Archiwa tagu: fotografowanie i pisanie

Człowiek, który pojawia się na chwilę

O fotografii, przypadku i sztuce czekania

Wyobraźmy sobie miejsce, w którym na razie nic się nie dzieje. Schody, fragment placu, ścianę przeciętą cieniem. Światło dociera do pewnej granicy i urywa się tak równo, jakby ktoś przyłożył linijkę. Można już zrobić zdjęcie. Wszystkie elementy są na swoich miejscach.

Potem ktoś wchodzi w kadr.

Nie robi niczego szczególnego. Przechodzi, niesie torbę, na chwilę odwraca głowę. A jednak schody stają się drogą, plac — odległością do pokonania, cień — czymś, w co można wejść albo z czego można się wydostać. Przestrzeń otrzymuje kierunek. Zaczynamy wyobrażać sobie chwilę wcześniejszą i następną.

Fotograf czekał na człowieka. Nie wiedział, kto przyjdzie.

W tym niewielkim odstępie między zamiarem a zdarzeniem mieści się znaczna część tego, co interesuje mnie w fotografii. Także w pisaniu.

Miejsce przygotowane dla nieznajomego

W rozmowie z Urban Photographers Club Mark Fearnley opisuje swoją metodę bez mistyfikacji. Najpierw szuka kształtów, powtórzeń, linii i wyrazistego światła. Dopiero później czeka, aż w wybraną scenę wejdzie człowiek. Wymienia geometrię, kontrast, skalę, pojedynczą sylwetkę. Urban Photographers Club

To przesunięcie kolejności jest istotne. Zainteresowanie zaczyna się od miejsca, które może kogoś przyjąć.

Na jednej z fotografii otwierających jego galerię Human in Geometry (!) rozległe schody układają się w jasne i ciemne pasma. Wyżej biegną kolejne stopnie, ukośne podziały, poręcze. Postać znajduje się wysoko, niewielka wobec całej konstrukcji. Można przez chwilę oglądać ten obraz jak układ abstrakcyjny. Dopiero potem zobaczyć wysiłek, jaki ciało musi włożyć w pokonanie tych odległości.

Człowiek daje architekturze miarę. Stopień przestaje być kreską. Ma wysokość, którą trzeba unieść, przejść, przemierzyć stopami.

Fearnley ma za sobą praktykę malarską. W jego opisie pracy widać przywiązanie do budowania obrazu: najpierw dostrzega relacje między formami, potem szuka ich zetknięcia z ruchem. Urban Photographers Club Ale przechodzień wnosi coś, czego nawet najlepiej przygotowana kompozycja nie potrafi całkowicie przewidzieć. Własne tempo. Nierówny krok. Sposób trzymania ręki.

Dla fotografa jest przez moment elementem obrazu. Dla siebie pozostaje kimś, kto właśnie dokądś idzie.

Ta rozbieżność zasługuje na uwagę. Zdjęcie powstaje tam, gdzie przecinają się dwa zamiary. Tylko jeden z nich dotyczy zdjęcia.

Chwila ma swoje zaplecze

„Moment decydujący” łatwo wyobrazić sobie jako nagłe olśnienie: fotograf unosi aparat, świat układa się na ułamek sekundy, palec zdąża. W takim opisie znika jednak wszystko, co pozwoliło tę sekundę rozpoznać.

W definicji Henriego Cartier-Bressona, przytoczonej przez Metropolitan Museum of Art, znaczenie zdarzenia jest nierozłączne z organizacją form, które pozwalają je wyrazić. Szybkość naciśnięcia spustu nie wyczerpuje tej koncepcji. The Metropolitan Museum of Art

Warto spojrzeć na jego Hyères z 1932 roku. Fotograf patrzy z góry. Schody i poręcz prowadzą wzrok ku ulicy, gdzie pojawia się rowerzysta. Rozmyta ruchem postać przecina trwały układ linii. Zdjęcie mieści w sobie dwa tempa: geometrię, którą możemy spokojnie prześledzić, oraz przejazd, który już się kończy.

Sam obraz nie mówi nam, jak długo autor stał w tym miejscu. Pokazuje natomiast, dlaczego przeciwstawienie cierpliwej kompozycji i ulotnego zdarzenia jest zbyt proste. Chwilę rozpoznaje się w przestrzeni. Nawet najbardziej błyskawiczny gest ma swoje zaplecze: pozycję ciała, kierunek patrzenia, doświadczenie oka.

