Diamenty ze sterty kurzu. O pisaniu, kiedy życie odbiera nam pewność

O dziennikach, pamięci, starzeniu się, zwątpieniu i codziennej praktyce, która podtrzymuje twórczy głos.

O Virginii Woolf, Nicku Rogerze Clarke’u, chorobie, pamięci i zeszytach, które pozwalają nam pozostać w kontakcie z własnym życiem.

Brama, która pozostaje otwarta

Najpierw znika słowo.

Nie jakieś rzadkie, uczone, wyciągane z pamięci raz na kilka lat. Zwyczajne. Takie, którego używa się od dzieciństwa, nie zastanawiając się nad nim. Drzwi. Przedmiot, obok którego przechodzi się każdego dnia. Nagle nie można przypomnieć sobie nie tylko jego nazwy, lecz także tego, do czego służy.

Australijski pisarz Nick Roger Clarke zaczął doświadczać podobnych epizodów w 2025 roku. Nie przypominały zwyczajnego zapominania, kiedy człowiek wie, czego szuka, lecz nie potrafi znaleźć właściwego słowa. Właściwej nazwy. W jego przypadku znikało coś więcej: samo pojęcie. Jakby w znajomym pokoju ktoś usunął przedmiot wraz z całą wiedzą o jego istnieniu.

Po kolejnych epizodach, konsultacjach i badaniach neurolog rozpoznał u niego funkcjonalne zaburzenie neurologiczne, FND. Clarke czekał miesiącami na specjalistyczną pomoc. Tymczasem jego związek z językiem — podstawowym narzędziem pisarza — stał się źródłem lęku.

O tym doświadczeniu opowiedział w eseju opublikowanym w listopadzie 2026 roku na łamach World Literature Today. Nie jest to opowieść o cudownym ozdrowieniu dzięki prowadzeniu dziennika. Jest czymś znacznie ciekawszym: świadectwem człowieka, który przestał ufać własnej pamięci, a mimo to próbował znaleźć sposób, by nadal pisać. World Literature Today

W pewnym momencie sięgnął po stary egzemplarz A Writer’s Diary Virginii Woolf. Książka była tak zniszczona, że trzeba było ją sklejać podczas czytania. Ten drobiazg wydaje mi się ważny. Istnieje przecież szczególna bliskość między człowiekiem, którego codzienne funkcjonowanie stało się kruche, a książką, która sama ledwie trzyma się w całości.

Clarke nie potrzebował świadectwa wielkości pisarki. Potrzebował zobaczyć, jak wygląda pisanie od środka: zanim stanie się książką, zanim ktoś je przeczyta, zanim zostanie uznane za wartościowe.

W dziennikach Woolf znalazł nie tylko pracę wybitnego umysłu, ale również zmęczenie, niepewność, pośpiech, drobne obserwacje i zdania zapisywane bez wyraźnego celu.

Jego neuropsycholog opisał mu tę swobodę za pomocą obrazu otwartej bramy. Nie trzeba znać kombinacji do zamka, żeby dostać się do środka. Brama nie musi być zamknięta…

„I nigdy nie wiesz, co może się pojawić”

Rozluźnić więzadła

20 kwietnia 1919 roku Virginia Woolf zastanawiała się w swoim dzienniku nad samą praktyką jego prowadzenia. Nie zamierzała tworzyć arcydzieła. Chciała pisać szybko, swobodnie, bez zatrzymywania się nad każdym zdaniem.

Użyła osobliwego określenia: prowadzenie dziennika rozluźniało więzadła jej pisania.

To metafora niemal fizjologiczna. Jakby język był ciałem, które sztywnieje od zbyt długiego pozostawania w jednej pozycji. Jakby nadmierna kontrola — nieustanne poprawianie, wybieranie, ocenianie — odbierała zdaniom naturalną elastyczność.

Woolf wiedziała, że nie każda myśl zasługuje na rozwinięcie. W jej zapiskach są wydarzenia towarzyskie, plotki, obserwacje pogody, rozmowy, lektury, niechęć do pracy i zadowolenie z dobrze spędzonego dnia. Bywa w nich niesprawiedliwa, ironiczna, rozdrażniona. Nie jest stale przenikliwą autorką Do latarni morskiej.

I właśnie dlatego te dzienniki są tak interesujące.

Pozwalają zobaczyć pisarkę, zanim zaczęła brzmieć jak Virginia Woolf.

Zachowane zapiski pokazują, jak przypadkowe szczegóły życia przedostawały się do jej wyobraźni. Czasem zwyczajna obserwacja prowadziła do pomysłu, którego wcześniej nie szukała. Woolf nazywała takie znaleziska diamentami ze sterty kurzu.

Nie chodziło o to, żeby każdego ranka wydobyć diament. Przeciwnie: trzeba było pozwolić sobie na gromadzenie kurzu.

Współczesna kultura twórczości ma z tym pewien problem. Niemal każda praktyka musi czemuś służyć. Spacer powinien poprawiać koncentrację. Dziennik ma regulować emocje. Poranne strony mają odblokować kreatywność. Notatnik powinien dostarczać pomysłów, a pomysły prowadzić do tekstów, które można opublikować.

W takim świecie nawet bezinteresowne zapisywanie życia łatwo zamienia się w kolejne zadanie.

Tymczasem u Woolf najciekawsza wydaje się zgoda na bezużyteczność. Zapis, który niczego nie dowodzi. Zdanie, którego nie trzeba pokazywać. Obserwacja tak drobna, że mogłaby zniknąć bez śladu.

Warto jednak pamiętać, że A Writer’s Diary, wydany w 1953 roku, został wybrany i opracowany przez Leonarda Woolfa z obszerniejszych dzienników żony. To nie jest całkowicie neutralny zapis jej codzienności. Jest również portretem pisarki przygotowanym przez kogoś, kto pragnął ocalić i przedstawić jej literacką pracę. World Literature Today

W tym tkwi dodatkowy paradoks: prywatne pisanie, które miało być wolne od oczekiwań, po śmierci autorki samo stało się literaturą.

Kiedy ciało odbiera słowom posłuszeństwo

Clarke czytał Woolf w szczególnym momencie.

Wcześniej zachwycił się powieścią „Do latarni morskiej”. Zobaczył w niej coś, co trudno sprowadzić do fabuły: sposób, w jaki przeszłość stale uczestniczy w teraźniejszości, jak ludzie noszą w sobie obrazy innych osób, jak pozornie nieistotne chwile zaczynają promieniować znaczeniem.

Potem przyszła choroba.

Pisanie przestało być oczywistą możliwością. Clarke wiedział, że jest pisarzem, ale nie mógł polegać na narzędziu, które wcześniej pozwalało mu tę tożsamość urzeczywistniać.

Dziennik pojawił się w jego życiu również jako element pracy z terapeutą. Wcześniej nie prowadził go regularnie. Teraz miał zapisywać własne doświadczenia i emocjonalne reakcje.

Nie to jednak jest najważniejsze w jego opowieści.

Najbardziej poruszający pozostaje moment, w którym odkrywa, że dziennik nie wymaga od niego dawnej sprawności. Nie trzeba w nim od razu budować opowiadania. Nie trzeba pamiętać wszystkich słów, żeby zapisać jedno. Nie trzeba wiedzieć, dokąd prowadzi tekst.

Dla człowieka, który przez wiele miesięcy nie mógł swobodnie pracować, ta różnica musiała mieć znaczenie.

Istnieje okrutna strona twórczej tożsamości. Kiedy człowiek długo zajmuje się pisaniem, malarstwem albo muzyką, zaczyna mierzyć własne życie zdolnością do wykonywania tej pracy. Dzień bez napisanej strony wydaje się dniem straconym. Dłuższa przerwa budzi podejrzenie, że talent zniknął. Choroba może wówczas oznaczać nie tylko utratę sprawności, lecz także zachwianie obrazu samego siebie.

A przecież człowiek nie przestaje być uważnym obserwatorem świata tylko dlatego, że przez jakiś czas nie potrafi stworzyć książki.

Clarke powracał stopniowo do pisania. W swoim eseju informuje, że po osiemnastu miesiącach znów pracuje nad tekstem. Nie przypisuje tego osiągnięcia wyłącznie dziennikowi. Opisuje szerszy proces leczenia i odzyskiwania możliwości działania.

Właśnie ta powściągliwość czyni jego świadectwo wiarygodnym.

Dziennik nie musi być lekarstwem, żeby okazał się ważny.

Wystarczy, że pozostaje miejscem, do którego można wrócić.

Kiedy choroba nie ma własnego języka

W lipcu 2026 roku brytyjska pisarka Susanna Clarke, autorka Piranesiego i Jonathana Strange’a i pana Norrella, opublikowała w „Guardianie” esej o chorobie, która na wiele lat zmieniła jej życie.

Wspominała pobyt w szpitalu w 2016 roku. Od jedenastu lat zmagała się już z przewlekłą chorobą, którą określała jako zespół chronicznego zmęczenia. W ostatnich tygodniach jej stan gwałtownie się pogorszył. Miała trudności z jedzeniem, drżała, doświadczała silnego lęku.

Lekarz zapytał, jak się czuje.

Odpowiedziała, że jest bardzo chora.

Chciał wiedzieć więcej. Potrzebował opisu, który pozwoliłby zrozumieć objawy. Ona jednak nie umiała znaleźć odpowiednich słów.

To zdumiewająca sytuacja: zawodowa pisarka, osoba, która przez lata tworzyła całe światy za pomocą języka, nie potrafi opowiedzieć o własnym ciele.

Clarke wspomina, że najbardziej adekwatne wydawało jej się porównanie do spadania z krawędzi świata. Rozumiała jednak, że dla lekarza taka metafora może być mało użyteczna. The Guardian

Sto lat wcześniej Virginia Woolf pisała w eseju „On Being Ill” o podobnej bezradności języka wobec choroby. Człowiek cierpiący nie zawsze znajduje słowa, które pozwoliłyby przekazać innym własne doświadczenie. Literatura dysponuje rozbudowanym słownikiem miłości, zazdrości i rozpaczy, ale znacznie trudniej przychodzi jej opisywanie cielesnego cierpienia w jego codziennej, trudnej do uchwycenia postaci.

Susanna Clarke odnalazła w tym tekście rozpoznanie własnej sytuacji.

Nie chodziło o brak umiejętności pisania. Chodziło o granice tego, co można wypowiedzieć.

To rozróżnienie wydaje mi się niezwykle ważne.

Kiedy człowiek choruje, starzeje się albo przechodzi przez trudny okres, łatwo uwierzyć, że niezdolność do opisania doświadczenia świadczy o jego wewnętrznym chaosie. Tymczasem niektóre doświadczenia po prostu wyprzedzają dostępny nam język.

Może właśnie wtedy potrzebne są zeszyty.

Nie po to, by natychmiast nadać cierpieniu sens. Raczej po to, żeby próbować różnych słów, nawet nietrafnych. Pozostawić na papierze kilka porównań. Przyznać, że nie wiemy, jak coś nazwać.

Susanna Clarke w swoim eseju nie przedstawia pisania jako łatwej drogi do zdrowia. Zastanawia się raczej, jak opowieści wpływają na nasze rozumienie choroby i jak trudno czasem oddzielić doznanie fizyczne od lęku, pamięci oraz wyobraźni.

Dziennik może być miejscem takich prób. Nie musi rozstrzygać, co naprawdę oznacza odczuwany ból. Może przechować opis, do którego później zechcemy wrócić.

A jeśli nigdy do niego nie wrócimy?

To również jest możliwe.

Nie każdy zapis musi prowadzić do odkrycia.

Pamiętać nie tylko to, co się wydarzyło

Amerykańska eseistka Joan Didion miała własną odpowiedź na pytanie, po co prowadzi się notatnik.

