Archiwa tagu: #zapiski

Jak dobry sen

Miarowy turkot inhalatora i kaszel. Codzienny rytuał. Drugi tydzień bez większych zmian. Poranna euforia po godzinie zamienia się w zmęczenie. To gówno nie przechodzi. Zmienia się jedynie w lżejsze formy. Inne rodzaje snu. Majaki na jawie.

Mdłości utrzymują się nie pozwalając normalnie zjeść. Ale to akurat dobrze dla nadmiaru kilogramów. Takie oczyszczenie jeszcze nikomu nie zaszkodziło. No może S. ale on już przybrał trochę na wadze.

Szary poranek przeradza się w słoneczny obrazek obfitości. Widziałam krokusy w parku i przekwitające przebiśniegi. Wiosna przychodzi cicho. Wypełnia przestrzeń między drzewami i zabudowaniami mojego miasta. Może otworzy drzwi percepcji do innego światła, które wreszcie nas uzdrowi i pozwoli żyć w kolejnym wymiarze.

Na razie nie wychylam się. Zastygam w oczekiwaniu na lepszy nastrój. Nie daję zabrać się temu, który przelewa czarną smolę pomiędzy mózgiem i jelitami. Nie wpadam w czarną dziurę. Zachowuję spokój. Nie daję się. Nie rozmyślam. Nie użalam. A jednak coś mogłoby drgnąć. Jakiś pierwszy pączek mógłby mnie przytulić jak dobry sen.

I sroki

Pływam w spokoju. Po ostatnich bombach lękowych przyszło ukojenie. Cisza, czarno za oknem. Nieurodzony jeszcze poranek nieśmiało przyjmuje tupanie małych patykowatych stóp na parapecie. Czasem trzeszczącą nieznanego pochodzenia maszynę jak czołg wlekący się po zmęczonym asfalcie. Kilka kroków i szuranie szpadlem. Może spadł śnieg? Nie sprawdzę. Nikt mnie nie wygoni z łóżka. Nie teraz.

Na wietrze lądują małe kulki. Nie są podobne do gradu ani do śniegu. Lekkie przypominają raczej styropian pocierany przez złośliwe dziecko na lekcji plastyki. Dwie siatki płotów przecięte błotnistą drogą i my po środku w kapturach i ziemiste czarnych kurtkach chroniących przed utratą ciepła. Codzienny spacer przerodził się w rutynę. Spacer, pisanie, spacer, pisanie… Pogoda szara. Ołowiane niebo nie przepuszcza słońca. Zapowiadany mróz nie pojawił się tego dnia więc błoto przyczepiło się do naszych podeszw jak smoła. Ciężkie kroki i oddechy. To my. Maszyna parowa. Codzienny wyrzut sumienia niedokończonych spraw i niespełnionych snów. Pretensji za życie i lęki na przyszłość generowane notorycznie przez chore mózgi: że aparat nienoszony, jelita w rozsypce, leki, szpital, kontrola, co dalej?

I jeszcze komisja wojskowa. Kolejny niezdany test prawa jazdy. Zły format nadziei nie przylega do ciała. Praktycznie nie istnieje. A jednak za sprawą nieznanego światła coś porusza się w snach przywodząc cząsteczki nieokreślonego szczęścia z dalekich pokładów nieświadomości, które od paru dni próbują ję przebić przez niezrozumiałe sny o zielonych furtkach blokujących tłum ludzi na mojej spacerowej ulicy. Te sny dają wytchnienie chociaż do końca nie pamiętam co w nich się przewijało, odczucia każą mi myśleć o czymś dobrym, nienazwanym, nienachalnym. Jakaś iskra znów pokazuje mi drogę, każe przetwarzać informacje. Budować nowe. Taka mała wiosna… a jednak blokada.