U Fearnleya oczekiwanie jest wyraźnie nazwaną częścią pracy. Fotograf podejmuje decyzję, żeby zostać. Nie iść jeszcze za róg. Nie uznać, że skoro nic się nie wydarzyło, należy poszukać lepszego miejsca.

Czekanie kosztuje, ponieważ przez cały czas można robić coś innego. Właśnie ta możliwość odejścia nadaje pozostaniu ciężar.

Nie ma jednak umowy, która gwarantowałaby nagrodę. Światło może zgasnąć. Ktoś zasłoni scenę. Nikt nie przejdzie tam, gdzie fotograf zostawił dla niego miejsce.

Oko, które czegoś oczekuje

W codziennym doświadczeniu widzenie wydaje się bezpośrednie. Miejsce leży przed nami, więc je widzimy. Gdyby coś ważnego się zmieniło, przecież byśmy zauważyli.

Badania nad percepcją komplikują tę pewność.

W eksperymencie Ronalda Rensinka, J. Kevina O’Regana i Jamesa Clarka z 1997 roku uczestnikom pokazywano naprzemiennie pierwotną i zmienioną scenę, rozdzielając obrazy krótkimi pustymi polami. Nawet duże, powtarzające się zmiany bywały trudne do wykrycia. Wskazówka słowna ułatwiała zadanie. To jeden z klasycznych pokazów ślepoty na zmiany. cs.ubc.ca

W badaniu Daniela Simonsa i Christophera Chabrisa osoby zajęte liczeniem podań piłki potrafiły nie zauważyć nieoczekiwanej postaci przechodzącej przez scenę. Był to inny problem: pominięcie widocznego, ale niespodziewanego zdarzenia podczas wykonywania zadania angażującego uwagę. journals.sagepub.com

Z kolei badania Michaela Posnera i współpracowników pokazały, że wskazówka dotycząca miejsca pojawienia się bodźca może skrócić czas jego wykrywania. PubMed

Nie wynika z tego, że piętnaście minut z aparatem poprawia ogólną sprawność uwagi ani że fotograf widzi więcej od innych. Eksperymenty dotyczyły określonych zadań i warunków. Pozwalają jednak podważyć wygodne przekonanie, że wszystko, co dostępne oczom, staje się automatycznie dostępne świadomości.

Dalej zaczyna się już interpretacja. Fotograf, który czeka przy jasnej ścianie na ciemną sylwetkę, przygotowuje uwagę na pewien rodzaj spotkania. Może dzięki temu szybciej je rozpoznać. Może też przeoczyć zdarzenie niepasujące do zamiaru.

Na przykład dwie osoby zamiast jednej. Albo czyjś bezruch tam, gdzie miał być płynny krok.

Cierpliwość ma więc trudniejszy aspekt: pozostać przy swoim kadrze, a zarazem dopuścić myśl, że warto go zmienić.

Jedna postać to jeszcze nie samotność

Tytuł The Art of Solitude, zapowiedziany w katalogu teNeues na jesień 2026, kieruje myśl ku osobności. teneues.com Kiedy jednak patrzymy na fotografię pojedynczego człowieka, łatwo przechodzimy od tego, co widoczne, do czegoś, czego obraz nie może potwierdzić.

Widzimy jedną postać. Myślimy – „osamotnienie”.

Tymczasem ktoś może wracać do ludzi, których kocha. Cieszyć się chwilą bez rozmowy. Odpoczywać od obecności innych. Osoba idąca obok mogła po prostu znaleźć się poza kadrem.

W galerii Light & Shadow Fearnleya jest fotografia ulicznego przejścia: ukośne pasy, drobna postać i wydłużony cień. Kompozycja wyodrębnia człowieka z otoczenia. Wyodrębnienie jest jednak właściwością obrazu; nie stanowi dostępu do jego życia wewnętrznego.

Susan Sontag w O fotografii zwraca uwagę na fragmentaryczność fotograficznego zapisu. Kadr wycina rzeczy z ich powiązań, a powstały obraz pobudza domysły, nie dostarczając sam z siebie pełnego wyjaśnienia. us.macmillan.com

Przed taką fotografią warto więc zatrzymać się jeszcze raz. Najpierw rozpoznać nastrój, któremu ulegamy. Potem zapytać, ile z niego przynieśliśmy ze sobą.