W eseju On Keeping a Notebook przyznawała, że jej zapiski nie zawsze były wiernym rejestrem faktów. Czasem zawierały dialogi bez kontekstu, urwane obserwacje, wspomnienia, których prawdziwości nie potrafiła już ustalić.

Interesowało ją jednak coś innego niż kronikarska dokładność.

Chciała zachować sposób, w jaki kiedyś doświadczała świata.

Notatnik miał umożliwiać spotkanie z dawną wersją samej siebie — z kobietą, która zwróciła uwagę na określony szczegół, coś błędnie zrozumiała, czegoś zapragnęła albo czegoś się przestraszyła.

Didion wiedziała, że pamięć jest zawodna. Nie próbowała uczynić z notatnika nieomylnego archiwum. Traktowała go jako ślad własnej obecności w przeszłości. Philology science

Ta myśl nabiera innego znaczenia wraz z wiekiem.

Można zapomnieć, gdzie dokładnie odbyła się rozmowa, ale pamiętać, że człowiek, z którym rozmawialiśmy, wydawał się smutny. Można zachować fotografię z podróży i nie pamiętać niczego z tamtego dnia. Można też odnaleźć po latach krótką notatkę o zapachu deszczu i nagle przypomnieć sobie całe popołudnie.

Nie zawsze tak się dzieje. Zapis nie daje gwarancji odzyskania wspomnienia, a wspomnienie przywołane po latach nie musi być dokładne.

Ale papier przechowuje coś, czego sama pamięć czasem nie potrafi utrzymać: dawną selekcję uwagi.

To, co uznaliśmy za warte zanotowania, zanim dowiedzieliśmy się, jakie znaczenie będzie miało później.

W pewnym sensie dziennik jest historią naszych spojrzeń.

Nie zapisujemy całego życia. Zapisujemy to, na czym zatrzymały się nasz wzrok.

Prawo do własnej starości

Kiedy Annie Ernaux otrzymała Literacką Nagrodę Nobla w 2022 roku, miała osiemdziesiąt dwa lata.

W rozmowie z „The New Yorker” opowiadała o obawie, że nagroda zabierze jej czas. Nie młodość — tę miała już za sobą — lecz starość. Okres, który chciała jeszcze przeżyć świadomie, obserwować i opisywać.

Ernaux prowadziła dziennik od szesnastego roku życia. Jej twórczość wyrastała z wieloletniego gromadzenia wspomnień, obserwacji społecznych, rodzinnych historii i śladów własnych przemian. The New Yorker

W jej myśleniu o pisaniu jest coś wyzwalającego: życie nie staje się mniej warte opisu dlatego, że człowiek się starzeje.

Zmienia się ciało, pamięć, relacja z czasem. Ale zmienia się również perspektywa.

To, co w młodości wydawało się nieistotne, po latach może odsłonić swoją wagę. Zwyczajny gest matki. Sposób mówienia ludzi z rodzinnej miejscowości. Przedmiot kupiony w sklepie, który już nie istnieje. Zdanie wypowiedziane przez kogoś, kto dawno umarł.

Ernaux znała też doświadczenie obserwowania cudzej utraty pamięci.

W książce I Remain in Darkness wykorzystała zapiski powstałe podczas choroby matki, u której rozwijała się demencja. Nie wygładziła ich w spójną, pocieszającą opowieść. Pozostawiła fragmentaryczność, niepokój, wstyd, bezradność i sprzeczne uczucia towarzyszące odwiedzinom.

Badacze literatury starzenia się zwracają uwagę, że ta fragmentaryczna forma pozwala Ernaux pokazać doświadczenie, którego nie da się łatwo uporządkować w tradycyjną narrację. Oxford Academic

Właśnie tutaj dziennik ujawnia swoją szczególną uczciwość.

Nie musi wiedzieć, jak skończy się historia.

Nie musi nawet wiedzieć, o czym ta historia jest.

Może zapisać bezradność w chwili, kiedy jeszcze nie potrafimy spojrzeć na nią z dystansu.

Nie ma obowiązku przemieniania każdego doświadczenia w mądrość.

Czasem literatura zaczyna się od odmowy takiego uproszczenia.

Pisarz, który nie wie, czy napisał dobrą książkę

W dziennikach Virginii Woolf powraca jeszcze jeden rodzaj niepewności, niezwiązany bezpośrednio z chorobą ani starzeniem.

Zwątpienie po skończeniu książki.

Dzisiaj znamy Panią Dalloway, Do latarni morskiej i Fale jako wielkie dzieła modernizmu. Czytamy o ich konstrukcji, języku, nowatorstwie. Trudno wyobrazić sobie, że ich autorka mogła nie wiedzieć, czy napisała coś dobrego.

A jednak nie wiedziała.

Clarke opisuje, jak Woolf po zakończeniu wymagających projektów doświadczała wyczerpania i niepewności. Czekała na ocenę Leonarda. Obawiała się reakcji krytyków, czytelników, sprzedaży. Po chwilowej uldze przychodziły kolejne wątpliwości. World Literature Today

Wiedza o późniejszej sławie Woolf sprawia, że jej niepokój wydaje się niemal absurdalny. Ale tylko nam, którzy znamy zakończenie.

Ona go nie znała.

Nie wiedziała, że w 2026 roku ktoś w Australii będzie czytał jej zapiski, szukając odwagi do ponownego pisania.

Właśnie taki moment opisuje Clarke pod koniec swojego eseju.

Czekał na naprawę samochodu w przemysłowej części Melbourne. Leżał na trawie, pił niezbyt dobrą kawę i czytał fragment dziennika z 1926 roku. Woolf zastanawiała się w nim, czy za sto lat ktokolwiek będzie jeszcze czytał jej książki.

Clarke spojrzał na datę.

Minęło dokładnie sto lat.

I oto był on — pisarz po trudnym okresie choroby, leżący na trawie przy przemysłowej ulicy, czytający Virginię Woolf.

Nie w bibliotece uniwersyteckiej. Nie podczas uroczystości ku czci modernizmu. Nie w miejscu, które nadawałoby się na pomnik.

Na trawniku. Z kawą. W oczekiwaniu na samochód.

Diamenty

Myślę o człowieku, który wcześnie rano otwiera zeszyt.

Może ma za sobą trudną noc. Może od dawna niczego nie opublikował. Może pamięta mniej niż kiedyś albo przeciwnie — pamięta zbyt wiele rzeczy, od których chciałby odpocząć.

Nie ma planu na książkę.

Pisze o pogodzie. O rozmowie z poprzedniego dnia. O czymś, co zobaczył przez okno. Zapisuje sen, którego nie rozumie, albo zdanie, które wydaje się niezgrabne.

Przez kilka minut nie musi być pisarzem odnoszącym sukcesy. Nie musi rozwijać talentu, poprawiać samopoczucia ani odkrywać własnego wnętrza.

Może po prostu pisać.

Nie wiemy, czy z tych zapisków powstanie kiedyś literatura. Być może pozostaną zwyczajnymi kartkami. Może po latach ktoś je odnajdzie, a może zostaną wyrzucone podczas porządkowania mieszkania.

Ich wartość nie musi zależeć od przyszłego czytelnika.

Woolf pozostawiła nam niezwykłe książki, ale także świadectwo ich powstawania. Clarke pokazał, jak takie świadectwo może dotrzeć do człowieka w zupełnie innym czasie i miejscu. Didion przypomniała, że zapisujemy również dawne wersje siebie. Ernaux — że żadna pora życia nie jest zbyt późna, by uważnie ją obserwować.

Może właśnie to jest najważniejsze w prowadzeniu dziennika.

Nie odzyskiwanie utraconego czasu, lecz pozostawanie w kontakcie z czasem, który jeszcze mamy.

Nie trzeba codziennie znajdować diamentów.

Źródła i dalsza lektura

Czytaj również — Laboratorium Pisania

Nie każdy zapis musi stać się dzielem. Czasem najważniejsze jest zachowanie własnego spojrzenia, zanim zaczniemy je oceniać.

Człowiek, który pojawia się na chwilę

O fotografii, przypadku i sztuce czekania

Wyobraźmy sobie miejsce, w którym na razie nic się nie dzieje. Schody, fragment placu, ścianę przeciętą cieniem. Światło dociera do pewnej granicy i urywa się tak równo, jakby ktoś przyłożył linijkę. Można już zrobić zdjęcie. Wszystkie elementy są na swoich miejscach.

Potem ktoś wchodzi w kadr.

Nie robi niczego szczególnego. Przechodzi, niesie torbę, na chwilę odwraca głowę. A jednak schody stają się drogą, plac — odległością do pokonania, cień — czymś, w co można wejść albo z czego można się wydostać. Przestrzeń otrzymuje kierunek. Zaczynamy wyobrażać sobie chwilę wcześniejszą i następną.

Fotograf czekał na człowieka. Nie wiedział, kto przyjdzie.

W tym niewielkim odstępie między zamiarem a zdarzeniem mieści się znaczna część tego, co interesuje mnie w fotografii. Także w pisaniu.

Miejsce przygotowane dla nieznajomego

W rozmowie z Urban Photographers Club Mark Fearnley opisuje swoją metodę bez mistyfikacji. Najpierw szuka kształtów, powtórzeń, linii i wyrazistego światła. Dopiero później czeka, aż w wybraną scenę wejdzie człowiek. Wymienia geometrię, kontrast, skalę, pojedynczą sylwetkę. Urban Photographers Club

To przesunięcie kolejności jest istotne. Zainteresowanie zaczyna się od miejsca, które może kogoś przyjąć.

Na jednej z fotografii otwierających jego galerię Human in Geometry (!) rozległe schody układają się w jasne i ciemne pasma. Wyżej biegną kolejne stopnie, ukośne podziały, poręcze. Postać znajduje się wysoko, niewielka wobec całej konstrukcji. Można przez chwilę oglądać ten obraz jak układ abstrakcyjny. Dopiero potem zobaczyć wysiłek, jaki ciało musi włożyć w pokonanie tych odległości.

Człowiek daje architekturze miarę. Stopień przestaje być kreską. Ma wysokość, którą trzeba unieść, przejść, przemierzyć stopami.

Fearnley ma za sobą praktykę malarską. W jego opisie pracy widać przywiązanie do budowania obrazu: najpierw dostrzega relacje między formami, potem szuka ich zetknięcia z ruchem. Urban Photographers Club Ale przechodzień wnosi coś, czego nawet najlepiej przygotowana kompozycja nie potrafi całkowicie przewidzieć. Własne tempo. Nierówny krok. Sposób trzymania ręki.

Dla fotografa jest przez moment elementem obrazu. Dla siebie pozostaje kimś, kto właśnie dokądś idzie.

Ta rozbieżność zasługuje na uwagę. Zdjęcie powstaje tam, gdzie przecinają się dwa zamiary. Tylko jeden z nich dotyczy zdjęcia.

Chwila ma swoje zaplecze

„Moment decydujący” łatwo wyobrazić sobie jako nagłe olśnienie: fotograf unosi aparat, świat układa się na ułamek sekundy, palec zdąża. W takim opisie znika jednak wszystko, co pozwoliło tę sekundę rozpoznać.

W definicji Henriego Cartier-Bressona, przytoczonej przez Metropolitan Museum of Art, znaczenie zdarzenia jest nierozłączne z organizacją form, które pozwalają je wyrazić. Szybkość naciśnięcia spustu nie wyczerpuje tej koncepcji. The Metropolitan Museum of Art

Warto spojrzeć na jego Hyères z 1932 roku. Fotograf patrzy z góry. Schody i poręcz prowadzą wzrok ku ulicy, gdzie pojawia się rowerzysta. Rozmyta ruchem postać przecina trwały układ linii. Zdjęcie mieści w sobie dwa tempa: geometrię, którą możemy spokojnie prześledzić, oraz przejazd, który już się kończy.

