Archiwa tagu: #sztukawidzenia

Czy można narysować miejsce, którego nie da się opisać słowami?

Najtrudniej może być postawić na kartce punkt oznaczający siebie.

Obrys przestrzeni da się jeszcze naszkicować: zwężenie, łuk, coś otwartego, coś przypominającego wnętrze. Ale gdzie umieścić „ja”? W środku? Przy krawędzi? Czy można zaznaczyć własne położenie, jeśli pamięta się obecność, lecz nie pamięta ciała?

Takie pytania pojawiają się przy lekturze badania opublikowanego 15 października 2026 roku w „Frontiers in Psychology”. Pięćdziesiąt osób, które zgłaszały doświadczenia bliskie śmierci, rekonstruowało ich przestrzenny przebieg. Uczestnicy wybierali i przekształcali piktogramy albo rysowali własne układy, zaznaczając położenie siebie i kierunki ruchu. Próbowali pokazać strukturę tego, co zapamiętali.

Można zatrzymać się przy samym pomyśle: ktoś wraca pamięcią do granicznego doświadczenia, a potem pochyla się nad kartką. Musi przełożyć je na linię. Zdecydować, gdzie zaczyna się przestrzeń, czy ma brzeg, w którą stronę coś się poruszało.

Mnie jednak najbardziej zatrzymuje to, co według części uczestników wydarzało się już podczas rysowania. Rekonstruując własne położenie i ruch, zgłaszali pojawianie się dodatkowych wspomnień przestrzennych i percepcyjnych. Autorzy odnotowali te spontaniczne relacje, zastrzegając, że sam proces przywoływania wspomnień nie był przedmiotem formalnego badania.

Ręka prowadzi linię — i nagle jest jeszcze coś.

Kierunek. Oddalenie. Poczucie, że przestrzeń otwierała się inaczej, niż udało się dotąd powiedzieć.

To drobne zdarzenie ma w sobie więcej tajemnicy niż niejeden gotowy obraz zaświatów.


Kiedy prosimy kogoś o wspomnienie, zwykle oczekujemy opowieści. Co było najpierw? Co wydarzyło się później? Co wtedy czułaś?

Zdanie prowadzi nas od jednego słowa do następnego. Nawet gdy opisujemy bezruch, musimy przeprowadzić czytelnika przez kolejność. Najpierw ściana, potem okno, za nim drzewo. Tymczasem w pamiętanym obrazie ściana, okno i drzewo mogą być obecne razem, podobnie jak odległość między nimi i nasze miejsce w pokoju.

Kartka pozwala przynajmniej próbować zachować tę jednoczesność. Można postawić punkt, a daleko od niego drugi. Można zostawić między nimi pustkę, której opis wymagałby wielu zdań. Można narysować linię tak, by sam jej przebieg stał się pytaniem: czy właśnie tędy?

Wyobraźmy sobie, że próbujemy odtworzyć mieszkanie z dzieciństwa. Nie chodzi o dokładny plan. Wystarczy zaznaczyć drzwi i stół. Przy stole nagle brakuje miejsca na krzesło, choć przecież ktoś tam siedział. Trzeba przesunąć ścianę. Zastanowić się, z której strony padało światło.

W tej wyobrażonej próbie rysunek stawia opór naszej ogólnej pewności, że pamiętamy. Domaga się relacji, które w opowieści można było ominąć. Jak blisko? Po której stronie? Z jakiego miejsca to widziałam?

Podobne pytania można zadać doświadczeniu, dla którego nie ma nazwy.


Wspomnienia bliskie śmierci otacza szczególne oczekiwanie. Chcielibyśmy, żeby przyniosły odpowiedź dostatecznie wielką, by unieść nasz lęk: co będzie dalej, czy coś pozostaje, czy zniknięcie jest zupełne.

