt najwyższy i dalej wzrasta. 7:30 powietrze gęstnieje od zapachu kawy. J. wraca się po komórkę zostawioną na kablu ładowarki, później zbiega w pośpiechu po schodach. Pierwszy tydzień w nowej pracy jakoś mija bez przeszkód. Gdy skończy, dopina wszystko w starej. Praktycznie dwa etaty.

Za oknem ćwierkają wróble i sikorki. Czasem coś niezidentyfikowanego, może szpak naśladuje czyjeś dźwięki a może zielony dzwoniec. Widziałam już ich kilka za murkiem. W tle ciężki mozolny mechaniczny zbiór wibracji pneumatycznych przeplatanych syczeniem układu hamulcowego – autobus MPK, kierunek Strzelińska. Przed przystankiem głęboka dziura otoczona taśmami. Roboty drogowe. Koparki w rozedrganym rechocie. Przerywane piskliwe beep-beep w szumie niskiego chrobotu, od którego mam już mdłości.

Słońce już wysoko ale dalej nie grzeje. Pranie na balkonie jeszcze wilgotne pokrywa się pyłem. Pył drażni moje zamglone oczy. Krople nie pomagają. Czasem zagrucha gołąb i odlatuje w dal spłoszony przez niewiadomo kogo. Oprócz hałasu – nuda. Nic się nie dzieje. Tylko zmęczenie.

Piątek, 24.04.2026