Sam obraz nie mówi nam, jak długo autor stał w tym miejscu. Pokazuje natomiast, dlaczego przeciwstawienie cierpliwej kompozycji i ulotnego zdarzenia jest zbyt proste. Chwilę rozpoznaje się w przestrzeni. Nawet najbardziej błyskawiczny gest ma swoje zaplecze: pozycję ciała, kierunek patrzenia, doświadczenie oka.

U Fearnleya oczekiwanie jest wyraźnie nazwaną częścią pracy. Fotograf podejmuje decyzję, żeby zostać. Nie iść jeszcze za róg. Nie uznać, że skoro nic się nie wydarzyło, należy poszukać lepszego miejsca.

Czekanie kosztuje, ponieważ przez cały czas można robić coś innego. Właśnie ta możliwość odejścia nadaje pozostaniu ciężar.

Nie ma jednak umowy, która gwarantowałaby nagrodę. Światło może zgasnąć. Ktoś zasłoni scenę. Nikt nie przejdzie tam, gdzie fotograf zostawił dla niego miejsce.

Oko, które czegoś oczekuje

W codziennym doświadczeniu widzenie wydaje się bezpośrednie. Miejsce leży przed nami, więc je widzimy. Gdyby coś ważnego się zmieniło, przecież byśmy zauważyli.

Badania nad percepcją komplikują tę pewność.

W eksperymencie Ronalda Rensinka, J. Kevina O’Regana i Jamesa Clarka z 1997 roku uczestnikom pokazywano naprzemiennie pierwotną i zmienioną scenę, rozdzielając obrazy krótkimi pustymi polami. Nawet duże, powtarzające się zmiany bywały trudne do wykrycia. Wskazówka słowna ułatwiała zadanie. To jeden z klasycznych pokazów ślepoty na zmiany. cs.ubc.ca

W badaniu Daniela Simonsa i Christophera Chabrisa osoby zajęte liczeniem podań piłki potrafiły nie zauważyć nieoczekiwanej postaci przechodzącej przez scenę. Był to inny problem: pominięcie widocznego, ale niespodziewanego zdarzenia podczas wykonywania zadania angażującego uwagę. journals.sagepub.com

Z kolei badania Michaela Posnera i współpracowników pokazały, że wskazówka dotycząca miejsca pojawienia się bodźca może skrócić czas jego wykrywania. PubMed

Nie wynika z tego, że piętnaście minut z aparatem poprawia ogólną sprawność uwagi ani że fotograf widzi więcej od innych. Eksperymenty dotyczyły określonych zadań i warunków. Pozwalają jednak podważyć wygodne przekonanie, że wszystko, co dostępne oczom, staje się automatycznie dostępne świadomości.

Dalej zaczyna się już interpretacja. Fotograf, który czeka przy jasnej ścianie na ciemną sylwetkę, przygotowuje uwagę na pewien rodzaj spotkania. Może dzięki temu szybciej je rozpoznać. Może też przeoczyć zdarzenie niepasujące do zamiaru.

Na przykład dwie osoby zamiast jednej. Albo czyjś bezruch tam, gdzie miał być płynny krok.

Cierpliwość ma więc trudniejszy aspekt: pozostać przy swoim kadrze, a zarazem dopuścić myśl, że warto go zmienić.

Jedna postać to jeszcze nie samotność

Tytuł The Art of Solitude, zapowiedziany w katalogu teNeues na jesień 2026, kieruje myśl ku osobności. teneues.com Kiedy jednak patrzymy na fotografię pojedynczego człowieka, łatwo przechodzimy od tego, co widoczne, do czegoś, czego obraz nie może potwierdzić.

Widzimy jedną postać. Myślimy – „osamotnienie”.

Tymczasem ktoś może wracać do ludzi, których kocha. Cieszyć się chwilą bez rozmowy. Odpoczywać od obecności innych. Osoba idąca obok mogła po prostu znaleźć się poza kadrem.

W galerii Light & Shadow Fearnleya jest fotografia ulicznego przejścia: ukośne pasy, drobna postać i wydłużony cień. Kompozycja wyodrębnia człowieka z otoczenia. Wyodrębnienie jest jednak właściwością obrazu; nie stanowi dostępu do jego życia wewnętrznego.

Susan Sontag w O fotografii zwraca uwagę na fragmentaryczność fotograficznego zapisu. Kadr wycina rzeczy z ich powiązań, a powstały obraz pobudza domysły, nie dostarczając sam z siebie pełnego wyjaśnienia. us.macmillan.com

Przed taką fotografią warto więc zatrzymać się jeszcze raz. Najpierw rozpoznać nastrój, któremu ulegamy. Potem zapytać, ile z niego przynieśliśmy ze sobą.

Ogromna ściana i niewielka sylwetka mogą kojarzyć się z bezradnością. Mogą też pokazać swobodę przemieszczania się, lekkość, chwilową ulgę od obowiązku bycia dla kogoś widocznym.

Człowiek w kadrze nie musi potwierdzać naszego smutku.

Przypadek otrzymuje miejsce

Pusta architektura również może opowiadać: śladami użytkowania, skalą, zamkniętymi wejściami. Pojawienie się postaci zmienia jednak rodzaj naszych pytań. Zaczynamy myśleć o czyimś „przedtem” i „potem”. Skąd idzie? Co zobaczył? Dlaczego zatrzymał się właśnie tutaj?

Nie wiemy. Mamy tylko pozycję ciała i fragment drogi.

Ta niewiedza uruchamia opowieść, lecz potrafi również ją zepsuć. Wystarczy zbyt szybko przydzielić przechodniowi gotową rolę: samotnika, wygnańca, człowieka zagubionego w nowoczesnym mieście. Żywa postać zostaje wtedy obsadzona w historii, którą znaliśmy jeszcze przed spojrzeniem na zdjęcie.

Roland Barthes w Świetle obrazu nazywa punctum to, co w fotografii osobiście dotyka oglądającego i narusza spokojny porządek odbioru. Nie jest to nazwa każdego mocnego punktu kompozycji. Sam fakt, że człowiek pojawił się między liniami budynku, nie czyni go jeszcze punctum. bpb-us-e1.wpmucdn.com

Dla kogoś dotkliwy okaże się drobiazg: układ dłoni przypominający gest bliskiej osoby. Ktoś inny przejdzie nad nim obojętnie. To, co fotograf przygotował, i to, co odbiorca wyniesie z obrazu, nie musi się pokrywać.

Przypadek działa po obu stronach aparatu. Najpierw ktoś niespodziewanie wchodzi w przestrzeń. Później zdjęcie trafia na czyjąś pamięć.

Dwa zegary

Na zdjęciu niewielkiej postaci wobec architektury można zobaczyć spotkanie dwóch zegarów. Jeden odmierza czas ścian, schodów i poręczy. Drugi — długość kroku, przejście przez plamę światła, chwilę potrzebną do zapięcia płaszcza.

Budynki także przemijają. Ich pozorna trwałość jest kwestią skali. Jednak w czasie ludzkiego przejścia schody pozostają niemal nieruchome. Wystarczająco długo, żeby czyjaś obecność wydała się krótka.

To napięcie nie wymaga kolizji. Wystarczy, że człowiek znajdzie się przy prawej krawędzi zdjęcia i wiemy, że za moment zniknie. Poza obrazem będzie szedł dalej. W obrazie pozostanie przy tej krawędzi.

Tak można czytać te fotografie: jako spotkanie czegoś względnie trwałego z czymś ruchomym, co nie zamierza zostać. Przechodzień nie wie, że fotograf potrzebuje go w tym miejscu. Przestrzeń także nie zatrzyma go na dłużej.

Dla zdjęcia ta krótka obecność okaże się wystarczająca.

Pisarz przy pustym placu

Czy można podobnie pisać?

Przygotować miejsce. Opisać odrapaną ławkę, zapach mokrego tynku, drzwi, które po zamknięciu jeszcze przez chwilę drżą w futrynie. Nie wiedzieć od razu, do czego ten opis prowadzi.

Potem pozwolić, żeby pojawił się człowiek. Albo gest, który zmieni proporcje całej sceny.

Ktoś wyjmuje z torby rękawiczkę, choć dzień jest ciepły. Ktoś zatrzymuje się przed domofonem i nie naciska żadnego przycisku. Na ekranie telefonu rozjaśnia się twarz.

To przykłady zmyślone. Ich zadaniem jest pokazać, jak drobna czynność może naruszyć gotowy opis. Miejsce zaczyna stawiać pytania, których sam układ ścian jeszcze nie stawiał.

W prozie łatwo wiedzieć za wcześnie. Zanim człowiek wejdzie na plac, autor zna już jego ranę, winę, sekret. Każdy szczegół musi wtedy posłusznie pracować na rzecz zakończenia. Rzeczy nie mają czasu ujawnić własnej dziwności.

Od fotografii można pożyczyć chwilową powściągliwość. Najpierw zobaczyć, że ręka zawisła przed domofonem. Dopiero później rozważyć powód. Zachować kilka możliwych wyjaśnień, zanim jedno z nich stanie się zdaniem.

Oczywiście pisarz może wymyślić to, czego fotograf nie zastał. Podobieństwo dotyczy więc pewnego etapu pracy: zgody, żeby konkretny szczegół zmienił wcześniejszy pomysł.

Zdanie również potrafi wejść w przygotowaną przestrzeń i pokazać, że czekaliśmy na coś innego, niż nam się wydawało.

Jedno miejsce, piętnaście minut

Można sprawdzić to bez wysiłku. Wybrać fragment ulicy, podwórza, parkowej alei. Miejsce, przy którym da się bez pośpiechu zostać przez kwadrans.

Najpierw obejrzeć je bez dopisywania historii. Zobaczyć, gdzie pada światło, co zasłania widok, w którą stronę biegną linie. Zrobić zdjęcie początkowe albo zapisać trzy zdania o tym, co faktycznie widać.

Potem zostać, poczekać.

Kiedy coś pojawi się w tej przestrzeni, zauważyć zmianę. Jak nowy element wpływa na skalę, kierunek, nastrój? Jeśli to człowiek — co robi i co dopowiadamy o nim wyłącznie na podstawie tej czynności?

Na koniec wybrać jeden obraz albo napisać krótki akapit, w którym znaczenie miejsca zmienia się pod wpływem drobnego zdarzenia. Bez obowiązku nazywania czyichś uczuć.

Jeżeli nic szczególnego się nie wydarzy, nie trzeba poprawiać tego kwadransa. Można zapisać, jak przesunął się cień i kiedy pojawiła się ochota odejścia.

A jeśli ktoś przejdzie, pozwolić mu przejść.

Za rogiem nastanie dalszy ciąg dnia. My zostaniemy przez chwilę ze schodami, na których przed momentem był człowiek.

Ktoś jeszcze jest w pokoju. O zmarłych, których obecność czujemy

Najbardziej niepokojąca opowieść o duchach może obyć się bez poruszających się przedmiotów. Wystarczy pokój, w którym człowiek wie, że jest sam, i nagłe poczucie, że ta wiedza przestała wystarczać.

Ktoś jest obok.

Nie zawsze daje się go zobaczyć. Niekiedy obecność ma znajomy charakter: matki, męża, kogoś, kogo od dawna nie można już odwiedzić. Człowiek nadal wie o pogrzebie. Pamięta szpital, telefon, datę. A jednak przez chwilę nieobecność nie jest całkowita.

W okolicach Halloween takie doświadczenie łatwo zamienić w historię do opowiadania przy zgaszonym świetle. Przed Zaduszkami — w opowieść o powrocie duszy. Trudniej pozostać przy samym zdarzeniu. Posłuchać, co właściwie się wydarzyło, zanim nadamy temu nazwę: duch, omam, znak, tęsknota.

Każda coś odsłania. Każda potrafi też zamknąć rozmowę.