Ale rysunek pozostaje świadectwem pamiętanego doświadczenia. Badanie nie rozstrzyga o istnieniu życia po śmierci. Rekonstrukcje były retrospektywne, a autorzy przyznają, że przedstawione piktogramy i pomoc badacza mogły wpływać na ich kształt.

Ta ostrożność prowadzi do pytania równie trudnego, choć mniej widowiskowego: co właściwie dzieje się między wspomnieniem a jego przedstawieniem?

Ktoś mówi: dopiero kiedy narysowałam ruch, przypomniałam sobie następny szczegół. Możemy potraktować tę wypowiedź poważnie, zachowując niepewność co do pochodzenia szczegółu. Czy był dotąd niedostępny? Czy wyłonił się z wysiłku porządkowania? Czy podsunięta forma pomogła go odnaleźć, czy uczestniczyła w jego powstaniu?

Nie mamy tu prostego sposobu rozdzielenia tych możliwości.

Jest natomiast coś poruszającego w samej sytuacji: człowiek usiłuje być wierny temu, czego nie potrafi sprawdzić. Poprawia kreskę, ponieważ poprzednia wydaje się niewłaściwa. Mówi: bardziej w tę stronę. Szerzej. Dalej ode mnie.

Skąd bierze tę miarę?

Jeden z uczestników badania opisał to z niezwykłą prostotą: „Widziałem gwiazdy, które były jasne, ale nieruchome; to ja się poruszałem” — czytamy w jego relacji, przytoczonej przez autorów badania (tłumaczenie własne) Geometria percepcyjna i chromatyczność przestrzeni doświadczeń bliskich śmierci.

Najważniejsze okazuje się tutaj rozróżnienie między nieruchomym otoczeniem a poruszającym się „ja”. Żeby pokazać takie wspomnienie, nie wystarczy narysować gwiazd. Trzeba jeszcze zaznaczyć własną drogę pomiędzy nimi. Właśnie tego rodzaju relacje — między przestrzenią, punktem widzenia i ruchem — badacze próbowali wydobyć za pomocą rekonstrukcji graficznych.


W potocznym wyobrażeniu „ja” ma dość pewny adres. Jest tutaj, za oczami, w ciele siedzącym przy stole. Z tego miejsca wygląda świat.

Wystarczy jednak poprosić o zaznaczenie siebie na rysunku, żeby oczywistość zaczęła się komplikować. Co ma oznaczać punkt? Ciało? Miejsce, z którego patrzę? Obecność, której nie umiem umiejscowić?

Jako pytanie filozoficzne jest to niezwykle płodne. Każe przyjrzeć się własnemu „tutaj”. Na co dzień posługujemy się nim bez namysłu, jakby stanowiło nieruchomy środek wszystkich rzeczy. Tymczasem w rysunku trzeba nadać mu położenie wobec czegoś innego. Nawet samotny punkt otacza przestrzeń.

Być może dlatego tak trudno wyrazić pewne doświadczenia. Brakuje nam nie tylko odpowiednich słów. Chwieje się również miejsce, z którego mielibyśmy je wypowiedzieć.

Kto opowiada? Gdzie wtedy był? Czy jego „tam” przypomina nasze?


Dla pisania jest w tym ważna myśl.

Kiedy zdanie nie przychodzi, można zapytać o przestrzeń. Gdzie stoją osoby, o których próbuję opowiedzieć? Jak daleko są od siebie? Kto widzi drzwi? Co pozostaje poza polem widzenia?

Wyobrażona scena żałoby może zacząć się od krzesła odsuniętego od stołu. Scena wstydu — od drogi między wejściem a miejscem, do którego trzeba dojść na oczach innych. Zanim pojawi się nazwa uczucia, można spróbować zobaczyć jego warunki: odległość, przeszkodę, kierunek spojrzenia.

To literacka możliwość, nie wniosek z badania. Pozwala jednak pomyśleć o obrazie jako o narzędziu poszukiwania. Rysunek nie musi być ilustracją gotowej myśli. Może towarzyszyć chwili, w której dopiero usiłujemy ją uchwycić.