Ogromna ściana i niewielka sylwetka mogą kojarzyć się z bezradnością. Mogą też pokazać swobodę przemieszczania się, lekkość, chwilową ulgę od obowiązku bycia dla kogoś widocznym.

Człowiek w kadrze nie musi potwierdzać naszego smutku.

Przypadek otrzymuje miejsce

Pusta architektura również może opowiadać: śladami użytkowania, skalą, zamkniętymi wejściami. Pojawienie się postaci zmienia jednak rodzaj naszych pytań. Zaczynamy myśleć o czyimś „przedtem” i „potem”. Skąd idzie? Co zobaczył? Dlaczego zatrzymał się właśnie tutaj?

Nie wiemy. Mamy tylko pozycję ciała i fragment drogi.

Ta niewiedza uruchamia opowieść, lecz potrafi również ją zepsuć. Wystarczy zbyt szybko przydzielić przechodniowi gotową rolę: samotnika, wygnańca, człowieka zagubionego w nowoczesnym mieście. Żywa postać zostaje wtedy obsadzona w historii, którą znaliśmy jeszcze przed spojrzeniem na zdjęcie.

Roland Barthes w Świetle obrazu nazywa punctum to, co w fotografii osobiście dotyka oglądającego i narusza spokojny porządek odbioru. Nie jest to nazwa każdego mocnego punktu kompozycji. Sam fakt, że człowiek pojawił się między liniami budynku, nie czyni go jeszcze punctum. bpb-us-e1.wpmucdn.com

Dla kogoś dotkliwy okaże się drobiazg: układ dłoni przypominający gest bliskiej osoby. Ktoś inny przejdzie nad nim obojętnie. To, co fotograf przygotował, i to, co odbiorca wyniesie z obrazu, nie musi się pokrywać.

Przypadek działa po obu stronach aparatu. Najpierw ktoś niespodziewanie wchodzi w przestrzeń. Później zdjęcie trafia na czyjąś pamięć.

Dwa zegary

Na zdjęciu niewielkiej postaci wobec architektury można zobaczyć spotkanie dwóch zegarów. Jeden odmierza czas ścian, schodów i poręczy. Drugi — długość kroku, przejście przez plamę światła, chwilę potrzebną do zapięcia płaszcza.

Budynki także przemijają. Ich pozorna trwałość jest kwestią skali. Jednak w czasie ludzkiego przejścia schody pozostają niemal nieruchome. Wystarczająco długo, żeby czyjaś obecność wydała się krótka.

To napięcie nie wymaga kolizji. Wystarczy, że człowiek znajdzie się przy prawej krawędzi zdjęcia i wiemy, że za moment zniknie. Poza obrazem będzie szedł dalej. W obrazie pozostanie przy tej krawędzi.

Tak można czytać te fotografie: jako spotkanie czegoś względnie trwałego z czymś ruchomym, co nie zamierza zostać. Przechodzień nie wie, że fotograf potrzebuje go w tym miejscu. Przestrzeń także nie zatrzyma go na dłużej.

Dla zdjęcia ta krótka obecność okaże się wystarczająca.

Pisarz przy pustym placu

Czy można podobnie pisać?

Przygotować miejsce. Opisać odrapaną ławkę, zapach mokrego tynku, drzwi, które po zamknięciu jeszcze przez chwilę drżą w futrynie. Nie wiedzieć od razu, do czego ten opis prowadzi.

Potem pozwolić, żeby pojawił się człowiek. Albo gest, który zmieni proporcje całej sceny.

Ktoś wyjmuje z torby rękawiczkę, choć dzień jest ciepły. Ktoś zatrzymuje się przed domofonem i nie naciska żadnego przycisku. Na ekranie telefonu rozjaśnia się twarz.

To przykłady zmyślone. Ich zadaniem jest pokazać, jak drobna czynność może naruszyć gotowy opis. Miejsce zaczyna stawiać pytania, których sam układ ścian jeszcze nie stawiał.

W prozie łatwo wiedzieć za wcześnie. Zanim człowiek wejdzie na plac, autor zna już jego ranę, winę, sekret. Każdy szczegół musi wtedy posłusznie pracować na rzecz zakończenia. Rzeczy nie mają czasu ujawnić własnej dziwności.

Od fotografii można pożyczyć chwilową powściągliwość. Najpierw zobaczyć, że ręka zawisła przed domofonem. Dopiero później rozważyć powód. Zachować kilka możliwych wyjaśnień, zanim jedno z nich stanie się zdaniem.