Reporter zostawia pytanie w trumnie

Stéphane Allix zrobił coś, co mogłoby otwierać powieść o rodzinnej tajemnicy. Po śmierci ojca umieścił w jego trumnie przedmioty, których tożsamości — jak zapewniał — nikomu nie ujawnił. Następnie spotkał się z sześciorgiem mediów. Chciał sprawdzić, czy ludzie deklarujący kontakt ze zmarłymi zdołają powiedzieć, co znalazło się przy ciele.

Ta próba stała się osią książki Le Test. Jej napięcie jest niemal materialne: zamknięta trumna, ukryte przedmioty, odpowiedź, która miałaby nadejść z miejsca niedostępnego żywym. (albin-michel.fr)

Późniejsza książka Allixa, Śmierci nie ma, wyrasta z wieloletnich poszukiwań podjętych po śmierci brata w Afganistanie. Autor, wcześniej reporter wojenny, zwrócił się ku doświadczeniom granicznym i zagadce świadomości. W Polsce książka ukazała się w 2026 roku. (ksiegarnia.pwn.pl)

Jest coś przejmującego w tym przesunięciu. Człowiek zawodowo zajmujący się wydarzeniami, świadkami i ustalaniem faktów trafia na granicę, za którą nie może już pojechać z notesem.

Pozostają cudze opowieści. Własne doświadczenia. Próby sprawdzenia tego, co wydaje się niemożliwe.

Trzeba jednak zachować rozróżnienie: dziennikarska dociekliwość nie zastępuje kontrolowanego badania. Aby uznać rozpoznanie ukrytych przedmiotów za dowód kontaktu ze zmarłym, należałoby wykluczyć zwykłe drogi zdobycia informacji, ustalić wcześniej kryteria trafienia, policzyć również pomyłki i umożliwić niezależne powtórzenie próby.

To wymagania wobec dowodu. O człowieku, który szuka odpowiedzi, mówią znacznie mniej.

Można przecież jednocześnie rozumieć te zastrzeżenia i czuć ciężar pytania pozostawionego przy ciele ojca.

Obecność bez ciała

Badacze żałoby znają relacje o słyszeniu głosu zmarłego, rozpoznawaniu zapachu kojarzonego z jego osobą, widzeniu postaci albo odczuwaniu czyjejś obecności bez wyraźnego wrażenia zmysłowego.

W interdyscyplinarnym przeglądzie opublikowanym w 2020 roku przyjęto szerokie określenie: sensoryczne i quasi-sensoryczne doświadczenia zmarłych. Autorzy uznali, że zdecydowana większość opisywanych przeżyć ma łagodny charakter; ich znaczenie trzeba rozpatrywać w kontekście biografii, relacji i kultury. Samo takie doświadczenie nie przesądza o zaburzeniu psychicznym. Badania te nie rozstrzygają jednak, czy jego źródłem jest kontakt z osobą zmarłą. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

To rozróżnienie pozwala uważniej słuchać.

Osoba opowiadająca o obecności bliskiego nie musi przedstawiać teorii wszechświata. Może próbować opisać kilka sekund, które odmieniły jej dzień. Poczuła spokój. Przestraszyła się. Odwróciła głowę. Przez moment mieszkanie nie wydawało się opuszczone.

Pytanie „czy naprawdę tam był?” jest zrozumiałe. Ale można postawić obok niego inne: „jak to było go poczuć?”.

Gdzie znajdowała się ta obecność? Czy miała kierunek? Czy najpierw pojawiło się rozpoznanie, czy odczucie bliskości? Co zostało, kiedy minęła?

Takie pytania nie wymagają deklaracji wiary. Wymagają cierpliwości wobec cudzego doświadczenia.

Ci, którzy przychodzą przed końcem

Inny rodzaj spotkań opisują ludzie zbliżający się do śmierci.

W badaniu zespołu Christophera Kerra, opublikowanym w „Journal of Palliative Medicine” w 2014 roku, analizowano sny i wizje 59 pacjentów hospicyjnych. Pojawiali się w nich między innymi zmarli krewni i przyjaciele. Doświadczenia z udziałem zmarłych wiązały się z większym pocieszeniem niż kilka innych kategorii snów i wizji, a w miarę zbliżania się śmierci pocieszające spotkania ze zmarłymi występowały częściej. Było to badanie przeżyć pacjentów, nie test istnienia zaświatów. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Ten temat powrócił w reportażu „The Washington Post” z czerwca 2026 roku. Shirley Brydalski, pacjentka hospicjum, doświadczała wizji babci i farmy, na której spędziła część dzieciństwa. Spotkania prowadziły również ku trudnej historii rodzinnej, którą dopiero teraz poznawała jej córka. Znajomy krajobraz stawał się miejscem pocieszenia i odsłaniania przeszłości. (washingtonpost.com)

Być może właśnie zwyczajność tych obrazów porusza najmocniej.

Spodziewamy się wielkiej tajemnicy, a w opowieści pojawia się ktoś znajomy. Miejsce, do którego umie się trafić. Bliskość rozpoznawana wcześniej niż twarz.

Co właściwie widzi człowiek u kresu życia? Pamięć układającą ostatnie schronienie? Obecność, której pozostali nie potrafią dostrzec?

Badania potrafią opisać treść tych doświadczeń i ich znaczenie. Nie dają podstaw, by z samej wyrazistości wizji wyprowadzić pewność, że jej bohater przybył z innego świata.

Pozostaje jednak istotny fakt: dla człowieka leżącego w łóżku takie spotkanie może być jednym z najważniejszych wydarzeń ostatnich dni.

Laboratorium niewidzialnego gościa

Jest też druga scena. Jasna, techniczna, pozbawiona rodzinnych pamiątek.

W eksperymencie zespołu Olafa Blankego z EPFL uczestnicy wykonywali ruchy dłonią, a urządzenie znajdujące się za nimi dotykało ich pleców. Kiedy wprowadzono opóźnienie między ruchem a dotykiem, u części badanych pojawiało się silne wrażenie cudzej obecności. Niektórzy odczuwali je tak intensywnie, że chcieli przerwać próbę.

Badanie pokazało, że zakłócenie zgodności sygnałów związanych z ruchem i czuciem ciała może wywołać poczucie, iż obok znajduje się ktoś jeszcze. (actu.epfl.ch)

To ważny wynik: subiektywna pewność obecności nie gwarantuje, że w otoczeniu rzeczywiście znajduje się druga osoba.

Zakres tego wniosku także ma granice. Eksperyment nie odtwarza całej żałoby ani konkretnej więzi. Nie pozwala automatycznie przypisać jednego mechanizmu każdemu spotkaniu opisywanemu przez wdowę, pacjenta hospicjum czy człowieka wybudzonego ze snu.

Pokazuje natomiast, jak niezwykłą zdolnością jest samo odczuwanie, że ktoś jest obok.

Na co dzień traktujemy ją jak przezroczystą szybę. Dopiero kiedy obraz się zmienia, dostrzegamy, że szybę również trzeba zbadać.

Co mamy na myśli, mówiąc „dusza”?

W tych opowieściach słowo „dusza” niesie ogromny ciężar.

Dla jednych oznacza osobę zdolną istnieć po śmierci ciała. Dla innych — wewnętrzne życie człowieka, jego niepowtarzalność, coś, co trudno objąć opisem biologicznym. Kiedy rozmawiamy o dowodach, musimy wiedzieć, którego znaczenia używamy.

Pamięć o kimś nie jest tym samym co jego samodzielne istnienie. Poczucie obecności nie jest jeszcze rozpoznaniem jego źródła. A niewyjaśnione zdarzenie pozostaje niewyjaśnione — samo w sobie nie wskazuje jednej odpowiedzi.

Można mimo to zatrzymać się przy tajemnicy.

Pomyśleć o tym, jak głęboko drugi człowiek wchodzi w nasze postrzeganie świata. Uczymy się jego kroków, pauz między zdaniami, sposobu otwierania drzwi. Jego obecność porządkuje przestrzeń. Potem umiera, a przestrzeń nadal nosi kształt tej relacji.

Czy to wystarcza, by wyjaśnić każde spotkanie? Nie wiemy. Ale już samo to jest zdumiewające.

Zostawić miejsce na opowieść

Pod koniec października będziemy oglądać duchy w witrynach, filmach i oknach. Kilka dni później staniemy przy grobach zmarłych, których imiona znamy.

Wtedy pytanie o obecność nabierze innej temperatury.

Ktoś przypomni sobie sen. Ktoś zapach, który pojawił się w nieoczekiwanej chwili. Ktoś powie, że nigdy niczego podobnego nie przeżył. Brak takiego doświadczenia również nie mówi niczego o sile miłości.

Warto zostawić miejsce na te różne historie. Bez nakazu wiary, bez przymusu wyśmiania. Z dokładnością wobec faktów i delikatnością wobec człowieka, który próbuje opowiedzieć coś trudnego do wypowiedzenia.

Kiedy mówi: „przez chwilę czułam, że mama jest obok”, możemy nie wiedzieć, co wydarzyło się w pokoju.

Możemy jednak usłyszeć całe zdanie.

Za oknem zapada wieczór. Na szybie odbija się wnętrze pokoju. Widać lampę, krzesło, fragment stołu.

Przez moment patrzymy uważniej.

Powiązane:

Czy można narysować miejsce, którego nie da się opisać słowami?

Najtrudniej może być postawić na kartce punkt oznaczający siebie.

Obrys przestrzeni da się jeszcze naszkicować: zwężenie, łuk, coś otwartego, coś przypominającego wnętrze. Ale gdzie umieścić „ja”? W środku? Przy krawędzi? Czy można zaznaczyć własne położenie, jeśli pamięta się obecność, lecz nie pamięta ciała?

Takie pytania pojawiają się przy lekturze badania opublikowanego 15 października 2026 roku w „Frontiers in Psychology”. Pięćdziesiąt osób, które zgłaszały doświadczenia bliskie śmierci, rekonstruowało ich przestrzenny przebieg. Uczestnicy wybierali i przekształcali piktogramy albo rysowali własne układy, zaznaczając położenie siebie i kierunki ruchu. Próbowali pokazać strukturę tego, co zapamiętali.

Można zatrzymać się przy samym pomyśle: ktoś wraca pamięcią do granicznego doświadczenia, a potem pochyla się nad kartką. Musi przełożyć je na linię. Zdecydować, gdzie zaczyna się przestrzeń, czy ma brzeg, w którą stronę coś się poruszało.

Mnie jednak najbardziej zatrzymuje to, co według części uczestników wydarzało się już podczas rysowania. Rekonstruując własne położenie i ruch, zgłaszali pojawianie się dodatkowych wspomnień przestrzennych i percepcyjnych. Autorzy odnotowali te spontaniczne relacje, zastrzegając, że sam proces przywoływania wspomnień nie był przedmiotem formalnego badania.

Ręka prowadzi linię — i nagle jest jeszcze coś.

Kierunek. Oddalenie. Poczucie, że przestrzeń otwierała się inaczej, niż udało się dotąd powiedzieć.

To drobne zdarzenie ma w sobie więcej tajemnicy niż niejeden gotowy obraz zaświatów.


Kiedy prosimy kogoś o wspomnienie, zwykle oczekujemy opowieści. Co było najpierw? Co wydarzyło się później? Co wtedy czułaś?

Zdanie prowadzi nas od jednego słowa do następnego. Nawet gdy opisujemy bezruch, musimy przeprowadzić czytelnika przez kolejność. Najpierw ściana, potem okno, za nim drzewo. Tymczasem w pamiętanym obrazie ściana, okno i drzewo mogą być obecne razem, podobnie jak odległość między nimi i nasze miejsce w pokoju.

Kartka pozwala przynajmniej próbować zachować tę jednoczesność. Można postawić punkt, a daleko od niego drugi. Można zostawić między nimi pustkę, której opis wymagałby wielu zdań. Można narysować linię tak, by sam jej przebieg stał się pytaniem: czy właśnie tędy?