Zza płotu wyjrzał pęd jeżyny. Czy to nie dziwne, że o tej porze jego liście są ciemnozielone a igły czerwone jak krew. Jakby zimy nigdy tu nie było. A może obudził się za wcześnie jak kotki na wierzbie koło pola. Wiosna przychodzi z roku na rok szybciej niż umysł zdąży ją zarejestrować. Jednak cząsteczki powietrza nadal się whają i szybko wycofują kiedy szron pokrywa szyby samochodów o poranku. A jednak to już nie to. To już nie zimowe przesilenie. Coś ruszyło pradawnym cyklem przemiany w stronę słońca. Alchemiczne przebudzenie. Uczucie świeżości i początku. Wyrastanie. Przemienianie.

Nerwowy lot kosa gdy zapada zmrok przywołuje transformację na którą liczę. Głos sikorek z piskliwej formy zmienił się na nitkowate metaliczne popiskiwania. Sokół w swej nieskończonej wędrówce przysiadł na mojej lipie obok latarni. Szary jak sowa monitoruje teren. Widzi to wredna sroka. Zaraz podleci i wygoni go z gałęzi swoim diabelskim skrzekiem. Nikt tu nie lubi obcych. To jedyna prawda tego skrawka bytu. Nikt tu nie lubi obcych!

Zwłaszcza dzikich. Z innymi piórami. Nikt tego nie zmieści w swoim wąskim umyśle. Odruch obronny. Sroki są w tym najlepsze. One nie znoszą wszystkich. Zagadką staje się się fakt dlaczego nie budują gniazd w lesie, a na miejsca swych skomplikowanych domów wybierają właśnie miasta. Są blisko z ludźmi. Zakochują się w ich nienawiści. Wyganiają innych a gdy już naczynie złośliwości wypełni się po brzegi pukają ludziom w szyby. I odlatują z głośnym skrzekiem. Ich piękne długie ogony i wachlarzowate skrzydła stworzone są do wysokich lotów rajskich ptaków, a one i tak zwyczajnie wybierają zaściankowość szarych miast, szarych ludzi i kłótni o poranku. Budząc nas dźwiękiem seri z karabinu. Taka wolność.

I to jest właśnie spokój

Weekendy są jak woda. Przepływają jak widoki za oknem przez które spoglądam w trakcie jazdy, w szary pochmurny dzień. Ta niedziela była jak kolorowy ptak chociaż szara. Spokój był wybawieniem. Zmiana była ukojeniem. Stres ulotnił się jak wiatr. Przed nami mokra asfaltowa droga i las.

Stary las wypierał gonitwę z głowy. Wciągał, ochraniał wyganiał wszelkie niepokoje. Był naprawdę bardzo stary, wielki i tajemniczy. Drzewa bez liści spały ale widziały. Energia mnie wreszcie przytuliła.

Choroby przystanęły na zakręcie. Samochody się naprawiły a egzaminy się zdały. Niepokój odwrócił się na dłuższą chwilę. Mamy okno pogodowe spokoju. Możemy znów płynąć. Może czas nam odpuści i da trochę wolnego a gęsta masa rozrzedzi się na tyle, że zapomnę o ciężkich butach.

Przyszedł luty. Nie muszę się zrywać. Ferie. Jak dobrze pobyć sam na sam ze sobą w dusznym pokoju, kiedy jeszcze inni śpią lub są już w pracy czyli w trybie niewymagającym.

Porządkuję bałagan w głowie. Zapalam białą świecę by wypełnić wnętrze czystą energią. Utrzymać ten stan to priorytet na dziś. Nie przejmować się gównami, nie zarażać zarazami. Wytrwać w spokoju umysłu – oto plan na dziś. Wstajemy z kolan po raz czwarty. Dwa rozbite samochody i choroba S. wraz z nawrotami i błędnymi oraz trafionymi diagnozami za nami. Nastała jasność. Wiemy co robić. Zintegrowane działania nastawione na jeden cel układają klocki w jednej prostej linii. I to jest właśnie cisza. I to jest właśnie spokój.

Teraz wreszcie mogę zatęsknić za lasem.