Zanim powstanie zdanie, trzeba przejść kilka kilometrów.
Nie licząc kroków.
Nie po kawę do Żabki.
Nawet nie po inspirację.
Trzeba wyjść, ponieważ przy biurku świat zaczyna składać się głównie ze słów. A pisarz potrzebuje czegoś, co wydarzyło się przed słowami.
Promień słońca w załamaniu rynny w upalny dzień.
Zapach umytej klatki schodowej.
Spojrzenie sąsiadki.
Butelka po małpce wciśnięta w pień starego dębu.
Dwa stanowcze zdania ochroniarza.
Pysk psa czekającego pod tym samym sklepem.
Tęcza z kropelek fontanny.
Wzór monstery na sukience.
Dźwięk osy przy uchu…
Oczywiście, że pisarz może to wszystko wymyślić. Stworzyć w swojej wyobraźni…
Ale żeby wymyślać „prawdziwie” trzeba najpierw poczuć. Doświadczyć. Przeżyć.
Dobry „opisywacz” najpierw idzie.
Dopiero potem pisze.
Dlatego wychodzi.
I idzie…
Najpierw świat. Potem literatura
W pisaniu istnieje pokusa, której trudno się oprzeć.
Chcemy od razu nazwać.
Widzimy człowieka i już wiemy, że jest „smutny”.
Patrzymy na ulicę i piszemy, że jest „ponura”.
Wchodzimy do starego mieszkania i natychmiast czujemy „atmosferę przemijania”.
Problem polega na tym, że w tym momencie przestajemy patrzeć.
Zaczynamy interpretować.
Spacer może odwrócić tę kolejność.
Nie pytaj jeszcze:
co to znaczy?
Najpierw zapytaj:
co właściwie widzę?
Może człowiek nie jest „smutny”. Może od siedmiu minut obraca w dłoni paragon.
Ulica nie jest „ponura”. Ma trzy zamknięte sklepy, mokry asfalt i mrugający neon bez ostatniej litery.
Mieszkanie nie mówi jeszcze niczego o przemijaniu. Na parapecie leży zaschnięty liść, na stole stoją dwie filiżanki, chociaż mieszka tu jedna osoba, a zegar w kuchni spieszy się o dziewięć minut.
To właśnie z takich rzeczy powstaje literatura.
Nie z wielkich słów.
Ze szczegółów.
Joseph Mitchell. Reporter, któremu kazano chodzić
Jedna z najpiękniejszych lekcji pisania przyszła do Josepha Mitchella bardzo wcześnie.
Kiedy młody Mitchell przyjechał do Nowego Jorku i zaczął pracować jako reporter, jeden z redaktorów dał mu prostą radę:
chodź po mieście.
Poznaj boczne ulice.
Dowiedz się, kto tam mieszka.
Patrz.
Mitchell potraktował tę radę niemal dosłownie i robił to przez następne dziesięciolecia.
Wędrował po nabrzeżach, targach, zaułkach i dzielnicach, które nie interesowały ludzi piszących o „ważnym” Nowym Jorku. Rozmawiał z właścicielami barów, rybakami, ekscentrykami, ludźmi żyjącymi na marginesach wielkiego miasta.
Z tego powstały jedne z najbardziej niezwykłych portretów publikowanych w „The New Yorkerze”.
Mitchell odkrył coś fundamentalnego.
Miasto nie pokazuje się człowiekowi, który tylko przez nie przejeżdża.
Trzeba w nim być.
Powoli.
Długo.
Bez pewności, że coś się znajdzie.
Spacer Mitchella nie był przerwą w pracy reportera.
Był sensem tej pracy.
Ryszard Kapuściński. Reporter musi znaleźć się wystarczająco blisko
U Ryszarda Kapuścińskiego sprawa wygląda inaczej.
Nie chodzi o spacer jako rytuał twórczy.
Chodzi o fizyczną obecność.
Jego reportaż wyrastał z przekonania, że świata nie da się naprawdę opisać wyłącznie z dokumentów, depesz i hotelowych pokoi.
Trzeba pojechać.
Czekać.
Rozmawiać.
Zgubić się.