Wyobraźmy sobie, że próbujemy odtworzyć mieszkanie z dzieciństwa. Nie chodzi o dokładny plan. Wystarczy zaznaczyć drzwi i stół. Przy stole nagle brakuje miejsca na krzesło, choć przecież ktoś tam siedział. Trzeba przesunąć ścianę. Zastanowić się, z której strony padało światło.

W tej wyobrażonej próbie rysunek stawia opór naszej ogólnej pewności, że pamiętamy. Domaga się relacji, które w opowieści można było ominąć. Jak blisko? Po której stronie? Z jakiego miejsca to widziałam?

Podobne pytania można zadać doświadczeniu, dla którego nie ma nazwy.


Wspomnienia bliskie śmierci otacza szczególne oczekiwanie. Chcielibyśmy, żeby przyniosły odpowiedź dostatecznie wielką, by unieść nasz lęk: co będzie dalej, czy coś pozostaje, czy zniknięcie jest zupełne.

Ale rysunek pozostaje świadectwem pamiętanego doświadczenia. Badanie nie rozstrzyga o istnieniu życia po śmierci. Rekonstrukcje były retrospektywne, a autorzy przyznają, że przedstawione piktogramy i pomoc badacza mogły wpływać na ich kształt.

Ta ostrożność prowadzi do pytania równie trudnego, choć mniej widowiskowego: co właściwie dzieje się między wspomnieniem a jego przedstawieniem?

Ktoś mówi: dopiero kiedy narysowałam ruch, przypomniałam sobie następny szczegół. Możemy potraktować tę wypowiedź poważnie, zachowując niepewność co do pochodzenia szczegółu. Czy był dotąd niedostępny? Czy wyłonił się z wysiłku porządkowania? Czy podsunięta forma pomogła go odnaleźć, czy uczestniczyła w jego powstaniu?

Nie mamy tu prostego sposobu rozdzielenia tych możliwości.

Jest natomiast coś poruszającego w samej sytuacji: człowiek usiłuje być wierny temu, czego nie potrafi sprawdzić. Poprawia kreskę, ponieważ poprzednia wydaje się niewłaściwa. Mówi: bardziej w tę stronę. Szerzej. Dalej ode mnie.

Skąd bierze tę miarę?

Jeden z uczestników badania opisał to z niezwykłą prostotą: „Widziałem gwiazdy, które były jasne, ale nieruchome; to ja się poruszałem” — czytamy w jego relacji, przytoczonej przez autorów badania (tłumaczenie własne) Geometria percepcyjna i chromatyczność przestrzeni doświadczeń bliskich śmierci.

Najważniejsze okazuje się tutaj rozróżnienie między nieruchomym otoczeniem a poruszającym się „ja”. Żeby pokazać takie wspomnienie, nie wystarczy narysować gwiazd. Trzeba jeszcze zaznaczyć własną drogę pomiędzy nimi. Właśnie tego rodzaju relacje — między przestrzenią, punktem widzenia i ruchem — badacze próbowali wydobyć za pomocą rekonstrukcji graficznych.


W potocznym wyobrażeniu „ja” ma dość pewny adres. Jest tutaj, za oczami, w ciele siedzącym przy stole. Z tego miejsca wygląda świat.

Wystarczy jednak poprosić o zaznaczenie siebie na rysunku, żeby oczywistość zaczęła się komplikować. Co ma oznaczać punkt? Ciało? Miejsce, z którego patrzę? Obecność, której nie umiem umiejscowić?

Jako pytanie filozoficzne jest to niezwykle płodne. Każe przyjrzeć się własnemu „tutaj”. Na co dzień posługujemy się nim bez namysłu, jakby stanowiło nieruchomy środek wszystkich rzeczy. Tymczasem w rysunku trzeba nadać mu położenie wobec czegoś innego. Nawet samotny punkt otacza przestrzeń.

Być może dlatego tak trudno wyrazić pewne doświadczenia. Brakuje nam nie tylko odpowiednich słów. Chwieje się również miejsce, z którego mielibyśmy je wypowiedzieć.

Kto opowiada? Gdzie wtedy był? Czy jego „tam” przypomina nasze?


Dla pisania jest w tym ważna myśl.

Kiedy zdanie nie przychodzi, można zapytać o przestrzeń. Gdzie stoją osoby, o których próbuję opowiedzieć? Jak daleko są od siebie? Kto widzi drzwi? Co pozostaje poza polem widzenia?

Wyobrażona scena żałoby może zacząć się od krzesła odsuniętego od stołu. Scena wstydu — od drogi między wejściem a miejscem, do którego trzeba dojść na oczach innych. Zanim pojawi się nazwa uczucia, można spróbować zobaczyć jego warunki: odległość, przeszkodę, kierunek spojrzenia.

To literacka możliwość, nie wniosek z badania. Pozwala jednak pomyśleć o obrazie jako o narzędziu poszukiwania. Rysunek nie musi być ilustracją gotowej myśli. Może towarzyszyć chwili, w której dopiero usiłujemy ją uchwycić.

Także wtedy, gdy pozostaje nieudolny.


W opisywanym badaniu przejmująca wydaje mi się ta zwyczajność: kartka, znaki, próba wskazania miejsca. Ogrom doświadczenia spotyka się z bardzo skromnym gestem.

Nie wiemy, ile z tego, co pojawia się pod ręką, zostało odnalezione, a ile właśnie otrzymało formę. Możemy jednak przyglądać się człowiekowi, który szuka. Który po latach nadal chce pokazać komuś, jak to było.

Stawia punkt.

Prowadzi od niego linię.

Potem zatrzymuje rękę, bo przypomina sobie — albo po raz pierwszy potrafi sobie wyobrazić — że przestrzeń otwierała się jeszcze dalej.

„Widziałem gwiazdy, które były jasne, ale nieruchome; to ja się poruszałem”. frontiersin.org

Inny uczestnik, oznaczony numerem 5, opisywał poczucie przebywania wewnątrz ogromnej świetlistej bańki, która całkowicie go otaczała; miał zarazem wrażenie, że stanowi jej część.

Linki/źródła:

Autorzy: France Lerner, Paulo Cezar Rocha dos Santos i Guillaume Tahar; „Frontiers in Psychology”, 15 października 2026.

Jak opisać niewypowiedziane? Mały warsztat uważności i pisania

Czasem zostaje po czymś wyraźne wrażenie, choć trudno zbudować z niego zdanie. Trudno ubrać w słowa. Światło na klatce schodowej. Chwila po przebudzeniu. Cisza podczas spaceru, która czymś różniła się od każdej wcześniejszej ciszy.

Można spróbować podejść do takiego doświadczenia kilkoma drogami. Wybierz jedną. Wystarczy kilka minut i fragment zwyczajnego dnia.

1. Zbliżenie na jedną chwilę

Wybierz krótki moment: zatrzymanie przy oknie, usłyszenie głosu, wejście do pustego pokoju. Zapisz, co potrafisz o nim powiedzieć, zanim zaczniesz wyjaśniać jego znaczenie.

Pomocne pytania:

  • Co jako pierwsze zwróciło moją uwagę?
  • Co wydarzyło się tuż potem?
  • Jak zmieniało się moje odczucie tej chwili?

Jeżeli kolejność jest niejasna, zapisz właśnie to. Nie musisz porządkować wspomnienia bardziej, niż pozwala na to pamięć.

2. Mapa przed zdaniem

Zaznacz na kartce siebie i to, co pamiętasz wokół. Użyj punktów, plam, linii. Strzałkę dodaj tylko wtedy, gdy pamiętasz ruch.

Spójrz na rysunek i dopisz trzy zdania: o własnym położeniu, o odległości, o czymś, co pozostało poza kadrem.

Jeśli podczas rysowania pojawi się nowy szczegół, zanotuj na marginesie: „pojawiło się teraz”. Pozostaw otwarte pytanie, czy jest wspomnieniem, skojarzeniem, czy wyobrażeniem.

3. Konkret przed nazwą

Napisz kilka zdań bez słów: „pięknie”, „dziwnie”, „smutno”, „niesamowicie”. Poszukaj szczegółu, który skłonił cię do użycia takiej nazwy.

Zamiast „pokój wydawał się obcy” możesz spróbować:

„Stałam przy drzwiach. Znałam wszystkie meble, ale przez chwilę nie wiedziałam, gdzie odłożyć torbę”.

To przykład literacki. We własnym zapisie zachowaj szczegóły, które rzeczywiście pamiętasz.

4. Metafora z poprawką

Dokończ zdanie:

„Najbliższe temu byłoby…”

Potem dodaj:

„Ale to porównanie nie oddaje…”

Druga część jest równie ważna jak pierwsza. Pozwala zauważyć, gdzie metafora zaczyna narzucać doświadczeniu swój kształt.

„Cisza była jak śnieg. Ale nie miała tej miękkości”.

Niekiedy właśnie poprawka prowadzi do trafniejszego zdania.

5. Zostaw miejsce na „nie wiem”

Podziel zapis na trzy części:

Pamiętam…
Dziś odczytuję to jako…
Nie potrafię ustalić…

W pierwszej umieść dostępne szczegóły. W drugiej — ich obecne znaczenie. W trzeciej pozostaw luki, sprzeczności i pytania.

Te ćwiczenia służą szukaniu języka dla doświadczenia. Nie pozwalają sprawdzić prawdziwości wspomnień. W journalingu można pozostawić lukę; w prozie można ją świadomie wypełnić wyobraźnią. Warto wiedzieć, w którym momencie robi się ten krok.

Nie wszystko musi zostać nazwane. Czasem najwierniejszy zapis kończy się tam, gdzie kończy się pewność.

Przeczytaj: O opisywaniu doświadczenia — metoda mikrofenomenologiczna.

Jesień nie jest temu winna

Miniony tydzień jawił się pod znakiem grzyba… Teraz na prowadzenie wysuwa się temat ataków nożowników w polskich szkołach, zatem ten weekend będzie miał krew na rękach i obłęd w oczach. A Halloween jeszcze się nie zaczął.

Jak te wydarzenia się mają do zakazu komórek w szkołach, a może to właśnie przez to… ? Zapytałby ktoś z kolejki w sklepie, wyciągając pochopne wnioski, z zaistniałej sytuacji… Co też pan gada, powiedziałby drugi. To przez dopalacze, narkotyki… I alkohol, wtrąciłaby kasjerka, przerzucając zielony sześciopak z niekończącej się czarnej taśmy, wznosząc ku niebu gęste od tuszu rzęsy. Dobrze, że nie mają jeszcze pozwolenia na broń. Jeszcze nie, ale to kwestia czasu, stwierdza ochroniarz nie odrywając wzroku od telefonu. Wtedy sprawy potoczyłyby się szybciej…

„Gdyby uczniowie mieli broń palną to by się mogli bronić przed nożownikiem. /s” – Reddit

Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska
Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska
Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska
Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska
Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska

Skoro jesień nie jest temu winna, to kto?

Wydawało mi się, że jesień sprzyja takim sytuacjom. Ale skojarzenie nie jest wyjaśnieniem. Kilka niepokojących wiadomości łatwo układa się w pozorny wzór, zwłaszcza gdy sama pora roku podsuwa mroczne scenariusze. Nie wiem, co doprowadziło do tych zdarzeń. Zostaję z niepokojem i pytaniem, dlaczego tak szybko znajdujemy proste odpowiedzi.

Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska
Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska
Comment
byu/Ok-Pomelo8203 from discussion
inPolska

A jesień niespiesznie przechodzi nad miastami, strąca kasztany, wysusza liście, w rdzawej poświacie szybko opadającego słońca, przedrzeźnia się z mgłą, faluje… I wpycha do dziobów gawronów mokre, czarno brązowe orzechy włoskie. Jestem w środku, w jądrze tej ciemności, i widzę, co się tu wyprawia. Mimo tego, szukam i odnajduję spokój. Po wyjściu z nieprzyjaznych przestrzeni sklepów, maszerując dzielnie utartymi ścieżkami, pod drzwiami pobazgranych garażów, spoglądając na jaśniejące klony, znajduję pocieszenie w gęstniejącym powietrzu i w kolejnych pytaniach, które zajmą mi kolejny weekend.