Oczywiście pisarz może wymyślić to, czego fotograf nie zastał. Podobieństwo dotyczy więc pewnego etapu pracy: zgody, żeby konkretny szczegół zmienił wcześniejszy pomysł.

Zdanie również potrafi wejść w przygotowaną przestrzeń i pokazać, że czekaliśmy na coś innego, niż nam się wydawało.

Jedno miejsce, piętnaście minut

Można sprawdzić to bez wysiłku. Wybrać fragment ulicy, podwórza, parkowej alei. Miejsce, przy którym da się bez pośpiechu zostać przez kwadrans.

Najpierw obejrzeć je bez dopisywania historii. Zobaczyć, gdzie pada światło, co zasłania widok, w którą stronę biegną linie. Zrobić zdjęcie początkowe albo zapisać trzy zdania o tym, co faktycznie widać.

Potem zostać, poczekać.

Kiedy coś pojawi się w tej przestrzeni, zauważyć zmianę. Jak nowy element wpływa na skalę, kierunek, nastrój? Jeśli to człowiek — co robi i co dopowiadamy o nim wyłącznie na podstawie tej czynności?

Na koniec wybrać jeden obraz albo napisać krótki akapit, w którym znaczenie miejsca zmienia się pod wpływem drobnego zdarzenia. Bez obowiązku nazywania czyichś uczuć.

Jeżeli nic szczególnego się nie wydarzy, nie trzeba poprawiać tego kwadransa. Można zapisać, jak przesunął się cień i kiedy pojawiła się ochota odejścia.

A jeśli ktoś przejdzie, pozwolić mu przejść.

Za rogiem nastanie dalszy ciąg dnia. My zostaniemy przez chwilę ze schodami, na których przed momentem był człowiek.

Pod znakiem grzyba

Jesień zbliża się, przyspiesza. Za oknem deszcz. Wieczorne wichury ustały i ranek przywitał mnie miarowym kap kap o blaszany parapet. Ten rytm i szum rozjeżdżanych przez koła samochodów kałuż, uspokaja mnie najbardziej. Mój oddech wydłuża się, myśli układają się miarowo i logicznie. Spowalniam.

Miniony tydzień jawił się pod znakiem grzyba. Cała Polska wyruszyła z koszykami, hobokami* i reklamówkami po mięso tej ziemi, wydeptując nowe trajektorie ścieżek wokół nieszczęsnych sosen, brzózek i dębów. Relacje można oglądać, na każdym kanale telewizyjnym, i na każdym skrawku mediów społecznościowych jak Internet długi i szeroki. Grzyby, podgrzybki, maślaki, borowiki! Dywany usiane brązowymi kapeluszami na rolkach wysportowanych mężczyzn, z twarzami uradowanych dzieci w bluzach adidasa, ze skierowanym palcem w dół, wskazującym tu, i tu, i tu!

Temat wojny i dryfujących w wodzie dronów poszedł w odstawkę. I w zapomnienie odeszła Lalka, zarówno serial na Netfliksie, jak i premiera kinowa, która jeszcze nie nadeszła ale, wszyscy już dokładnie wiedzą, jak bardzo będzie spieprzona. Grzyby nie mają tego problemu. Grzyb do zrozumienia jest jasny i klarowny. Czerwony truje, brązowy karmi i rozkoszuje delikatne podniebienia, no chyba, że ktoś się pomyli, wtedy newsy przejmą specjaliści mykolodzy, okuliści, przyrodnicy, leśnicy, rady znawców, poruszone do głębi panie na ganku i Pan Henryk nam wyjaśni, powie wprost, bez ogródek, o tym, co nie należy powziąć – tych nieznanych – nie ryzykować! Wyrzucać, za siebie jak najdalej, bo żołądek ma się jeden, nie wspominając o wątrobie i innych organach.

I urosną słupki oglądalności jak po deszczu, jak nowe ceny paliw w tym całym podtrzymywanym na dwóch zapałkach gównodziennikarstwie. Zostawiając nas w przedpokoju nadchodzących zdarzeń niepewnych, strasznych i groteskowych zarazem bez możliwości ucieczki od nich i przed nimi.

