Archiwa tagu: #NoAI

Nie zapomnij o świcie

Pędziłam na złamanie dębową alejką przed mgłami rozpościerającymi się na powierzchni stawów. W oddali odgłosy byków z rykowiska jak przeciągane grube tony niedźwiedzi. Nad wszystkim rozlewa się dzika kakofonia gęsi, kormoranów, czapli. Gdzieś w szóstym tle słyszę pojedyncze trąbienie żurawi. Coś czuję, że z nimi znowu się dzisiaj nie uda. Przyspieszam, przede mną chłopak i dziewczyna, pewnie zajmą najlepsze miejsce, rozłożą te długie tuby na czarnych patykach statywów i zobaczą spektakl w całej okazałości.

Muszę iść dalej, dotrzeć do wyspy, tam są wszystkie gatunki razem, szansa na zbliżenie tych monstrualnych dziobów wystających znad trzcin… jak dinozaurów we mgle jest większa zwłaszcza dla aparatu z ręki.

A parka, tych dwojga ku mojemu zdziwieniu rozkłada kocyk, wyciąga termos z kawą i dwie kolorowe filiżanki. Siadają i patrzą w stronę…, właśnie, w stronę wschodu. Wyciągają komórki. No tak, wschód. Jak można, o nim zapomnieć. Jak można zapomnieć o wschodzie!

Wschód w tej krainie ptaków jest królem jeśli nie Bogiem. Przynosi czerwone światło, rozkłada delikatnie na tafli, rozpuszcza i rozciąga na falach, w miliardach podskakujących rozbłysków. Odbija się na brzegach tych dziwacznych filiżanek, które utkwiły w mojej głowie. Przystaję i widzę spokojną pomarańczową kulę wydobywającą się z pomiędzy koron drzew, zaczyna się… Przystaję. Ta chwila… Jak płomień zostaje w każdej tkance. Wyciągam aparat strzelając serię za serią zanim odwrócę się i pójdę przed siebie zostawiając spektakl ludziom z filiżankami.

Dolina Baryczy, sobota, 19.09.2026

Odkładanie

Odkładanie zbiera się podstępnie z tyłu głowy, odstawia swój rytualny taniec łapiąc się za ręce i wirując wokół wysokich płomieni. To wirowanie nie daje spać, ani myśleć myślą jasną, a wysysa tyle energii, że czuję się totalnie rozładowaną ogromną baterią.

Odkładanie zbiera się w stosy tworząc monstrualne wieżowce. Już, już wracam do smażonego kotleta, już już ściągnę szumowinę z ramenu, już rozwieszam pranie… Już, już piszę… Tu się przypala, tam gnije, rośnie w bębnie za szybką, a pisanie zarasta pleśnią. Koniec końców doklejam linki w kolejnej aktualizacji.

Odkładanie zostało odłożone. Dokończone czyli niezrobione. Spis treści niezrobienia przesuwa kolejne rozdziały. Jutro odbije się kortyzolową czkawką. Odłożenie męczyć będzie miesiącami w statusie niedokonania, śledzenia, przypuszczenia, mielenia…

I znów jedynym rozsądnym rozwiązaniem jest cisza, a jak cisza to cień, a jak cień, to ten dziki pod drzewami, trawami. A jak spokój, to tylko z wiatrem, świeżością pozbawioną ryku miasta. O tak, iść przed siebie, bez plecaków, zbędnych balastów, w oderwaniu… Iść Stachurą. I bez tego snu co wczoraj, bez niego, bez wszystkiego, bez niczego, iść…

Galeria nie nadążam

Sobota, 5.09.2026, zapiski na serwetkach

A na koszulkach w galerii Wałbrzych kobiety sprzątające mają napis Usługa czyszczenia.

Usługa czyszczenia – niebywałe.