Źródło i główny wątek: https://www.reddit.com/r/Polska/comments/1wzsydx/atak_no%C5%BCownika_w_szkole_w_ostro%C5%82%C4%99ce_s%C4%85_ranni/

Zanim liść puści. O cichej pracy jesieni

Żółty liść jeszcze żyje.

Patrzymy na niego jak na rzecz, która właśnie się kończy. Tymczasem w jego wnętrzu trwa rozbiórka wymagająca żywych komórek, enzymów, transportu. Zanim drzewo straci liść, odzyska część tego, co przez miesiące w niego inwestowało. Jesienny kolor pojawia się podczas tej przemiany: między letnią pracą a ostatecznym obumarciem. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Na zewnątrz — cisza. W środku — ruch.

Może właśnie ta różnica tak nas przyciąga. Stoimy pod koroną, która rzednie, i czujemy uspokojenie, choć oglądamy proces pełen rozpadu. W niskim świetle najłatwiej zobaczyć barwę. Trudniej dostrzec, że to, co znika, ma jeszcze do wykonania ostatnią pracę.

Liść przez większą część sezonu przechwytuje światło i wytwarza związki organiczne. Podczas starzenia zmienia się jego funkcja. Rozkładane są między innymi białka, a odzyskany z nich azot może zostać wykorzystany w innych częściach rośliny. Związki potrzebne życiu opuszczają strukturę, która wkrótce przestanie żyć. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Drzewo zachowuje więc część lata poza liściem.

To zdanie brzmi poetycko, ale wyrasta z bardzo konkretnej fizjologii. W gałęziach, pniu i korzeniach pozostają zasoby odzyskane przed opadaniem. Ich przemieszczenie wymaga czasu. Zbyt szybkie zniszczenie liścia przerwałoby tę pracę. W badaniach jesiennego starzenia osiki obserwowano uporządkowaną kolejność zmian: rozpad aparatu fotosyntetycznego, odzyskiwanie składników i stopniową utratę integralności komórek. (academic.oup.com)

Dlatego warto zatrzymać się przy słowie „samobójstwo”, tak mocnym w opowieściach o komórkach. Nie ma tu rozpaczy ani decyzji. Jest biologiczny proces regulowany przez organizm. Roślinna komórka może zakończyć życie w sposób uczestniczący w rozwoju lub przetrwaniu większej całości. Nazwa „programowana śmierć komórkowa” zachowuje ten sens bez przypisywania roślinie ludzkiego dramatu. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Dramat pojawia się dopiero w nas.

Przynosimy pod drzewa własne straty, niedokończone sprawy, zmęczenie. Widzimy opadający liść więc to pożegnanie. Nauka odrobinę odsuwa tę pierwszą interpretację. Pozwala zobaczyć także transport, odzyskiwanie, zmianę funkcji. Nasz obraz jesieni staje się przez to mniej oczywisty.

Nawet kolory mają różne historie. Wraz z rozpadem chlorofilu wyraźniejsze stają się żółte i pomarańczowe barwniki. Czerwienie mogą pochodzić z antocyjanów wytwarzanych podczas jesiennej przemiany. To, co wygląda jak jeden wspólny płomień, powstaje z odmiennych procesów chemicznych. (pmc.ncbi.nlm.nih.gov)

Piękno okazuje się bardziej szczegółowe, niż sądziliśmy.

Nie trzeba z tego wyprowadzać nakazu, żeby „odpuszczać jak drzewa”. Ludzkie życie nie podlega instrukcji zapisanej w klonowym liściu. Są straty, których nic nie wyrównuje, i jesienie, które nie przynoszą ulgi.

Można jednak przez chwilę patrzeć bez oczekiwania, że przyroda udzieli właściwej odpowiedzi.

Liść obraca się na ogonku jak na osi świata. Pod światło widać jego rozgałęzione żyłki. Jeszcze trzyma się gałęzi, jeszcze należy do drzewa, choć jego kształt za kilka tygodni będzie już trudny do rozpoznania. Ta chwila pomiędzy ma własną długość. Nie da się jej sprowadzić do samego końca.

Być może stąd bierze się mój jesienny spokój: z możliwości zobaczenia zmiany, która trwa bez pośpiechu narzuconego przez moje sprawy. Ze świadomości, że pod pozornym bezruchem dzieje się coś precyzyjnego.

Żółty liść jeszcze pracuje.

A ja przez chwilę mogę tylko patrzeć.

Pod znakiem grzyba

Jesień zbliża się, przyspiesza. Za oknem deszcz. Wieczorne wichury ustały i ranek przywitał mnie miarowym kap kap o blaszany parapet. Ten rytm i szum rozjeżdżanych przez koła samochodów kałuż, uspokaja mnie najbardziej. Mój oddech wydłuża się, myśli układają się miarowo i logicznie. Spowalniam.

Miniony tydzień jawił się pod znakiem grzyba. Cała Polska wyruszyła z koszykami, hobokami* i reklamówkami po mięso tej ziemi, wydeptując nowe trajektorie ścieżek wokół nieszczęsnych sosen, brzózek i dębów. Relacje można oglądać, na każdym kanale telewizyjnym, i na każdym skrawku mediów społecznościowych jak Internet długi i szeroki. Grzyby, podgrzybki, maślaki, borowiki! Dywany usiane brązowymi kapeluszami na rolkach wysportowanych mężczyzn, z twarzami uradowanych dzieci w bluzach adidasa, ze skierowanym palcem w dół, wskazującym tu, i tu, i tu!

Temat wojny i dryfujących w wodzie dronów poszedł w odstawkę. I w zapomnienie odeszła Lalka, zarówno serial na Netfliksie, jak i premiera kinowa, która jeszcze nie nadeszła ale, wszyscy już dokładnie wiedzą, jak bardzo będzie spieprzona. Grzyby nie mają tego problemu. Grzyb do zrozumienia jest jasny i klarowny. Czerwony truje, brązowy karmi i rozkoszuje delikatne podniebienia, no chyba, że ktoś się pomyli, wtedy newsy przejmą specjaliści mykolodzy, okuliści, przyrodnicy, leśnicy, rady znawców, poruszone do głębi panie na ganku i Pan Henryk nam wyjaśni, powie wprost, bez ogródek, o tym, co nie należy powziąć – tych nieznanych – nie ryzykować! Wyrzucać, za siebie jak najdalej, bo żołądek ma się jeden, nie wspominając o wątrobie i innych organach.

I urosną słupki oglądalności jak po deszczu, jak nowe ceny paliw w tym całym podtrzymywanym na dwóch zapałkach gównodziennikarstwie. Zostawiając nas w przedpokoju nadchodzących zdarzeń niepewnych, strasznych i groteskowych zarazem bez możliwości ucieczki od nich i przed nimi.

Ciekawostka:

okazuje się, że słowo „hobok” nastręcza wielu kłopotów szanownym Internautom, jedni uważają wraz ze słownikiem SJP.pl, że w języku polskim taki wyraz nie istnieje, inni, że jest używany od lat i ma się dobrze. Dodam, że, w moim słowniku istnieje od dawna jako plastikowy pojemnik na farbę z metalowym uchwytem używany niemalże do wszystkiego…, ale dyskusja jaka się odbyła na ten temat w komentarzach jest nad wyraz ciekawa, zatem dzielę się komentarzami, ponieważ ubawiły mnie niezmiernie xD

hobok ✕*

nie występuje w słowniku  – hobok „hobok” „hobok” – x/twitter  


KOMENTARZE

madzia204xd # 2009-07-22

hobok- zamykany pojemnik metalowy o pojemności do 50 l wyposażony w dwa uchwyty do przenoszenia. Używany najczęściej w przemyśle lakierniczym i chemicznym.

chupakabra # 2011-12-03

No właśnie, są takie wyrazy jak jenotowa lub oposowa, ale nie ma szakalowa ani hienowa, ale czemu nie ma hobok, za opisem jak wyżej??? Literaki to jest wylęg słowotwórczych szkodników, grający w tę grę nie uczy się pięknego naszego języka polskiego, tylko koduje sobie w głowie jakieś dziwne słowa, nieprzydatne absolutnie w życiu codziennym. PRECZ Z OGŁUPIANIEM POLAKÓW!!!

~gosc # 2014-12-11

Hobok – plastikowe lub metalowe wiaderko z pokrywką (lub beczka z pokrywką) i uchwytem do przenoszenia. Najczęściej służy do przechowywania materiałów płynnych np. w przemyśle chemicznym (np. farby, lakiery, kleje), spożywczym (sosy, marynaty, koncentraty, pasty itp.) lub sypkich (granulaty chemiczne, przyprawy spożywcze). Najpopularnijesze pojemności: od 5 do 50 l.

~gosc # 2014-12-11

W Google po wpisaniu „obok” od razu pojawiły mi się zdjęcia hoboków. Więc słowo może być w słowniku.

~gosc # 2016-03-19

mój mąż też uważa ze hobok to słowo którego od dawna się używa i ze jest to własnie taki metalowy pojemnik.Nie rozumiem tego słownika. Skoro są tu rożne nawet potoczne wyrazy dopuszczone to dlaczego nie ma tego wyrazu????????????

~gosc # 2017-02-23

Prosimy o dodanie słowa HOBOK
hobok farby na przykład – wyraz istnieje w słowniku polskim

~gosc # 2020-02-14

jaki hobok? to śmietnik się nazywa

~gosc # 2020-04-04

Hobok to popawnie smietnik

~gosc # 2020-04-10

@~gosc: chyba masz na myśli hasiok…

~gosc # 2020-06-08

Hobok – uzywane w Wilkowie na Warmii i czesto slyszane na Starosielcach w Bialymstoku. Oznacza smietnik.

~gosc # 2022-04-26

Jaki hobok? ŚMIETNIK! Gdzie ty jesteś? Ty chyba u ciebie tam na wiosce tak gadali, a u mnie to Białystok to jest. Hobok? A, a, tam gdzie daszki duże, śmie-śmietniki stoją. A co, to jest hobok?

~gosc # 2022-04-29

A „tam na wiosce” nie mówią w języku polskim? Gwara to pełnoprawna regionalna odmiana języka. Zastanów się.

dodaj…”

Wracając do grzybów, są piękne i najlepiej wychodzą na zdjęciach, udanego grzybobrania!

Czy to będzie bolało? O śmierci, przypadku i dziwnej sile, którą nazywamy przeznaczeniem

„Is it time? Does it hurt?” — „Już czas? Czy to boli?”

To pytanie pojawia się w Aniołach Denisa Johnsona. Powieści, która zaczyna się jak historia o złych życiowych wyborach, a kończy w miejscu, z którego nie ma już żadnego wyjścia.

Bill Houston zostaje skazany na śmierć.

Johnson prowadzi go aż do komory gazowej. Nie zatrzymuje się przed drzwiami, jak robi to wielu pisarzy. Idzie dalej — w stronę ostatniego oddechu.

Bill orientuje się, że właśnie wziął ostatni wdech swojego życia. Znajduje się, jak pisze Johnson, gdzieś „w ciemności pomiędzy uderzeniami serca”. Czeka.

Następnego uderzenia już nie będzie.

I teraz nie myśli o sobie.

Postanawia pomodlić się za innego człowieka.

To jedno z najbardziej przejmujących zakończeń współczesnej literatury amerykańskiej. Nie dlatego, że wyjaśnia śmierć.

Dlatego, że niczego nie wyjaśnia.

Pozostawia człowieka w tej niewyobrażalnie małej przestrzeni pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim. (The Guardian⁠)

Człowiek, który zna godzinę swojej śmierci

Większość z nas wie, że umrze.

