Archiwa tagu: #zapiskizcienia

Odkładanie

Odkładanie zbiera się podstępnie z tyłu głowy, odstawia swój rytualny taniec łapiąc się za ręce i wirując wokół wysokich płomieni. To wirowanie nie daje spać, ani myśleć myślą jasną, a wysysa tyle energii, że czuję się totalnie rozładowaną ogromną baterią.

Odkładanie zbiera się w stosy tworząc monstrualne wieżowce. Już, już wracam do smażonego kotleta, już już ściągnę szumowinę z ramenu, już rozwieszam pranie… Już, już piszę… Tu się przypala, tam gnije, rośnie w bębnie za szybką, a pisanie zarasta pleśnią. Koniec końców doklejam linki w kolejnej aktualizacji.

Odkładanie zostało odłożone. Dokończone czyli niezrobione. Spis treści niezrobienia przesuwa kolejne rozdziały. Jutro odbije się kortyzolową czkawką. Odłożenie męczyć będzie miesiącami w statusie niedokonania, śledzenia, przypuszczenia, mielenia…

I znów jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest cisza, a jak cisza to cień, a jak cień, to ten dziki pod drzewami, trawami. A jak spokój, to tylko z wiatrem, świeżością pozbawioną ryku miasta. O tak, iść przed siebie, bez plecaków, zbędnych balastów, w oderwaniu… Iść Stachurą. I bez tego snu co wczoraj, bez niego, bez wszystkiego, bez niczego, iść…

Wrzesień gęstnieje

Obiecuję sobie pisać. Niezależnie, codziennie nawet bez fabuły. Stasiukiem, Perecem po prostu pisać. Iść przed siebie w myślach, robić to regularnie, jak zadaną pracę. Jak pierwszą zmianę. Jak pisarz. Daję sobie pozwolenie. Zmniejszam natłok mechanicznej orki na zarobkowych poletkach w sieci. Przyznaję sobie czas. Uznaję siebie. Piszę.

Wrzesień to już nie to samo co kiedyś. Bez początków roku stał się bardziej przystępny i ludzki. Mogę zerknąć z daleka na przebiegających przez pasy. Na matki ciągnące rozczochranych chłopców przebranych za dorosłych i dziewczynki w biało czarnych sukienkach przypominających panie od polskiego. I nie przejmować się ich losem. Ich rozczarowaniem.

Mogę patrzeć jak licealiści pomalutku przewijają się parkowymi ścieżkami, zamiatając szerokimi nogawkami pył unoszący się w powietrzu, osadzający się leniwie na przedziałkach ich pedantycznie wyprasowanych długich włosów i czarnych koszulkach na ramiączkach, upamiętniając odchodzące w niwecz, kolejne polskie lato. Uczniowie przeczuwają, że za fasadą tych sztucznie rozdymanych rozpoczęć i zakończeń, nie kryje się nic szczególnego. Nic czego już by nie wiedziały.

Wracam myślami do ścieżek przy lesie. Na niby wyjeżdżam z miasta. Drzewa i pokrzywy rzucają migotliwe cienie na taflę glinianej dróżki. Zarastanie toczy się klasycznie od zewnętrznych brzegów. Zieleń upomina się o swoje. Po prostu rośnie. Rozrasta się. Gęstnieje. Powiększa. Wylewa z zarysów za nic mając krańce wyznaczone przez ludzi. Zmienia odcienie. Połyskuje w prześwitach i ciemnieje pod czwartym liściem. A ja idę. I w tym dzikim szmaragdzie robi się naprawdę dobrze.

Milcząca przyjaciółka

Wczorajszy wieczór utkwił mi w pamięci. Księżyc przed pełnią i gwiazdy. Wszystko wyraźnie jak nigdy. Kiedy ostatnio byłam w mieście po 22:00? Już nie pamiętam. Wszystko dzieje się za dnia, praca, zakupy,  praca, problemy, praca… Noc i wieczór jest do spania. Jeśli uda się zasnąć.

Wczoraj P. uparł się na kino. Kino w czwartek? Dlaczego nie!

Poszliśmy na „Milczącą przyjaciółkę”, albo przyjaciela: w zasadzie „Silent Friend”, hipnotyzujące uczucie spokoju, dźwięku i ciszy, a w roli głównej Miłorząb.