Być tam, gdzie historia przestaje być abstrakcyjną informacją.
W „Podróżach z Herodotem” podróżowanie staje się czymś więcej niż przemieszczaniem się pomiędzy krajami. Jest metodą konfrontowania własnych wyobrażeń z rzeczywistością.
I właśnie tutaj spacer spotyka się z reportażem.
Obydwa wymagają zgody na jedno:
świat może okazać się inny, niż zakładaliśmy.
Reporter, który już przed wyjściem wie, co zobaczy, prawdopodobnie zobaczy właśnie to.
Reporter, który idzie, żeby sprawdzić — ma szansę zobaczyć coś więcej.
Swietłana Aleksijewicz. Trzeba dojść do człowieka
Swietłana Aleksijewicz zbudowała swoją literaturę z głosów.
Setek.
Tysięcy godzin rozmów.
Żołnierzy.
Matek.
Wdów.
Dzieci.
Ludzi, którzy przeżyli Czarnobyl.
Ludzi pamiętających Związek Radziecki.
W wykładzie noblowskim powiedziała, że stojąc na podium, nie stoi tam sama — otaczają ją setki głosów.
To niezwykła definicja pisarza.
Nie człowieka, który mówi.
Człowieka, który nosi głosy innych.
U Aleksijewicz najważniejszy „ruch” odbywa się więc nie między ulicami, lecz między ludźmi.
Trzeba do nich dotrzeć.
Usiąść.
Słuchać.
Czasami wrócić.
Nie pytać wyłącznie o wielką historię.
Pytać o filiżankę pozostawioną na stole, ostatnią rozmowę, sukienkę, zapach domu, psa, którego trzeba było zostawić.
Historia świata nagle mieści się w kuchni.
To jedna z najważniejszych lekcji dla każdego, kto chce pisać o rzeczywistości:
wielkie wydarzenia są abstrakcyjne, dopóki nie znajdziemy człowieka, któremu się przydarzyły.
Olga Tokarczuk. Ruch jako sposób opowiadania świata
U Olgi Tokarczuk ruch staje się jeszcze czymś innym.
Nie tylko metodą zbierania materiału.
Staje się konstrukcją literatury.
Tokarczuk sama pisała, że okres intensywnych podróży doprowadził ją do pomysłu książki o podróżowaniu. Najważniejsze były dla niej wyprawy samotne — konfrontujące ją z obcą kulturą, językiem i własnym poczuciem wykorzenienia.
Z tych doświadczeń wyrosły „Bieguni”.
To powieść, której właściwie nie da się oddzielić od ruchu.
Lotniska.
Hotele.
Pociągi.
Granice.
Ciała przemieszczane przez świat.
Historie pojawiają się i znikają jak widoki za szybą.
Tokarczuk nazwała tę formę powieścią konstelacyjną.
Nie wszystko musi prowadzić od punktu A do punktu B.
Fragment może rozświetlić inny fragment.
Miejsce może uruchomić wspomnienie.
Spotkany człowiek może otworzyć zupełnie inną historię.
To bardzo podobne do spaceru.
Idziemy jedną ulicą.
Widzimy otwarte okno.
Okno przypomina nam dom babci.
Dom babci przypomina lato.
Lato przypomina człowieka, którego nie widzieliśmy trzydzieści lat.
I nagle jesteśmy zupełnie gdzie indziej.
Nie ruszając się z chodnika.
Virginia Woolf. Ulica jako maszyna do opowiadania
Może jednak jednym z najpiękniejszych literackich tekstów o chodzeniu pozostaje esej Virginii Woolf „Street Haunting”.
Pretekst jest banalny.
Trzeba kupić ołówek.
Ale wyjście po ołówek zamienia się w wędrówkę przez Londyn.
Witryny.
Twarze.
Światła.
Nieznajomi.
Fragmenty istnień.
Spacer pozwala Woolf zrobić coś niezwykłego: na chwilę porzucić własną tożsamość.
Na ulicy można wyobrazić sobie cudze życie.
Kim jest kobieta, która właśnie minęła nas na rogu?
Dokąd idzie mężczyzna z paczką?