Ale jest to wiedza osobliwa.

Abstrakcyjna.

Śmierć znajduje się gdzieś za wszystkim, co planujemy.

Najpierw poniedziałek. Następnie lato. Następna książka. Rachunki. Wyjazd. Telefon do kogoś. Obiad. Praca. Jeszcze jedno zdjęcie. Jeszcze jedna rzecz, którą trzeba zrobić.

Nasze życie psychiczne jest właściwie zbudowane z przyszłości.

Potem.

Skazany, któremu wyznaczono termin egzekucji, znajduje się w sytuacji radykalnie odmiennej.

Przyszłość ma widełki.

Nie: kiedyś umrę.

Ale:

w środę rano.

Co dzieje się wtedy z człowiekiem?

Intuicja podpowiada, że musi pozostać wyłącznie przerażenie. Tymczasem badania ostatnich wypowiedzi ludzi stojących bezpośrednio przed egzekucją przynoszą wynik znacznie bardziej skomplikowany.

W analizie 79 ostatnich wypowiedzi więźniów straconych w Teksasie najczęstszym motywem była miłość — obecna w 82 procentach wypowiedzi. Duchowość pojawiała się w 52 procentach, żal w 39 procentach. (PubMed⁠)

Późniejsza analiza obejmująca lata 2002–2017 dała podobny obraz: miłość — 78 procent, duchowość — 58 procent, żal i przeprosiny — po 35 procent. (PubMed⁠)

Jeszcze inne badanie przeanalizowało komputerowo ostatnie słowa 407 skazanych. Ponad 80 procent wypowiedzi zawierało więcej słów wyrażających emocje pozytywne niż negatywne. Charakterystyczne było również przesunięcie języka ku teraźniejszości i relacjom z innymi ludźmi, a nie ku samej śmierci. (Frontiers⁠)

Jakby na samym końcu ogromna część świata nagle odpadała.

Zostaje:

kocham.

przepraszam.

wybaczam.

dziękuję.

jestem tutaj.

Czy to będzie bolało?

Nie znaczy to, że człowiek przestaje się bać.

Badania ludzi terminalnie chorych pokazują coś zupełnie innego. Lęk dotyczy bólu, utraty kontroli, rozstania z bliskimi, zanikania własnego „ja” i czegoś jeszcze trudniejszego do nazwania:

nieznanego.

W jakościowym badaniu osób z zaawansowaną chorobą nowotworową pacjenci mówili o przerażeniu możliwością cierpienia przed śmiercią, ale również o dziwnej niemożności wyobrażenia sobie własnego nieistnienia.

Świat będzie.

Mnie nie będzie.

Umysł potrafi wypowiedzieć to zdanie, ale nie bardzo potrafi je sobie wyobrazić. (DOI⁠)

Dlatego pytanie z Aniołów jest takie ludzkie.

Czy to boli?

Cała metafizyka śmierci zostaje nagle sprowadzona do ciała.

Możemy czytać Heideggera, Epikura, stoików. Możemy mówić o duszy, wieczności, nicości i przeznaczeniu.

A człowiek może na końcu zapytać po prostu:

czy będzie bolało?

30 września 2026

Tego dnia w Tennessee miała zostać stracona pięćdziesięcioletnia Christa Pike, skazana za zabójstwo 19-letniej Colleen Slemmer w 1995 roku.

Procedura była zaplanowana.

Prawo zrobiło wszystko, co ludzie robią, kiedy próbują wyeliminować nieprzewidywalność.

Jest wyrok.

Termin.

Pomieszczenie.

Personel.

Protokół.

Substancja.

Dawka.

Świadkowie.

Człowiek zostaje unieruchomiony, a następnie rozpoczyna się procedura, której wynik wydaje się najbardziej przewidywalnym wynikiem na świecie.

Śmierć.

Pike otrzymała pentobarbital.

Nie umarła.

Podano kolejną dawkę.

Nadal żyła.

Świadkowie opisywali odgłosy przypominające ciężki oddech lub chrapanie. Egzekucję ostatecznie przerwano. Pike przewieziono do szpitala. Według informacji z 2 października pozostawała nieprzytomna, podłączona do respiratora i znajdowała się w stanie krytycznym. (Reuters⁠)

Jej ręce były poważnie uszkodzone.

Najbardziej przyziemne wyjaśnienie jest jednocześnie najbardziej prawdopodobne: wystąpiły problemy z dostępem dożylnym i lek przedostał się do tkanek zamiast prawidłowo do krwiobiegu. (Reuters⁠)

Nie potrzeba więc anioła.

Nie potrzeba Mojry przecinającej niewłaściwą nić.

Nie potrzeba niewidzialnej ręki odciągającej człowieka od śmierci.

Wystarczy ciało.

Żyła.

Igła.

Tkanka.

Błąd.

A jednak historia nie chce się na tym skończyć.

„Widocznie to nie był jego czas”

Wyobraźmy sobie inną sytuację.

Człowiek spóźnia się na samolot.

Powód jest banalny. Budzik nie zadzwonił. Samochód nie chciał zapalić. Na drodze korek.

Samolot startuje.

Potem dochodzi do katastrofy.

Nagle zepsuty samochód przestaje być zepsutym samochodem.

Staje się znakiem.

„Coś mnie zatrzymało.”

„Miało mnie tam nie być.”

„Widocznie jeszcze nie był mój czas.”

Co właściwie wydarzyło się pomiędzy awarią samochodu a tą myślą?

Zmieniła się nie przyczyna.

Zmieniło się znaczenie.

Psychologia zna ten mechanizm.

W serii eksperymentów badacze prosili ludzi o wyobrażanie sobie alternatywnego przebiegu ważnych wydarzeń z własnego życia.

Co by było, gdybym wtedy tam nie poszedł?

Gdybym nie spotkała tej osoby?

Gdybym wybrał inną drogę?

Okazało się, że takie myślenie kontrfaktyczne zwiększało poczucie znaczenia wydarzenia. Jednym z mechanizmów prowadzących do tego efektu było pojawienie się przekonania o losie:

„tak miało być”. (PubMed⁠)

Jeszcze inne badania pokazują, że ludzie mają skłonność do przypisywania ważnym wydarzeniom życiowym celu — że wydarzyły się po coś. Tendencja ta nie ogranicza się wyłącznie do osób religijnych. (PubMed⁠)

Przypadek jest dla ludzkiego umysłu trudny.

Znaczenie jest kotwicą.

Mojry już to wiedziały

Być może dlatego przeznaczenie jest jednym z najstarszych pomysłów człowieka.

Grecy mieli Mojry.

Kloto przędła nić życia.

Lachesis ją mierzyła.

Atropos przecinała.

Nawet bogowie nie zawsze mogli przeciwstawić się temu porządkowi.

Później stoicy stworzyli znacznie bardziej wyrafinowaną wersję podobnej intuicji.

Los nie musiał oznaczać kapryśnego bóstwa przesuwającego ludzi po planszy.

Mógł być łańcuchem przyczyn.

Jedno wydarzenie wynika z poprzedniego, to z wcześniejszego i tak dalej. Stoickie fatum opisywano właśnie jako naturalny, nieprzerwany porządek przyczyn, w którym jedno zdarzenie następuje po drugim. (Stanford Encyclopedia of Philosophy⁠)

To niezwykle współczesna myśl.

Może przeznaczenie nie potrzebuje żadnej nadprzyrodzonej siły.

Może wystarczy nieskończona liczba przyczyn, których nie jesteśmy w stanie uchwycić.

Spinoza i człowiek, który nie widzi sznurków

Spinoza poszedł jeszcze dalej.

Dla niego w naturze nic nie było naprawdę przypadkowe. Każde zdarzenie miało swoje przyczyny, a one miały wcześniejsze przyczyny.

Człowiek uważa siebie za wolnego między innymi dlatego, że widzi swoje pragnienia i decyzje, ale nie widzi całego szeregu przyczyn, które doprowadziły go właśnie do nich.

Nie stoimy poza naturą.

Jesteśmy wewnątrz niej.

Jednym z jej zdarzeń. (Stanford Encyclopedia of Philosophy⁠)

Z tej perspektywy zepsuty samochód przed katastrofą lotniczą nie jest ani cudem, ani „znakiem”.

Jest kolejnym ogniwem.

Tylko człowiek, patrząc wstecz, zaznacza je czerwonym kółkiem.

Tutaj.

Tutaj coś zdecydowało o moim życiu.

Ale dlaczego czerwone kółko pojawia się właśnie tam?

Bo człowiek nie tylko doświadcza świata.

Człowiek bezustannie go interpretuje.

Psychologia poznawcza pokazuje, że potrafimy dostrzegać wzory nawet w danych powstałych losowo. Skłonność do widzenia takich wzorców wiąże się między innymi z przekonaniami nadprzyrodzonymi. (PubMed⁠)

Nie oznacza to, że każde doświadczenie sensu jest złudzeniem.

To znacznie subtelniejsza sprawa.

Oznacza jedynie, że umysł jest urządzeniem poszukującym znaczenia.

Być może musiał nim zostać.

Świadomość własnej śmierci jest niezwykłym ciężarem poznawczym. Teoria opanowywania trwogi — terror management theory — zakłada, że świadomość nieuchronności śmierci uruchamia mechanizmy, dzięki którym podtrzymujemy światopoglądy, wartości i znaczenia pozwalające nam żyć pomimo tej wiedzy. (Słownik APA⁠)

Wiemy, że umrzemy.

A mimo to rano nastawiamy budzik.

Kupujemy książkę, której jeszcze nie przeczytaliśmy.

Sadzimy drzewo.

Robimy plany.

Mówimy komuś: do zobaczenia…

Im bliżej śmierci, tym mniej śmierci?

Jedno z najdziwniejszych odkryć pojawiło się w 2017 roku.

Badacze porównali ludzi, którzy wyobrażali sobie własną rychłą śmierć, z ludźmi rzeczywiście do niej zbliżającymi się.

Analizowano blogi osób terminalnie chorych na nowotwory i ALS oraz ostatnie słowa więźniów przed egzekucją.

Ludzie wyobrażający sobie śmierć przewidywali znacznie więcej negatywnych emocji.

Tymczasem język osób znajdujących się blisko śmierci był średnio bardziej pozytywny i mniej negatywny. W blogach osób terminalnie chorych wraz ze zbliżaniem się śmierci wzrastała nawet liczba pozytywnych słów. (Sage Journals⁠)

Nie znaczy to:

śmierć nie jest przejmująca.

Znaczy:

może źle wyobrażamy sobie człowieka stojącego przed śmiercią.

Wyobrażamy sobie, że cały jego umysł zostanie zajęty przez śmierć.

Tymczasem on może myśleć o miłości.

O człowieku stojącym za szybą.

O Bogu.

O przebaczeniu.

O bólu ręki.

O tym, żeby powiedzieć komuś ostatnie zdanie.

Być może psychika robi wtedy coś, czego człowiek obserwujący śmierć z bezpiecznej odległości nie potrafi przewidzieć.

Świat ogromny kurczy się do ziarenka zamkniętego w dłoni.

A potem ktoś nie umiera

I tu historia Pike staje się niepokojąca.

Nie dlatego, że dowodzi istnienia przeznaczenia.

Nie dowodzi.

Medycyna może wskazać mechanizm.

Prawo może wskazać błąd proceduralny.

Farmakologia może wyjaśnić działanie pentobarbitalu.

Każde kolejne pytanie może otrzymać kolejną przyczynę.

Ale pozostaje pytanie innego rodzaju.

Nie:

jak to się stało?

Tylko:

co to znaczy?

Nauka jest znakomita w odpowiadaniu na pierwsze pytanie.

Drugie należy do człowieka.

Dlatego przez tysiące lat wymyślaliśmy fatum, Mojry, opatrzność, przeznaczenie, szczęście, pecha, znaki, synchroniczność, „drugie życie” i zdanie powtarzane w niezliczonych wersjach:

widocznie jeszcze nie był jego czas.