Przepiękny stary rozłożysty miłorząb, z tymi swoimi wachlarzykami z  jednym nietypowym wcięciem. Glinko Biloba na wzmocnienie pamięci i pracę mózgu.

O czym jest ten film? O naukowcu badającym fale mózgowe u niemowląt. O naukowcach badających fale „życiowe” roślin, o fascynacji przyrodą… O odkrywaniu,  tworzeniu, komunikacji  między tymi światami. O pasji i jednej, wyjątkowej pelargonii w oknie. Właściwie o wielu rzeczach, które muszę jeszcze dobrze poukładać sobie w głowie.

Główną osią były rośliny, fale i samotność. Samotność tworzenia lub tworzenie w samotności, i o odwadze w tej wędrówce ku nowemu. O szukaniu swojego miejsca, wybieraniu drogi, wychodzeniu naprzeciw,  przecieraniu ścieżek, poznawaniu… i o zachwycie. Arcy piękne kadry! Odcienie, faktury kory, światło przebijające przez blaszki liści i kielichy kwiatów. Podglądanie wszechrzeczy z pozycji mrówki ukrytej w sieci połączeń i sowy ukrytej w gałęziach drzewa. Głęboka cisza nieświadomych istnień.

To film ogród. Gęsty, lepki, pachnący. Ogród w deszczu, na przestrzeni wieków. Ogród wiosną wybuchający zielenią. Ogród podzielony kolorami epok od czarno-białego, chromatycznego, melancholijnego zachwytu początkującej, wyjątkowej studentki w latach 1908, do rozkwitu żółcieni i różu pewnej pelargonii w latach siedemdziesiątych, aż do zwykłej tonacji barw, czyli niebiesko szarej, naszego stulecia. Z pewnymi wyjątkami, kolorowych wibrujących fal emitowanych przez mózgi niemowlaków i drzewa. Trzy okresy w trzech wachlarzach barw, a po środku Miłorząb. W zasadzie to ONA. Tytułowa milcząca przyjaciółka, obserwatorka.

Dziwny to film, w którym widz obserwuje i zaczyna sam czuć, że jest obserwowany, przez nie zlokalizowaną świadomość istnień. Niesamowite wrażenie. Inny to film, bo mało w nim rozmów, a więcej dźwięków fal. Ktoś powiedział, że to esej ubrany w kino. Dla mnie to film, gdzie głównym bohaterem jest tło…

To film ogród. Ogród podzielony kolorami epok. To naukowe obserwatorium wszechrzeczy zamknięte w kadrach przeszłości i przyszłości, jak spacer po ścieżkach,  gdzie przewodnikiem niekoniecznie musi być człowiek. Bo człowiek jak to on, wciąż zmaga się ze swoją niewystarczalnością, pod drzewem pogrążony w niemocy swoich działań, nieświadomy swojego tła. Tła które do niego nieustannie szepcze i opowiada historie od czubków koron, aż po strzępki korzeni – ukryty wymiar. Pasja. Nauka. Natura. Samotność. Artystyczne makro kadry. Zapierające dech zbliżenia. Oskar za zdjęcia!

Wracając z Galerii dostrzegliśmy kunę. Niosła w pyszczku sierpówkę. Nieproporcjonalnie wielką do swoich wychudzonych rozmiarów. Spłoszona schowała się pod autem zaparkowanym przy naszej bramie. W popłochu zostawiła martwą gołębicę na krawężniku. Obserwowaliśmy w zdumieniu niespodziewane zdarzenie, może po filmie wyostrzyły nam się zmysły. Pewnie jeszcze ciepła… pomyślałam, jeszcze pulsuje w niej krew. Szare pióra na sztywniejącym ciele zaskoczonego we śnie ptaka. Drapieżnik czekał aż sobie pójdziemy. Nocne życie miasta tętni – istnieje poza naszą świadomością. Czwarty wymiar. Ktoś walczy. Ktoś obserwuje. Ktoś umiera. Ktoś wreszcie przestaje być głodny.