Kto mieszka za tym oświetlonym oknem?
Spacer zamienia miasto w ogromne archiwum potencjalnych historii.
Pisarz nie musi ich wszystkich znać.
Wystarczy, że nauczy się je zauważać.
Charles Dickens. Londyn trzeba było przejść
Charles Dickens również był niezwykłym piechurem.
Podczas okresów bezsenności przemierzał nocny Londyn.
I właśnie wtedy miasto pokazywało mu twarz inną od tej znanej w dzień.
Bezdomność.
Biedę.
Pijaństwo.
Puste ulice.
Ludzi, którzy pojawiali się dopiero wtedy, kiedy „porządne” miasto zasypiało.
Z tych doświadczeń wyrósł między innymi esej „Night Walks”.
Dickens pokazuje coś, co powinien wiedzieć każdy piszący o miejscu:
ta sama ulica o dziewiątej rano i o drugiej w nocy jest dwiema różnymi ulicami.
Zmiana czasu zmienia historię.
Co chodzenie robi z językiem?
Tutaj filozofia spaceru przecina się z nauką.
Marily Oppezzo i Daniel Schwartz ze Stanford University przeprowadzili serię eksperymentów badających wpływ chodzenia na kreatywne myślenie.
Rezultat był niezwykle interesujący.
Chodzenie sprzyjało myśleniu dywergencyjnemu — czyli tworzeniu wielu różnych pomysłów i nieoczywistych skojarzeń.
Co ciekawe, efekt pojawiał się nie tylko podczas chodzenia na zewnątrz.
Występował również na bieżni.
Nie chodzi więc wyłącznie o piękny krajobraz.
Coś robi sam ruch.
Ale dla pisarza przestrzeń daje jeszcze jeden bonus.
Materiał.
Spacer dostarcza rzeczy, których mózg sam by nie wymyślił
Pisarz siedzący przy biurku korzysta głównie z tego, co już ma.
Pamięci.
Wyobraźni.
Przeczytanych książek.
Obejrzanych filmów.
Własnego języka.
Spacer wprowadza zakłócenie.
Nagle pojawia się coś spoza naszego systemu.
Starszy mężczyzna niesie bukiet słoneczników.
Dziecięca rękawiczka na ławce.
Dźwięk pianina wypływający przez otwarte okno.
Dziewczyna na schodkach piekarni z zapachem ciepłego chleba.
Puste krzesło na balkonie skierowane w stronę ulicy.
Nie planowaliśmy tych obrazów.
Dlatego są cenne.
Rzeczywistość jest bardziej nieprzewidywalna od naszej wyobraźni.
Chodzenie zmienia również rozmowę
Badania nad tak zwanymi walking interviews — wywiadami prowadzonymi podczas chodzenia — pokazują jeszcze coś ciekawego.
Miejsce zaczyna uczestniczyć w rozmowie.
Człowiek przechodzący obok dawnej szkoły może przypomnieć sobie historię, której nie przywołałby w gabinecie.
Widok konkretnego domu uruchamia pamięć.
Zapach.
Skrzyżowanie.
Sklep, którego już nie ma.
Badacze James Evans i Phil Jones wykazali, że rozmowy prowadzone podczas chodzenia są silnie kształtowane przez krajobraz, w którym się odbywają.
Nowsze badania nad walking interviews zwracają uwagę również na sensoryczność, emocje oraz możliwość bardziej partnerskiej relacji pomiędzy prowadzącym rozmowę a rozmówcą.
To niezwykle ważne dla reportera, pisarza, poety.
Dobre pytanie brzmi:
„Pokaż mi.”
Pokaż, gdzie to było.
Pokaż, którędy szedłeś.
Pokaż okno.
Pokaż drzewo.
I wtedy historia rusza razem z nami.
Pieszy widzi inaczej
Samochód widzi drogę.
Pieszy widzi drzwi.
Samochód widzi dzielnicę.
Pieszy widzi parapet.
Samochód pokonuje przestrzeń.
Pieszy jej doświadcza.
Może właśnie dlatego chodzenie tak dobrze współpracuje z literaturą.