Nie dlatego, że potrafimy udowodnić istnienie niewidzialnej siły.

Dlatego, że niezwykle trudno jest przyjąć, iż wydarzenie, które zmieniło całe nasze życie, mogło samo w sobie niczego nie znaczyć.

Ciemność pomiędzy uderzeniami

I dlatego wracam do Denisa Johnsona.

Bill Houston znajduje się w ciemności pomiędzy jednym uderzeniem serca a następnym.

Nie dostaje odpowiedzi.

Nie poznaje konstrukcji wszechświata.

Nie dowiaduje się, czy jego życie było częścią planu.

Nie otrzymuje dowodu na przeznaczenie.

Robi coś subtelnego.

Myśli o drugim człowieku.

Właśnie to jest niezwykłe w badaniach ostatnich słów.

Na granicy, na której spodziewalibyśmy się absolutnego „ja” — ja umieram, ja znikam, mnie za chwilę nie będzie — tak często pojawia się ktoś inny.

Kocham cię.

Wybacz mi.

Dziękuję.

Pamiętaj o mnie.

Może największą tajemnicą nie jest to, dlaczego czasami człowiek, który powinien umrzeć, nadal żyje.

Może tajemnicą jest to, co robi ludzki umysł, kiedy wie, że nie będzie już żadnego jutra.

A przeznaczenie?

Nie wiem.

Może jest siłą.

Może łańcuchem przyczyn.

Może przypadkiem.

Może opowieścią, którą nakładamy na chaos, żeby można było w nim przetrwać.

Jednak czasami wydarza się coś, co daje się dokładnie wyjaśnić — żyłą, igłą, korkiem na drodze, spóźnionym pociągiem, jednym przypadkowym telefonem —

i mimo wszystkich wyjaśnień pozostaje w nas ciche, niewygodne wrażenie:

jakby historia miała potoczyć się właśnie tak.

Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby…

„But the only way for the bird to understand the fish is by swimming with them”,

„Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby, to pływać razem z nimi” — mówi Nikołaj Ustinow, były agent KGB grany przez Kennetha Branagha, w filmie Mayday (polski tytuł: Katastrofa w duecie, 2026). Film wyreżyserowali John Francis Daley i Jonathan Goldstein. Kormoran staje się tu metaforą poznania obcego świata przez zanurzenie się w nim.

Czy kormoran rozumie świat ryb? Czy ma świadomość ich złożonego środowiska, czy porostu działa instynktownie, reagując wyłącznie na ruch? Tego do końca nie wiemy. Nauka nie daje gotowych odpowiedzi. Większości rzeczy możemy się tylko domyślać, a raczej z pokorą przypuszczać. Możemy być tylko obserwatorami. Dziękuję złożonym okolicznościom, sobie i światu, że mogę być obserwatorem.

W Dolinie Baryczy świt wyglądał zjawiskowo, nierealnie. Pomarańczowe światło przykryło całą „Wyspę kormoranów”, jak welon dobrej wróżki. Siedziały na wyschniętych gałęziach i wyglądały bardziej jak stado wygłodniałych kruków na ramionach przygarbionych czarownic, niż jak typowe ptaki z rozlewiska.

Niskie, chrapliwe krakanie, chrząkanie, kwiczenie oraz gardłowe rzężenie wydobywało się z ich haczykowatych dziobów. Zdradzały ich tylko te przykrótkie kacze łapki, te nieopierzone, płaskie błony nasadzone na szkielety palców. Gdyby nie one, te piękne czarne ptaki wyglądałby bardziej drapieżnie, srogo, a tak zdają się tyko dzikimi gęśmi. Jednak my, dobrze wiemy, co tam kipi pod piórami, że za tą niewinną maską, kryje się żarłoczna bestia, nad którą trudno zapanować.

Ten potwór żre, a jego żarłoczność przechodzi wszelkie granice wytrzymałości rybaków stawowych, ichtiologów wszelakiej maści oraz najbardziej zdesperowanej grupy, a mianowicie wędkarzy, którzy najchętniej nadziali, by ich tuszki na nieumyte pale i usmażyli na śmierdzącym koksowym grillu…

Ten potwór ma to jednak gdzieś bo „przekracza granice dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast, dostosowuje się do drugiego z nich”. Kormoran widzi pod wodą, a także słyszy, reagując spontanicznie na wszelaki ruch ryb.

Kormorany doskonale wiedzą jak reagują ławice ryb. Często polują stadnie, wykazując się zaawansowaną współpracą. Otaczają ławicę wspólnym frontem zagarniają ryby na płycizny lub w stronę brzegu. W mętnej wodzie celowo płoszą ryby w kierunku powierzchni, gdzie dociera więcej światła słonecznego, czyniąc ofiary całkowicie bezbronnymi. Do tego mogą wznosić się nad chmurami i spotykać się przy kawie z czarnymi braćmi i siostrami na, niewielkim skrawku ziemi, oddalonym od brzegu na tyle bezpiecznie, że budują tam swoje koszykowate gniazda. Rozmawiają o trudach dnia, patrzą w niebo, rozkładają szeroko czarne skrzydła i delektują się kolejnym wschodem słońca.

Z oddalonego brzegu patrzę wciąż na ten surrealistyczny obraz odbijający się w lustrze zimnej wody.

Wyspa i czarne sylwetki siedzące na suchych gałęziach swojego świata, kiedy ja wciąż głodna i bez kawy, muszę już wracać do swojego, zanim uniosą się mgły i świt rozkręci się na dobre.

Badania, poszukiwania

Najbardziej zaskakujące odkrycie jest takie: kormoran potrafi błyskawicznie nastawić wzrok po zanurzeniu, ale pod wodą wcale nie widzi wyjątkowo ostro. Jego sposób polowania opiera się także na bliskości, ruchu i prawdopodobnie innych sygnałach. Większość poniższych badań dotyczy kormorana zwyczajnego (Phalacrocorax carbo); tam, gdzie chodzi o inny gatunek, zaznaczam to osobno.

Co naprawdę widzi kormoran?

  1. Przestawia ostrość niemal w chwili zanurzenia. W badaniu kormoranów zwyczajnych zmiana ustawienia oka następowała w ciągu 40–80 milisekund od wejścia pod wodę. Badacze stwierdzili też, że oko ustawiało ostrość na obiekt znajdujący się bardzo blisko, mniej więcej w odległości długości dzioba. Ptak przekracza granicę dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast dostosowuje się do drugiego z nich. journals.biologists.com
  2. Ta szybka zmiana nie daje mu „sokolego wzroku” pod wodą. W doświadczeniach mierzących rozróżnianie szczegółów ostrość widzenia kormoranów okazała się zaskakująco słaba: badacze porównali ją do wzroku człowieka patrzącego pod wodą bez maski. Zaproponowali obraz polowania bliższy czapli wypatrującej zdobyczy z bliska niż drapieżnemu ptakowi dostrzegającemu ją z daleka. Zdolność ustawienia ostrości i zdolność rozróżniania drobnych szczegółów to dwie różne rzeczy. journals.plos.org
  3. Mętna woda szybko odbiera mu informacje. W innym eksperymencie kormorany wykrywały ryby wzrokiem, lecz skuteczność spadała wraz z odległością i zmętnieniem wody. W testowanych warunkach radziły sobie lepiej niż przypadek nawet przy rybie oddalonej o ponad trzy metry, więc nie należy zamieniać wcześniejszego porównania z ludzkim wzrokiem w sztywną zasadę „widzi tylko na metr”. To, co ma zobaczyć, i w jakiej wodzie, ma znaczenie. The Company of Biologists

Co dzieje się poza wzrokiem?

  1. Kormoran słyszy również pod wodą. Badanie słuchu kormoranów zwyczajnych potwierdziło odbieranie przez nie podwodnych dźwięków. To nie dowodzi jeszcze, że podczas polowania lokalizują ryby słuchem. Daje natomiast mocny powód, by nie opisywać ich podwodnego świata jako wyłącznie obrazu: jest w nim także dźwięk. The Company of Biologists
  2. Polują nawet podczas nocy polarnej. Obserwacje kormoranów zwyczajnych nurkujących w takich warunkach skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy przy zdobywaniu pokarmu korzystają również z sygnałów innych niż wzrok. Które sygnały i jak dokładnie wykorzystują, nie zostało tym badaniem rozstrzygnięte. To jedna z najbardziej intrygujących luk: wiemy, że schodzą po ryby w ciemność, ale nie wiemy jeszcze w pełni, jak odnajdują tam zdobycz. PMC
  3. Kamera umieszczona na ptaku pokazała polowanie z jego perspektywy. U kormoranów cesarskich, a więc innego gatunku, nagrania z miniaturowych kamer pozwoliły badaczom obserwować poszukiwanie pokarmu pod wodą i środowisko, w którym ptaki to robią. To cenna inspiracja dla tematu „sposobów widzenia”: po raz pierwszy człowiek może zobaczyć fragment polowania z miejsca, w którym znajduje się ptak. Kamera pokazuje jednak obraz przed sobą, nie odtwarza tego, jak ptak go postrzega. PMC

Jest jeszcze jeden szczegół, który komplikuje obraz kormorana jako idealnej „maszyny do nurkowania”: jego pióra nie działają jak szczelny kombinezon. Badania struktury piór wskazują, że podczas głębszego nurkowania woda może przenikać przez ich zewnętrzną strukturę. Ptak zyskuje dzięki temu inne warunki zanurzenia, ale płaci cenę za przebywanie w wodzie utratą ciepła. pubmed.ncbi.nlm.nih.gov

Kormoran nie poznaje świata ryb z wysokości. Zanurza w nim własne ciało i godzi się na to, że nawet wtedy nie zobaczy wszystkiego.

Nie zapomnij o świcie

Pędziłam na złamanie dębową alejką przed mgłami rozpościerającymi się na powierzchni stawów. W oddali odgłosy byków z rykowiska jak przeciągane grube tony niedźwiedzi. Nad wszystkim rozlewa się dzika kakofonia gęsi, kormoranów, czapli. Gdzieś w szóstym tle słyszę pojedyncze trąbienie żurawi. Coś czuję, że z nimi znowu się dzisiaj nie uda. Przyspieszam, przede mną chłopak i dziewczyna, pewnie zajmą najlepsze miejsce, rozłożą te długie tuby na czarnych patykach statywów i zobaczą spektakl w całej okazałości.

Muszę iść dalej, dotrzeć do wyspy, tam są wszystkie gatunki razem, szansa na zbliżenie tych monstrualnych dziobów wystających znad trzcin… jak dinozaurów we mgle jest większa zwłaszcza dla aparatu z ręki.

A parka, tych dwojga ku mojemu zdziwieniu rozkłada kocyk, wyciąga termos z kawą i dwie kolorowe filiżanki. Siadają i patrzą w stronę…, właśnie, w stronę wschodu. Wyciągają komórki. No tak, wschód. Jak można, o nim zapomnieć. Jak można zapomnieć o wschodzie!

Wschód w tej krainie ptaków jest królem jeśli nie Bogiem. Przynosi czerwone światło, rozkłada delikatnie na tafli, rozpuszcza i rozciąga na falach, w miliardach podskakujących rozbłysków. Odbija się na brzegach tych dziwacznych filiżanek, które utkwiły w mojej głowie. Przystaję i widzę spokojną pomarańczową kulę wydobywającą się z pomiędzy koron drzew, zaczyna się… Przystaję. Ta chwila… Jak płomień zostaje w każdej tkance. Wyciągam aparat strzelając serię za serią zanim odwrócę się i pójdę przed siebie zostawiając spektakl ludziom z filiżankami.

Dolina Baryczy, sobota, 19.09.2026

Sztuka widzenia i pisania. Psychologia, fotografia i magia codzienności — dla tych, którzy lubią zaglądać głębiej.