Także wtedy, gdy pozostaje nieudolny.


W opisywanym badaniu przejmująca wydaje mi się ta zwyczajność: kartka, znaki, próba wskazania miejsca. Ogrom doświadczenia spotyka się z bardzo skromnym gestem.

Nie wiemy, ile z tego, co pojawia się pod ręką, zostało odnalezione, a ile właśnie otrzymało formę. Możemy jednak przyglądać się człowiekowi, który szuka. Który po latach nadal chce pokazać komuś, jak to było.

Stawia punkt.

Prowadzi od niego linię.

Potem zatrzymuje rękę, bo przypomina sobie — albo po raz pierwszy potrafi sobie wyobrazić — że przestrzeń otwierała się jeszcze dalej.

„Widziałem gwiazdy, które były jasne, ale nieruchome; to ja się poruszałem”. frontiersin.org

Inny uczestnik, oznaczony numerem 5, opisywał poczucie przebywania wewnątrz ogromnej świetlistej bańki, która całkowicie go otaczała; miał zarazem wrażenie, że stanowi jej część.

Linki/źródła:

Autorzy: France Lerner, Paulo Cezar Rocha dos Santos i Guillaume Tahar; „Frontiers in Psychology”, 15 października 2026.

Jak opisać niewypowiedziane? Mały warsztat uważności i pisania

Czasem zostaje po czymś wyraźne wrażenie, choć trudno zbudować z niego zdanie. Trudno ubrać w słowa. Światło na klatce schodowej. Chwila po przebudzeniu. Cisza podczas spaceru, która czymś różniła się od każdej wcześniejszej ciszy.

Można spróbować podejść do takiego doświadczenia kilkoma drogami. Wybierz jedną. Wystarczy kilka minut i fragment zwyczajnego dnia.

1. Zbliżenie na jedną chwilę

Wybierz krótki moment: zatrzymanie przy oknie, usłyszenie głosu, wejście do pustego pokoju. Zapisz, co potrafisz o nim powiedzieć, zanim zaczniesz wyjaśniać jego znaczenie.

Pomocne pytania:

  • Co jako pierwsze zwróciło moją uwagę?
  • Co wydarzyło się tuż potem?
  • Jak zmieniało się moje odczucie tej chwili?

Jeżeli kolejność jest niejasna, zapisz właśnie to. Nie musisz porządkować wspomnienia bardziej, niż pozwala na to pamięć.

2. Mapa przed zdaniem

Zaznacz na kartce siebie i to, co pamiętasz wokół. Użyj punktów, plam, linii. Strzałkę dodaj tylko wtedy, gdy pamiętasz ruch.

Spójrz na rysunek i dopisz trzy zdania: o własnym położeniu, o odległości, o czymś, co pozostało poza kadrem.

Jeśli podczas rysowania pojawi się nowy szczegół, zanotuj na marginesie: „pojawiło się teraz”. Pozostaw otwarte pytanie, czy jest wspomnieniem, skojarzeniem, czy wyobrażeniem.

3. Konkret przed nazwą

Napisz kilka zdań bez słów: „pięknie”, „dziwnie”, „smutno”, „niesamowicie”. Poszukaj szczegółu, który skłonił cię do użycia takiej nazwy.

Zamiast „pokój wydawał się obcy” możesz spróbować:

„Stałam przy drzwiach. Znałam wszystkie meble, ale przez chwilę nie wiedziałam, gdzie odłożyć torbę”.

To przykład literacki. We własnym zapisie zachowaj szczegóły, które rzeczywiście pamiętasz.

4. Metafora z poprawką

Dokończ zdanie:

„Najbliższe temu byłoby…”

Potem dodaj:

„Ale to porównanie nie oddaje…”

Druga część jest równie ważna jak pierwsza. Pozwala zauważyć, gdzie metafora zaczyna narzucać doświadczeniu swój kształt.