Ciekawostka:

okazuje się, że słowo „hobok” nastręcza wielu kłopotów szanownym Internautom, jedni uważają wraz ze słownikiem SJP.pl, że w języku polskim taki wyraz nie istnieje, inni, że jest używany od lat i ma się dobrze. Dodam, że, w moim słowniku istnieje od dawna jako plastikowy pojemnik na farbę z metalowym uchwytem używany niemalże do wszystkiego…, ale dyskusja jaka się odbyła na ten temat w komentarzach jest nad wyraz ciekawa, zatem dzielę się komentarzami, ponieważ ubawiły mnie niezmiernie xD

hobok ✕*

nie występuje w słowniku  – hobok „hobok” „hobok” – x/twitter  


KOMENTARZE

madzia204xd # 2009-07-22

hobok- zamykany pojemnik metalowy o pojemności do 50 l wyposażony w dwa uchwyty do przenoszenia. Używany najczęściej w przemyśle lakierniczym i chemicznym.

chupakabra # 2011-12-03

No właśnie, są takie wyrazy jak jenotowa lub oposowa, ale nie ma szakalowa ani hienowa, ale czemu nie ma hobok, za opisem jak wyżej??? Literaki to jest wylęg słowotwórczych szkodników, grający w tę grę nie uczy się pięknego naszego języka polskiego, tylko koduje sobie w głowie jakieś dziwne słowa, nieprzydatne absolutnie w życiu codziennym. PRECZ Z OGŁUPIANIEM POLAKÓW!!!

~gosc # 2014-12-11

Hobok – plastikowe lub metalowe wiaderko z pokrywką (lub beczka z pokrywką) i uchwytem do przenoszenia. Najczęściej służy do przechowywania materiałów płynnych np. w przemyśle chemicznym (np. farby, lakiery, kleje), spożywczym (sosy, marynaty, koncentraty, pasty itp.) lub sypkich (granulaty chemiczne, przyprawy spożywcze). Najpopularnijesze pojemności: od 5 do 50 l.

~gosc # 2014-12-11

W Google po wpisaniu „obok” od razu pojawiły mi się zdjęcia hoboków. Więc słowo może być w słowniku.

~gosc # 2016-03-19

mój mąż też uważa ze hobok to słowo którego od dawna się używa i ze jest to własnie taki metalowy pojemnik.Nie rozumiem tego słownika. Skoro są tu rożne nawet potoczne wyrazy dopuszczone to dlaczego nie ma tego wyrazu????????????

~gosc # 2017-02-23

Prosimy o dodanie słowa HOBOK
hobok farby na przykład – wyraz istnieje w słowniku polskim

~gosc # 2020-02-14

jaki hobok? to śmietnik się nazywa

~gosc # 2020-04-04

Hobok to popawnie smietnik

~gosc # 2020-04-10

@~gosc: chyba masz na myśli hasiok…

~gosc # 2020-06-08

Hobok – uzywane w Wilkowie na Warmii i czesto slyszane na Starosielcach w Bialymstoku. Oznacza smietnik.

~gosc # 2022-04-26

Jaki hobok? ŚMIETNIK! Gdzie ty jesteś? Ty chyba u ciebie tam na wiosce tak gadali, a u mnie to Białystok to jest. Hobok? A, a, tam gdzie daszki duże, śmie-śmietniki stoją. A co, to jest hobok?

~gosc # 2022-04-29

A „tam na wiosce” nie mówią w języku polskim? Gwara to pełnoprawna regionalna odmiana języka. Zastanów się.

dodaj…”

Wracając do grzybów, są piękne i najlepiej wychodzą na zdjęciach, udanego grzybobrania!

Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby…

„But the only way for the bird to understand the fish is by swimming with them”,

„Jedyny sposób, by ptak zrozumiał ryby, to pływać razem z nimi” — mówi Nikołaj Ustinow, były agent KGB grany przez Kennetha Branagha, w filmie Mayday (polski tytuł: Katastrofa w duecie, 2026). Film wyreżyserowali John Francis Daley i Jonathan Goldstein. Kormoran staje się tu metaforą poznania obcego świata przez zanurzenie się w nim.

Czy kormoran rozumie świat ryb? Czy ma świadomość ich złożonego środowiska, czy porostu działa instynktownie, reagując wyłącznie na ruch? Tego do końca nie wiemy. Nauka nie daje gotowych odpowiedzi. Większości rzeczy możemy się tylko domyślać, a raczej z pokorą przypuszczać. Możemy być tylko obserwatorami. Dziękuję złożonym okolicznościom, sobie i światu, że mogę być obserwatorem.