Recenzja:

„Milcząca przyjaciółka” — czego stary miłorząb może nauczyć człowieka o samotności, czasie i zachwycie? 🌿

Milcząca przyjaciółka to jeden z tych filmów, które bardziej się kontempluje, niż ogląda. Węgierska reżyserka Ildikó Enyedi — znana wcześniej między innymi z Dusza i ciało — stworzyła opowieść niezwykle delikatną, filozoficzną i niemal hipnotyczną. W samym centrum filmu nie stoi człowiek, lecz stary miłorząb japoński (Ginkgo biloba), który przez ponad sto lat obserwuje ludzkie losy w uniwersyteckim ogrodzie botanicznym w niemieckim Marburgu.  

To film o samotności, ale nie tej dramatycznej i krzykliwej. Raczej o cichej samotności ludzi, którzy próbują odnaleźć połączenie — z drugim człowiekiem, z naturą, ze sobą samymi. Trzy przeplatające się historie rozgrywające się w latach 1908, 1972 i 2020 tworzą rodzaj medytacji nad czasem, pamięcią i niewidzialnymi więziami między wszystkimi żywymi istotami. Miłorząb nie jest tutaj dekoracją. Jest świadkiem, milczącym opiekunem, niemal osobnym bohaterem filmu.  

„W 2020 roku neurobiolog z Hongkongu, badając umysł niemowląt, rozpoczyna nieoczekiwany eksperyment ze starym drzewem.

W 1972 roku młody student doznaje głębokiej przemiany pod wpływem prostego aktu obserwacji geranium i nawiązania z nim kontaktu.

W 1908 roku pierwsza studentka uniwersytetu odkrywa za pomocą fotografii święte wzory wszechświata ukryte w najskromniejszej roślinie.

Śledzimy ich niezdarne, niezdarne próby nawiązania kontaktu – każde z nich głęboko zakorzenione w swojej własnej teraźniejszości – gdy przemienia je cicha, trwała i tajemnicza moc natury. Prastary miłorząb japoński przybliża nam, co to znaczy być człowiekiem – naszą tęsknotę za przynależnością.”

Najpiękniejsze w „Milczącej przyjaciółce” jest to, że Enyedi nie próbuje nikogo przekonywać do żadnej ideologii. Nie mówi wprost, że drzewa mają świadomość ani że natura zna odpowiedzi na nasze problemy. Raczej stawia pytanie: co tracimy, gdy przestajemy słuchać świata poza ludzkim hałasem? W epoce ekranów, algorytmów i nieustannego przyspieszenia film proponuje coś niemal radykalnego — uważność.  

W wielu momentach „Milcząca przyjaciółka” przypomina esej filozoficzny ubrany w kino. Można w nim odnaleźć echa myśli Martina Heideggera o zamieszkiwaniu świata, zachwyt naturą znany z twórczości Henry’ego Davida Thoreau, a nawet współczesne badania nad komunikacją roślin. To kino, które bardziej szepcze niż mówi. Nie podaje odpowiedzi. Pozwala siedzieć pod drzewem i zadawać pytania.  

To film o nadziei. Miłorząb japoński jest przecież symbolem niezwykłej odporności. To jedno z najstarszych drzew na Ziemi, gatunek, który przetrwał miliony lat i stał się symbolem odradzania po katastrofach. W filmie ten motyw wybrzmiewa subtelnie: ludzie przychodzą i odchodzą, epoki się zmieniają, a drzewo trwa. Nie dlatego, że jest silniejsze od człowieka, ale dlatego, że żyje w innym rytmie czasu.

To kino dla tych, którzy kochają filmy takie jak Perfect Days, dla osób zachwycających się drzewami, ogrodami botanicznymi, ciszą i pytaniami bez odpowiedzi. Nie wszystkich porwie. Niektórzy uznają je za zbyt powolne. Ale jeśli lubisz kino, które zostaje pod skórą jeszcze długo po seansie, „Milcząca przyjaciółka” jest jak spacer pod starym drzewem w deszczowy dzień — pozornie nic się nie dzieje, a jednak wracasz odmieniona.

https://youtu.be/TaRZnpAmtJk?is=8RpQvz5dRbytRAbC

Bezmyśli

Odgłos samochodu za oknem. 6:28. Umysł nie nadąża za ciałem. Poranek. Gruchająca sierpówka i przelot piszczących jaskółek. Jak to się stało, że akurat w tym roku, pojawiły się na naszym podwórku? Bezmyśli. W głowie pusto. Ego jeszcze nie wstało. Nie zamartwiam się. Oddycham. Jeszcze nie układam dnia, ale jeszcze jeszcze… Zaraz zacznę.