„Cisza była jak śnieg. Ale nie miała tej miękkości”.

Niekiedy właśnie poprawka prowadzi do trafniejszego zdania.

5. Zostaw miejsce na „nie wiem”

Podziel zapis na trzy części:

Pamiętam…
Dziś odczytuję to jako…
Nie potrafię ustalić…

W pierwszej umieść dostępne szczegóły. W drugiej — ich obecne znaczenie. W trzeciej pozostaw luki, sprzeczności i pytania.

Te ćwiczenia służą szukaniu języka dla doświadczenia. Nie pozwalają sprawdzić prawdziwości wspomnień. W journalingu można pozostawić lukę; w prozie można ją świadomie wypełnić wyobraźnią. Warto wiedzieć, w którym momencie robi się ten krok.

Nie wszystko musi zostać nazwane. Czasem najwierniejszy zapis kończy się tam, gdzie kończy się pewność.

Przeczytaj: O opisywaniu doświadczenia — metoda mikrofenomenologiczna.

Zanim liść puści. O cichej pracy jesieni

Żółty liść jeszcze żyje.

Patrzymy na niego jak na rzecz, która właśnie się kończy. Tymczasem w jego wnętrzu trwa rozbiórka wymagająca żywych komórek, enzymów, transportu. Zanim drzewo straci liść, odzyska część tego, co przez miesiące w niego inwestowało. Jesienny kolor pojawia się podczas tej przemiany: między letnią pracą a ostatecznym obumarciem. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Na zewnątrz — cisza. W środku — ruch.

Może właśnie ta różnica tak nas przyciąga. Stoimy pod koroną, która rzednie, i czujemy uspokojenie, choć oglądamy proces pełen rozpadu. W niskim świetle najłatwiej zobaczyć barwę. Trudniej dostrzec, że to, co znika, ma jeszcze do wykonania ostatnią pracę.

Liść przez większą część sezonu przechwytuje światło i wytwarza związki organiczne. Podczas starzenia zmienia się jego funkcja. Rozkładane są między innymi białka, a odzyskany z nich azot może zostać wykorzystany w innych częściach rośliny. Związki potrzebne życiu opuszczają strukturę, która wkrótce przestanie żyć. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Drzewo zachowuje więc część lata poza liściem.

To zdanie brzmi poetycko, ale wyrasta z bardzo konkretnej fizjologii. W gałęziach, pniu i korzeniach pozostają zasoby odzyskane przed opadaniem. Ich przemieszczenie wymaga czasu. Zbyt szybkie zniszczenie liścia przerwałoby tę pracę. W badaniach jesiennego starzenia osiki obserwowano uporządkowaną kolejność zmian: rozpad aparatu fotosyntetycznego, odzyskiwanie składników i stopniową utratę integralności komórek. (academic.oup.com)

Dlatego warto zatrzymać się przy słowie „samobójstwo”, tak mocnym w opowieściach o komórkach. Nie ma tu rozpaczy ani decyzji. Jest biologiczny proces regulowany przez organizm. Roślinna komórka może zakończyć życie w sposób uczestniczący w rozwoju lub przetrwaniu większej całości. Nazwa „programowana śmierć komórkowa” zachowuje ten sens bez przypisywania roślinie ludzkiego dramatu. (pubmed.ncbi.nlm.nih.gov)

Dramat pojawia się dopiero w nas.

Przynosimy pod drzewa własne straty, niedokończone sprawy, zmęczenie. Widzimy opadający liść więc to pożegnanie. Nauka odrobinę odsuwa tę pierwszą interpretację. Pozwala zobaczyć także transport, odzyskiwanie, zmianę funkcji. Nasz obraz jesieni staje się przez to mniej oczywisty.