W Dolinie Baryczy świt wyglądał zjawiskowo, nierealnie. Pomarańczowe światło przykryło całą „Wyspę kormoranów”, jak welon dobrej wróżki. Siedziały na wyschniętych gałęziach i wyglądały bardziej jak stado wygłodniałych kruków na ramionach przygarbionych czarownic, niż jak typowe ptaki z rozlewiska.

Niskie, chrapliwe krakanie, chrząkanie, kwiczenie oraz gardłowe rzężenie wydobywało się z ich haczykowatych dziobów. Zdradzały ich tylko te przykrótkie kacze łapki, te nieopierzone, płaskie błony nasadzone na szkielety palców. Gdyby nie one, te piękne czarne ptaki wyglądałby bardziej drapieżnie, srogo, a tak zdają się tyko dzikimi gęśmi. Jednak my, dobrze wiemy, co tam kipi pod piórami, że za tą niewinną maską, kryje się żarłoczna bestia, nad którą trudno zapanować.

Ten potwór żre, a jego żarłoczność przechodzi wszelkie granice wytrzymałości rybaków stawowych, ichtiologów wszelakiej maści oraz najbardziej zdesperowanej grupy, a mianowicie wędkarzy, którzy najchętniej nadziali, by ich tuszki na nieumyte pale i usmażyli na śmierdzącym koksowym grillu…

Ten potwór ma to jednak gdzieś bo „przekracza granice dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast, dostosowuje się do drugiego z nich”. Kormoran widzi pod wodą, a także słyszy, reagując spontanicznie na wszelaki ruch ryb.

Kormorany doskonale wiedzą jak reagują ławice ryb. Często polują stadnie, wykazując się zaawansowaną współpracą. Otaczają ławicę wspólnym frontem zagarniają ryby na płycizny lub w stronę brzegu. W mętnej wodzie celowo płoszą ryby w kierunku powierzchni, gdzie dociera więcej światła słonecznego, czyniąc ofiary całkowicie bezbronnymi. Do tego mogą wznosić się nad chmurami i spotykać się przy kawie z czarnymi braćmi i siostrami na, niewielkim skrawku ziemi, oddalonym od brzegu na tyle bezpiecznie, że budują tam swoje koszykowate gniazda. Rozmawiają o trudach dnia, patrzą w niebo, rozkładają szeroko czarne skrzydła i delektują się kolejnym wschodem słońca.

Z oddalonego brzegu patrzę wciąż na ten surrealistyczny obraz odbijający się w lustrze zimnej wody.

Wyspa i czarne sylwetki siedzące na suchych gałęziach swojego świata, kiedy ja wciąż głodna i bez kawy, muszę już wracać do swojego, zanim uniosą się mgły i świt rozkręci się na dobre.

Badania, poszukiwania

Najbardziej zaskakujące odkrycie jest takie: kormoran potrafi błyskawicznie nastawić wzrok po zanurzeniu, ale pod wodą wcale nie widzi wyjątkowo ostro. Jego sposób polowania opiera się także na bliskości, ruchu i prawdopodobnie innych sygnałach. Większość poniższych badań dotyczy kormorana zwyczajnego (Phalacrocorax carbo); tam, gdzie chodzi o inny gatunek, zaznaczam to osobno.

Co naprawdę widzi kormoran?

  1. Przestawia ostrość niemal w chwili zanurzenia. W badaniu kormoranów zwyczajnych zmiana ustawienia oka następowała w ciągu 40–80 milisekund od wejścia pod wodę. Badacze stwierdzili też, że oko ustawiało ostrość na obiekt znajdujący się bardzo blisko, mniej więcej w odległości długości dzioba. Ptak przekracza granicę dwóch żywiołów, a jego wzrok natychmiast dostosowuje się do drugiego z nich. journals.biologists.com
  2. Ta szybka zmiana nie daje mu „sokolego wzroku” pod wodą. W doświadczeniach mierzących rozróżnianie szczegółów ostrość widzenia kormoranów okazała się zaskakująco słaba: badacze porównali ją do wzroku człowieka patrzącego pod wodą bez maski. Zaproponowali obraz polowania bliższy czapli wypatrującej zdobyczy z bliska niż drapieżnemu ptakowi dostrzegającemu ją z daleka. Zdolność ustawienia ostrości i zdolność rozróżniania drobnych szczegółów to dwie różne rzeczy. journals.plos.org
  3. Mętna woda szybko odbiera mu informacje. W innym eksperymencie kormorany wykrywały ryby wzrokiem, lecz skuteczność spadała wraz z odległością i zmętnieniem wody. W testowanych warunkach radziły sobie lepiej niż przypadek nawet przy rybie oddalonej o ponad trzy metry, więc nie należy zamieniać wcześniejszego porównania z ludzkim wzrokiem w sztywną zasadę „widzi tylko na metr”. To, co ma zobaczyć, i w jakiej wodzie, ma znaczenie. The Company of Biologists

Co dzieje się poza wzrokiem?