Napis na plecach, pracujące starsze kobiety, jedna kuleje, ładniej: utyka na jedną nogę, plastikowe skrzynki, nie pojemniki, …i wiaderka czerwone, toytoyowe obłe kształty turkusowe wykończenia, kolor miętowy i biały, a koszulki jednak chabrowe. Szepczą o czymś, nie widać ich za fortecą wózków za Stacją zwrotu naczyń. Nie widoczne dla tłumu, widoczne dla mnie. Z mojego miejsca widzę za dużo…

Obiady jak w domu, zdrowia smak, zwrot naczyń, do kącika wchodzimy bez bucików, galerie, galerie, galerianki, „Galeria Victoria Moja Twoja Nasza” a w białych prostokątnych murkach, w donicach zielonoe z żółtym obwódkami rosną szable, jeszcze lato a już wrzesień, pani z usługi upuszcza widelce… Stłumiony śmiech i znaczące spojrzenie w bok. Spuszczam wzrok. Zamów tutaj”, „kontakt w lokalu”. Czekam na jedzenie, czekam, blondyna po lewej łypie na mnie okiem, komentuje coś do innych blondyn, zna nie zna – nie wiem, nie wypada się obrócić, a z resztą, co mnie to… karta podarunkowa… Hello Kity, Hello Kebab – prezent idealny…

Zza półokrągłych okien widać drzewa, DRZEWA! Ich liście… korony szeleszczą tysiącem zielonych skrzydeł. Wiatr się wzmaga. Idą moje tosty z jajkiem i kawą. Zapinam bluzę, żeby nie zabrudzić koszuli. Koszule zawsze się brudzą. Tosty do dupy tak jak kawa… Kobiety z usługi czyszczenia zerkają na mnie, później odwracają wzrok i ruszają przed siebie gęsiego… Ruch się wzmaga, glośnieje, tłumnieje, gęstnieje, męczy… Czas się zbierać. Z torbami, zakupami, jeszcze do banku… i po koszulę… Ale najpierw do banku… Niech to się już skończy.

Wrzesień gęstnieje

Obiecuję sobie pisać. Niezależnie, codziennie nawet bez fabuły. Stasiukiem, Perecem po prostu pisać. Iść przed siebie w myślach, robić to regularnie, jak zadaną pracę. Jak pierwszą zmianę. Jak pisarz. Daję sobie pozwolenie. Zmniejszam natłok mechanicznej orki na zarobkowych poletkach w sieci. Przyznaję sobie czas. Uznaję siebie. Piszę.

Wrzesień to już nie to samo co kiedyś. Bez początków roku stał się bardziej przystępny i ludzki. Mogę zerknąć z daleka na przebiegających przez pasy. Na matki ciągnące rozczochranych chłopców przebranych za dorosłych i dziewczynki w biało czarnych sukienkach przypominających panie od polskiego. I nie przejmować się ich losem. Ich rozczarowaniem.

Mogę patrzeć jak licealiści pomalutku przewijają się parkowymi ścieżkami, zamiatając szerokimi nogawkami pył unoszący się w powietrzu, osadzający się leniwie na przedziałkach ich pedantycznie wyprasowanych długich włosów i czarnych koszulkach na ramiączkach, upamiętniając odchodzące w niwecz, kolejne polskie lato. Uczniowie przeczuwają, że za fasadą tych sztucznie rozdymanych rozpoczęć i zakończeń, nie kryje się nic szczególnego. Nic czego już by nie wiedziały.

Wracam myślami do ścieżek przy lesie. Na niby wyjeżdżam z miasta. Drzewa i pokrzywy rzucają migotliwe cienie na taflę glinianej dróżki. Zarastanie toczy się klasycznie od zewnętrznych brzegów. Zieleń upomina się o swoje. Po prostu rośnie. Rozrasta się. Gęstnieje. Powiększa. Wylewa z zarysów za nic mając krańce wyznaczone przez ludzi. Zmienia odcienie. Połyskuje w prześwitach i ciemnieje pod czwartym liściem. A ja idę. I w tym dzikim szmaragdzie robi się naprawdę dobrze.