Nawet kolory mają różne historie. Wraz z rozpadem chlorofilu wyraźniejsze stają się żółte i pomarańczowe barwniki. Czerwienie mogą pochodzić z antocyjanów wytwarzanych podczas jesiennej przemiany. To, co wygląda jak jeden wspólny płomień, powstaje z odmiennych procesów chemicznych. (pmc.ncbi.nlm.nih.gov)

Piękno okazuje się bardziej szczegółowe, niż sądziliśmy.

Nie trzeba z tego wyprowadzać nakazu, żeby „odpuszczać jak drzewa”. Ludzkie życie nie podlega instrukcji zapisanej w klonowym liściu. Są straty, których nic nie wyrównuje, i jesienie, które nie przynoszą ulgi.

Można jednak przez chwilę patrzeć bez oczekiwania, że przyroda udzieli właściwej odpowiedzi.

Liść obraca się na ogonku jak na osi świata. Pod światło widać jego rozgałęzione żyłki. Jeszcze trzyma się gałęzi, jeszcze należy do drzewa, choć jego kształt za kilka tygodni będzie już trudny do rozpoznania. Ta chwila pomiędzy ma własną długość. Nie da się jej sprowadzić do samego końca.

Być może stąd bierze się mój jesienny spokój: z możliwości zobaczenia zmiany, która trwa bez pośpiechu narzuconego przez moje sprawy. Ze świadomości, że pod pozornym bezruchem dzieje się coś precyzyjnego.

Żółty liść jeszcze pracuje.

A ja przez chwilę mogę tylko patrzeć.

Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby…

„But the only way for the bird to understand the fish is by swimming with them”,

„Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby, to pływać razem z nimi” — mówi Nikołaj Ustinow, były agent KGB grany przez Kennetha Branagha, w filmie Mayday (polski tytuł: Katastrofa w duecie, 2026). Film wyreżyserowali John Francis Daley i Jonathan Goldstein. Kormoran staje się tu metaforą poznania obcego świata przez zanurzenie się w nim.

Czy kormoran rozumie świat ryb? Czy ma świadomość ich złożonego środowiska, czy porostu działa instynktownie, reagując wyłącznie na ruch? Tego do końca nie wiemy. Nauka nie daje gotowych odpowiedzi. Większości rzeczy możemy się tylko domyślać, a raczej z pokorą przypuszczać. Możemy być tylko obserwatorami. Dziękuję złożonym okolicznościom, sobie i światu, że mogę być obserwatorem.

W Dolinie Baryczy świt wyglądał zjawiskowo, nierealnie. Pomarańczowe światło przykryło całą „Wyspę kormoranów”, jak welon dobrej wróżki. Siedziały na wyschniętych gałęziach i wyglądały bardziej jak stado wygłodniałych kruków na ramionach przygarbionych czarownic, niż jak typowe ptaki z rozlewiska.

Niskie, chrapliwe krakanie, chrząkanie, kwiczenie oraz gardłowe rzężenie wydobywało się z ich haczykowatych dziobów. Zdradzały ich tylko te przykrótkie kacze łapki, te nieopierzone, płaskie błony nasadzone na szkielety palców. Gdyby nie one, te piękne czarne ptaki wyglądałby bardziej drapieżnie, srogo, a tak zdają się tyko dzikimi gęśmi. Jednak my, dobrze wiemy, co tam kipi pod piórami, że za tą niewinną maską, kryje się żarłoczna bestia, nad którą trudno zapanować.

Ten potwór żre, a jego żarłoczność przechodzi wszelkie granice wytrzymałości rybaków stawowych, ichtiologów wszelakiej maści oraz najbardziej zdesperowanej grupy, a mianowicie wędkarzy, którzy najchętniej nadziali, by ich tuszki na nieumyte pale i usmażyli na śmierdzącym koksowym grillu…

Ten potwór ma to jednak gdzieś bo „przekracza granice dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast, dostosowuje się do drugiego z nich”. Kormoran widzi pod wodą, a także słyszy, reagując spontanicznie na wszelaki ruch ryb.