Powietrze pachnie latem. Sąsiadka z trzeciego, bierze prysznic. Oszczędnie, krótko. Woda nie marnuje się. A może marnuje? Woda. Bezmyśli. Nie planuję kolejności wędrówki wyjścia na zewnątrz. Ale zaraz zacznę. Odwlekam. Oddycham. Upajam się bezmyślą. Utrzymuję ją jak najdłużej.

Małe ptaki łączą się w grupy. W odgłosy. W strumienie. W modulacje ćwierków i szczebiotów. Podkręcają jazgot. Podobno, odgłosy ptaków w mieście tworzą wyjątkowy pejzaż dźwiękowy, podpowiada AI. Miejskie ptaki śpiewają głośniej i na wyższych częstotliwościach, niż ich leśni krewni, aby przebić się przez hałas uliczny. Sikorka, wróbel/mazurek, gołąb miejski (Szakal), kawka, sroka: kerrrrr. Koncerty rozpoczynają się o świcie, ponieważ tylko w wilgotnym bezwietrznym powietrzu dźwięk roznosi się znacznie dalej. To również sposób na ogłoszenie sąsiadom „przeżyłem noc i kontroluję ten teren ten rewir”.

Ja również przeżyłam tę noc ale niczego nie kontroluję. Piszę bezmyśli.

26.05. 2026

Rób, co robisz

Poniedziałek, 18 maj. Na koncie 88, 76 zł w portfelu ponad 20 zł. Kupić parówki z indyka, pietruszkę i seler do ramenu, i koniecznie pieczywo. Aaaa, i serek biały dla P. na śniadanie, bez białego sera jak bez ręki, nie zaliczy śniadaniowego rytuału.

Plan na dziś jest prosty; mycie, wędrówka do sklepów, a później pisanie do 17. No chyba, że pójdzie szybciej, ale to raczej niemożliwe w poniedziałkowym zgiełku, chociaż może…

Za oknem cicho i szaro. Słońce raczej się nie przebije przez ścianę ołowianych chmur. Nie śledziłam wczoraj pogody, deszcz nie deszcz, może nie zmoknę.

Dochodzi siódma. W głowie lekki stres, ale nie taki jak wczoraj. S. musi zapisać się do jakiejś szkoły, zrezygnował ze studiów, ubezpieczenie zaraz wygaśnie, a przed nami kolejna dawka Wedolizumabu. Pobyt jednodniowy w szpitalu kosztowałby fortunę bez ubezpieczenia. Jak na złość, żadnej sensownej uczelni pod nosem nie mamy, a dojazdy w jego przypadku, w przypadku jego dolegliwości pisząc ściślej, się nie sprawdzają. Kierunków informatycznych brak, a cała reszta, go nie interesuje, zatem jesteśmy w codziennej rozterce, czytaj w dupie.

Kursy się nie liczą, musi być szkoła. Konieczny jest status ucznia. Zostaje pośredniak, ale nie chcę, narażać go na poszukiwanie niewdzięcznej pracy, na stawianie się na baczność, w miejsca, które i tak nie wypalą. Czasu mało a problem sam się nie rozwiąże, wystarczyłoby przeciągnąć dłużej drugi semestr, ale nie dał rady.

Za oknem ciemnieje. Deszcz jest nieunikniony. Pogoda powiedziała ostatnie słowo. Słońca nie będzie. Chcesz poprawić sobie nastrój, napij się, odegnaj od siebie rzeczywistość, zakryj ją ogonem. Rób, co robisz, wyciskaj pieniądze, ze wszystkich dostępnych źródeł. Pracuj, pracuj, pracuj…

prędko prędko!

bo zabraknie cierpliwości do siebie

i świata do mnie

a nic lepszego

Ale nic innego tylko wyleżeć

w spokoju

da się?