Tempo pieszego jest wystarczająco szybkie, żeby świat się zmieniał, i wystarczająco wolne, żeby można było go zauważyć.
Ale najważniejsze dzieje się jeszcze gdzie indziej
Po kilkunastu minutach marszu zmienia się nie tylko to, co widzimy.
Zmienia się sposób, w jaki układają się myśli.
Zdanie, które przy biurku było ciężkie, zaczyna mieć rytm.
Problem fabularny nagle znajduje boczne wyjście.
Pojawia się metafora.
Przypominamy sobie szczegół.
Łączą się dwie rzeczy, które wcześniej leżały daleko od siebie.
Nie bez powodu język chodzenia i język myślenia tak często się spotykają.
Tok rozumowania.
Droga myślowa.
Dojść do wniosku.
Zboczyć z tematu.
Wrócić do punktu wyjścia.
Podążać za myślą.
Myślenie od dawna wyobrażamy sobie jako podróż.
Być może dlatego ciało tak dobrze rozumie tę metaforę.
Ćwiczenie: spacer pisarza/reportera
Nie zabieraj słuchawek.
Nie włączaj podcastu.
Nie fotografuj wszystkiego.
Idź przez trzydzieści minut.
Przez pierwsze dziesięć minut zapisuj tylko rzeczy, które widzisz.
Bez interpretacji.
Nie:
„samotna kobieta”.
Tylko:
„kobieta siedzi na końcu ławki, trzyma dłonie na zniszczonej torbie”.
Przez kolejne dziesięć minut zbieraj dźwięki i zdania.
Fragment rozmowy.
Trzaśnięcie drzwi.
Pociąg.
Radio dochodzące z warsztatu.
Przez ostatnie dziesięć minut szukaj jednej rzeczy, której nie rozumiesz.
Dlaczego ktoś zostawił kwiaty pod tym drzewem?
Dlaczego sklep jest zamknięty w środku dnia?
Dlaczego mężczyzna od dziesięciu minut stoi przed tym domem?
Nie rozwiązuj zagadki.
Zapisz pytanie.
Po powrocie wybierz jeden szczegół.
I zacznij:
„Zauważyłem to dopiero, kiedy…”
Potem pisz przez dziesięć minut.
Bez sprawdzania.
Bez poprawiania.
Bez Google.
Najpierw idź
Współczesny pisarz ma dostęp do większej liczby informacji niż ktokolwiek przed nim.
Może zobaczyć ulicę po drugiej stronie świata.
Przeczytać archiwalne gazety.
Przeszukać milion książek.
Obejrzeć nagranie miejsca, którego nigdy nie odwiedził.
Poprosić algorytm o opis deszczowego poranka w Lizbonie.
A jednak istnieje jedna rzecz, której nie da się pobrać z internetu.
Własna obecność.
Temperatura powietrza.
Zmęczenie nóg.
Nieoczekiwane spotkanie.
Człowiek, który odpowiada inaczej, niż przewidywaliśmy.
Droga, która okazała się zamknięta.
Zapach.
Cisza.
Wstyd podczas zadawania pytania.
Moment, w którym orientujemy się, że źle zrozumieliśmy historię.
To wszystko zmienia tekst.
Dlatego może przed następnym zdaniem nie trzeba otwierać kolejnej zakładki.
Trzeba zamknąć komputer.
Wziąć notes.
Wyjść.
Joseph Mitchell chodził po Nowym Jorku, żeby nauczyć się miasta.
Kapuściński jechał w świat, żeby znaleźć się wystarczająco blisko wydarzeń.
Aleksijewicz szła w stronę ludzi i ich głosów.
Tokarczuk uczyniła ruch jednym z języków swojej literatury.
Woolf wychodziła na ulicę i znajdowała cudze życia.
Dickens przemierzał nocny Londyn.
Każde z nich robiło coś trochę innego.
Łączyła ich jednak jedna rzecz.
Nie czekali, aż cały świat przyjdzie do ich biurka.
Szli mu naprzeciw.
I być może właśnie od tego zaczyna się pisanie.
Najpierw idziesz.
Potem patrzysz.
Potem słuchasz.
A dopiero na końcu —
piszesz.