Kormorany doskonale wiedzą jak reagują ławice ryb. Często polują stadnie, wykazując się zaawansowaną współpracą. Otaczają ławicę wspólnym frontem zagarniają ryby na płycizny lub w stronę brzegu. W mętnej wodzie celowo płoszą ryby w kierunku powierzchni, gdzie dociera więcej światła słonecznego, czyniąc ofiary całkowicie bezbronnymi. Do tego mogą wznosić się nad chmurami i spotykać się przy kawie z czarnymi braćmi i siostrami na, niewielkim skrawku ziemi, oddalonym od brzegu na tyle bezpiecznie, że budują tam swoje koszykowate gniazda. Rozmawiają o trudach dnia, patrzą w niebo, rozkładają szeroko czarne skrzydła i delektują się kolejnym wschodem słońca.

Z oddalonego brzegu patrzę wciąż na ten surrealistyczny obraz odbijający się w lustrze zimnej wody.

Wyspa i czarne sylwetki siedzące na suchych gałęziach swojego świata, kiedy ja wciąż głodna i bez kawy, muszę już wracać do swojego, zanim uniosą się mgły i świt rozkręci się na dobre.

Badania, poszukiwania

Najbardziej zaskakujące odkrycie jest takie: kormoran potrafi błyskawicznie nastawić wzrok po zanurzeniu, ale pod wodą wcale nie widzi wyjątkowo ostro. Jego sposób polowania opiera się także na bliskości, ruchu i prawdopodobnie innych sygnałach. Większość poniższych badań dotyczy kormorana zwyczajnego (Phalacrocorax carbo); tam, gdzie chodzi o inny gatunek, zaznaczam to osobno.

Co naprawdę widzi kormoran?

  1. Przestawia ostrość niemal w chwili zanurzenia. W badaniu kormoranów zwyczajnych zmiana ustawienia oka następowała w ciągu 40–80 milisekund od wejścia pod wodę. Badacze stwierdzili też, że oko ustawiało ostrość na obiekt znajdujący się bardzo blisko, mniej więcej w odległości długości dzioba. Ptak przekracza granicę dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast dostosowuje się do drugiego z nich. journals.biologists.com
  2. Ta szybka zmiana nie daje mu „sokolego wzroku” pod wodą. W doświadczeniach mierzących rozróżnianie szczegółów ostrość widzenia kormoranów okazała się zaskakująco słaba: badacze porównali ją do wzroku człowieka patrzącego pod wodą bez maski. Zaproponowali obraz polowania bliższy czapli wypatrującej zdobyczy z bliska niż drapieżnemu ptakowi dostrzegającemu ją z daleka. Zdolność ustawienia ostrości i zdolność rozróżniania drobnych szczegółów to dwie różne rzeczy. journals.plos.org
  3. Mętna woda szybko odbiera mu informacje. W innym eksperymencie kormorany wykrywały ryby wzrokiem, lecz skuteczność spadała wraz z odległością i zmętnieniem wody. W testowanych warunkach radziły sobie lepiej niż przypadek nawet przy rybie oddalonej o ponad trzy metry, więc nie należy zamieniać wcześniejszego porównania z ludzkim wzrokiem w sztywną zasadę „widzi tylko na metr”. To, co ma zobaczyć, i w jakiej wodzie, ma znaczenie. The Company of Biologists

Co dzieje się poza wzrokiem?