– jak się nie da

to się weźmie ze sobą

——————————————-

niecierpliwość

popycham ludzi rzeczy popędzam

skracają mi się skracają

aż ich nie ma

biada mojej uwadze krótkości życia

—————————————————————————

MYLNE WZRUSZENIA

Cykl: LEŻENIA

Miron Białoszewski, z książki Człowiek Miron Tadeusza Sobolewskiego

Przelotne opady deszczu

Wtorek, 12 maj przelotne opady deszczu, wyświetlił komunikator, po chwili zmieniając, na całkowite zachmurzenie. Wymarzony deszcz wreszcie się pojawił, ale to za mało, jak na to miasto, stanowczo za mało.

Wczoraj złapał mnie na Oświęcimskiej i lał do upadłego lepiąc wielkie bąble w kałużach, a później w rzece, którą utworzył na jezdni spływając w dół, i w dół w stronę remontowanego McDonalda. Przeczekałam grzecznie między wystającym z ogrodu krzewem i białym busem. Przyglądałam się spektaklowi wściekłości jakie wyczyniał, hulając sobie w najlepsze przy akompaniamencie burzy, w jasnych poświatach przedziwnych urojeń szarości, pomieszanych z kanarkowym rozmytym synonimem cytryny.

Długo siekał i szarpał zanim pozwolił mi się uwolnić z kleszczy wąskiej uliczki, pójść spokojnie ale szybko, w przyklejonej do pleców kurtce do domu. Powietrze pachniało świeżością i anyżkowym posmakiem, tych pięknych drobnych kwiatków na krzewie, w pobliżu klatki schodowej. Powtórka z dzieciństwa. Kiedy ostatnio zmokłam? Może w zeszłym roku, a może już dawno, dawno w innych czasach bez parasolów i przewidywań. W czasach bez sprawdzania wiadomości w alertach pogodowych wyskakujących na wszystkich wyświetlaczach świata, lodówkach i pralkach, kuchenkach gazowych…

W czasach bez przewidywań i przepowiedni nadchodzącego końca, apokalipsy, końca końców. W czasach gdy niepewnością rzeczy nie trzeba było się aż tak przejmować. Można było po prostu iść przed siebie i robić rzeczy, które zwykle należało robić. Tak po prostu. Bez asekuracji. Bez odzieży funkcyjnej i obuwia do chodzenia po twardych powierzchniach. Bez nadmiaru myśli organizacyjnych odbijających się czkawką i wstydem niedostatecznej organizacji, przygotowania, spakowania, weryfikacji i kontroli ilości. Po prostu wyjść…

Tylko zmęczenie

Współczesny człowiek nie jest już poddanym zmuszanym do pracy przez zewnętrznego władcę, lecz stał się „przedsiębiorcą samego siebie”. To prowadzi do dobrowolnej samoprzemocy i autoeksploatacji w dążeniu do wydajności, co skutkuje głębokim wypaleniem i zmęczeniem. – Byung-Chul Han, Społeczeństwo zmęczenia.

Zmęczenie z tendencją narastającą w piątek osiąga punkt najwyższy i dalej wzrasta. 7:30 powietrze gęstnieje od zapachu kawy. J. wraca się po komórkę zostawioną na kablu ładowarki, później zbiega w pośpiechu po schodach. Pierwszy tydzień w nowej pracy jakoś mija bez przeszkód. Gdy skończy, dopina wszystko w starej. Praktycznie dwa etaty.

Za oknem ćwierkają wróble i sikorki. Czasem coś niezidentyfikowanego, może szpak naśladuje czyjeś dźwięki a może zielony dzwoniec. Widziałam już ich kilka za murkiem. W tle ciężki mozolny mechaniczny zbiór wibracji pneumatycznych przeplatanych syczeniem układu hamulcowego – autobus MPK, kierunek Strzelińska. Przed przystankiem głęboka dziura otoczona taśmami. Roboty drogowe. Koparki w rozedrganym rechocie. Przerywane piskliwe beep-beep w szumie niskiego chrobotu, od którego mam już mdłości.

Słońce już wysoko ale dalej nie grzeje. Pranie na balkonie jeszcze wilgotne pokrywa się pyłem. Pył drażni moje zamglone oczy. Krople nie pomagają. Czasem zagrucha gołąb i odlatuje w dal spłoszony przez niewiadomo kogo. Oprócz hałasu – nuda. Nic się nie dzieje. Tylko zmęczenie.