  1. Kormoran słyszy również pod wodą. Badanie słuchu kormoranów zwyczajnych potwierdziło odbieranie przez nie podwodnych dźwięków. To nie dowodzi jeszcze, że podczas polowania lokalizują ryby słuchem. Daje natomiast mocny powód, by nie opisywać ich podwodnego świata jako wyłącznie obrazu: jest w nim także dźwięk. The Company of Biologists
  2. Polują nawet podczas nocy polarnej. Obserwacje kormoranów zwyczajnych nurkujących w takich warunkach skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy przy zdobywaniu pokarmu korzystają również z sygnałów innych niż wzrok. Które sygnały i jak dokładnie wykorzystują, nie zostało tym badaniem rozstrzygnięte. To jedna z najbardziej intrygujących luk: wiemy, że schodzą po ryby w ciemność, ale nie wiemy jeszcze w pełni, jak odnajdują tam zdobycz. PMC
  3. Kamera umieszczona na ptaku pokazała polowanie z jego perspektywy. U kormoranów cesarskich, a więc innego gatunku, nagrania z miniaturowych kamer pozwoliły badaczom obserwować poszukiwanie pokarmu pod wodą i środowisko, w którym ptaki to robią. To cenna inspiracja dla tematu „sposobów widzenia”: po raz pierwszy człowiek może zobaczyć fragment polowania z miejsca, w którym znajduje się ptak. Kamera pokazuje jednak obraz przed sobą, nie odtwarza tego, jak ptak go postrzega. PMC

Jest jeszcze jeden szczegół, który komplikuje obraz kormorana jako idealnej „maszyny do nurkowania”: jego pióra nie działają jak szczelny kombinezon. Badania struktury piór wskazują, że podczas głębszego nurkowania woda może przenikać przez ich zewnętrzną strukturę. Ptak zyskuje dzięki temu inne warunki zanurzenia, ale płaci cenę za przebywanie w wodzie utratą ciepła. pubmed.ncbi.nlm.nih.gov

Kormoran nie poznaje świata ryb z wysokości. Zanurza w nim własne ciało i godzi się na to, że nawet wtedy nie zobaczy wszystkiego.

Galeria nie nadążam

Sobota, 5.09.2026, zapiski na serwetkach

A na koszulkach w galerii Wałbrzych kobiety sprzątające mają napis Usługa czyszczenia.

Usługa czyszczenia – niebywałe.

Napis na plecach, pracujące starsze kobiety, jedna kuleje, ładniej: utyka na jedną nogę, plastikowe skrzynki, nie pojemniki, …i wiaderka czerwone, toytoyowe obłe kształty turkusowe wykończenia, kolor miętowy i biały, a koszulki jednak chabrowe. Szepczą o czymś, nie widać ich za fortecą wózków za Stacją zwrotu naczyń. Nie widoczne dla tłumu, widoczne dla mnie. Z mojego miejsca widzę za dużo…

Obiady jak w domu, zdrowia smak, zwrot naczyń, do kącika wchodzimy bez bucików, galerie, galerie, galerianki, „Galeria Victoria Moja Twoja Nasza” a w białych prostokątnych murkach, w donicach zielonoe z żółtym obwódkami rosną szable, jeszcze lato a już wrzesień, pani z usługi upuszcza widelce… Stłumiony śmiech i znaczące spojrzenie w bok. Spuszczam wzrok. Zamów tutaj”, „kontakt w lokalu”. Czekam na jedzenie, czekam, blondyna po lewej łypie na mnie okiem, komentuje coś do innych blondyn, zna nie zna – nie wiem, nie wypada się obrócić, a z resztą, co mnie to… karta podarunkowa… Hello Kity, Hello Kebab – prezent idealny…

Zza półokrągłych okien widać drzewa, DRZEWA! Ich liście… korony szeleszczą tysiącem zielonych skrzydeł. Wiatr się wzmaga. Idą moje tosty z jajkiem i kawą. Zapinam bluzę, żeby nie zabrudzić koszuli. Koszule zawsze się brudzą. Tosty do dupy tak jak kawa… Kobiety z usługi czyszczenia zerkają na mnie, później odwracają wzrok i ruszają przed siebie gęsiego… Ruch się wzmaga, glośnieje, tłumnieje, gęstnieje, męczy… Czas się zbierać. Z torbami, zakupami, jeszcze do banku… i po koszulę… Ale najpierw do banku… Niech to się już skończy.