Piątek, 24.04.2026

Powrót do ciszy

Prawdziwa cisza to brak jakiejkolwiek energii fal dźwiękowych. To brak drgań, brak zmian ciśnienia. Na Ziemi niemożliwa do uzyskania ponieważ zawsze występują minimalne drgania: szum krwi w uszach, bicie serca czy szum powietrza o niskiej częstotliwości.

Już dawno nie spotkałam się z taką ciszą. Nawet kosy za oknem przygasiły swoje piski. Spokój. J. pojechał do nowej pracy. W pełnym skupieniu i zaangażowaniu spakował plecak. Samochody za oknem przecinały te same ulice a on, w nową drogę, po nowe wrażenia na nowy grunt daj Boże bogatszy i prostszy.

Uwolniony czas rozpłaszczył się przede mną i zamigotał wszystkimi możliwościami jak świątecznymi lampkami. Wreszcie piszę. Bez pośpiechu, przed garami, zakupami i sprzeczkami. W pełnej ciszy. W luksusie nie bycia, w każdym wyznaczonym miejscu i wyznaczonej nerwowej godzinie. W każdej zadaniowej minucie nie odhaczam już przewidzianych czynności na niekończącej liście wszystkich prac domowych przed pracami pozadomowymi. Ten stan graniczy z czymś zapomnianym zwanym potocznie ulgą.

A do tego wiosna jeszcze nie rozwinęła się na dobre zostawiając jeszcze wiele na skrajach chodników, balkonów i parków. Zapach uwolnienia unosi się nad moim miastem udając wiele możliwości. Wybuchając kolorami marzeń. Obiecując wygraną w taniej loterii. Przykrywając przyklejony do stołu tłuszcz o słodkawym zapachu wieprzowiny w pięciu smakach. Przez ten krótki moment można poczuć się człowiekiem. Oddychać kolorami. Wędrować. Nie przyspieszać. Zanim przygnębi mnie jesień zachwycę się spokojnie jasnozielonym kolorem liści.

Poniedziałek, 20.04.2026

Niedziela Palmowa

Pada. Ołowiane chmury zawisły nad moim miastem. Komunikator błysną poleceniem „siejemy rzeżuchę”. Telefon odpalił się powoli wpuszczając białe światło przez uchylone wirtualne drzwi. Prawie cisza gdyby nie wędrówki do łazienki. Szmery z tik-toka o Norrisie po mojej prawej stronie i tłumiony chichot. W Gmajlu skończyło się miejsce. Podejmij działania…

Szarość przenika przez zakurzone szyby. Ciemnieje. Indygo nieba wgniata się w spocone łóżko. Twarze i myśli zmęczone po sobocie odbijają się w całunach pomarszczonych poduszek. Widmo zakupów wisi nad nami z ciężarem kryzysu paliwowego, inflacją i rosnącymi cenami energii. Nie ma odwrotu, nie ma ucieczki przed wyjściem. Ciało wzdryga się i kurczy na samą myśl. Nikt nie uratuje mnie przed niecodzienną codziennością handlowej, deszczowej, palmowej niedzieli.

Zbieram się w głowie. Pakuję w torby listy rzeczy, przemierzam półki myślami. Wybieram. Tylko potrzebne, tylko na dzisiaj. Tanio. Bez zapasów. Cash flow.  Posuwam się do wyjścia z drucianą plecionką koszyka gdy jeszcze mnie tam nie ma, a jednak jestem. Mijam ponurego człowieka o ziemistej cerze. Zastygł nad łososiem. 46 zł za pół kilo. Czy można się najeść takim kawałkiem? 

Zmierzam w stronę oświetlonych lodówek z warzywami jak ćma do światła Zimno. Może bób już nie jest za siedem. Przecież to niedorzeczna propozycja.

Mieszanki, krewetki, kalmary w panierce i bez; truskawki w cenie złota.

Dopada mnie spłaszczony nastrój. Nie przełączam się w tryb zadaniowy szybki ani odpoczynkowy, spoczynkowy wolny. Jestem pomiędzy. Zaraz dołączy do mnie układ mięśniowy, zintegrowany system połączony w długie łańcuchy bólu. Ale jeszcze jeszcze… zanim wszystko się zacznie poczekam na impuls, na sens.