  1. Kormoran słyszy również pod wodą. Badanie słuchu kormoranów zwyczajnych potwierdziło odbieranie przez nie podwodnych dźwięków. To nie dowodzi jeszcze, że podczas polowania lokalizują ryby słuchem. Daje natomiast mocny powód, by nie opisywać ich podwodnego świata jako wyłącznie obrazu: jest w nim także dźwięk. The Company of Biologists
  2. Polują nawet podczas nocy polarnej. Obserwacje kormoranów zwyczajnych nurkujących w takich warunkach skłoniły badaczy do postawienia pytania, czy przy zdobywaniu pokarmu korzystają również z sygnałów innych niż wzrok. Które sygnały i jak dokładnie wykorzystują, nie zostało tym badaniem rozstrzygnięte. To jedna z najbardziej intrygujących luk: wiemy, że schodzą po ryby w ciemność, ale nie wiemy jeszcze w pełni, jak odnajdują tam zdobycz. PMC
  3. Kamera umieszczona na ptaku pokazała polowanie z jego perspektywy. U kormoranów cesarskich, a więc innego gatunku, nagrania z miniaturowych kamer pozwoliły badaczom obserwować poszukiwanie pokarmu pod wodą i środowisko, w którym ptaki to robią. To cenna inspiracja dla tematu „sposobów widzenia”: po raz pierwszy człowiek może zobaczyć fragment polowania z miejsca, w którym znajduje się ptak. Kamera pokazuje jednak obraz przed sobą, nie odtwarza tego, jak ptak go postrzega. PMC

Jest jeszcze jeden szczegół, który komplikuje obraz kormorana jako idealnej „maszyny do nurkowania”: jego pióra nie działają jak szczelny kombinezon. Badania struktury piór wskazują, że podczas głębszego nurkowania woda może przenikać przez ich zewnętrzną strukturę. Ptak zyskuje dzięki temu inne warunki zanurzenia, ale płaci cenę za przebywanie w wodzie utratą ciepła. pubmed.ncbi.nlm.nih.gov

Kormoran nie poznaje świata ryb z wysokości. Zanurza w nim własne ciało i godzi się na to, że nawet wtedy nie zobaczy wszystkiego.

Nie zapomnij o świcie

Pędziłam na złamanie dębową alejką przed mgłami rozpościerającymi się na powierzchni stawów. W oddali odgłosy byków z rykowiska jak przeciągane grube tony niedźwiedzi. Nad wszystkim rozlewa się dzika kakofonia gęsi, kormoranów, czapli. Gdzieś w szóstym tle słyszę pojedyncze trąbienie żurawi. Coś czuję, że z nimi znowu się dzisiaj nie uda. Przyspieszam, przede mną chłopak i dziewczyna, pewnie zajmą najlepsze miejsce, rozłożą te długie tuby na czarnych patykach statywów i zobaczą spektakl w całej okazałości.

Muszę iść dalej, dotrzeć do wyspy, tam są wszystkie gatunki razem, szansa na zbliżenie tych monstrualnych dziobów wystających znad trzcin… jak dinozaurów we mgle jest większa zwłaszcza dla aparatu z ręki.

A parka, tych dwojga ku mojemu zdziwieniu rozkłada kocyk, wyciąga termos z kawą i dwie kolorowe filiżanki. Siadają i patrzą w stronę…, właśnie, w stronę wschodu. Wyciągają komórki. No tak, wschód. Jak można, o nim zapomnieć. Jak można zapomnieć o wschodzie!

Wschód w tej krainie ptaków jest królem jeśli nie Bogiem. Przynosi czerwone światło, rozkłada delikatnie na tafli, rozpuszcza i rozciąga na falach, w miliardach podskakujących rozbłysków. Odbija się na brzegach tych dziwacznych filiżanek, które utkwiły w mojej głowie. Przystaję i widzę spokojną pomarańczową kulę wydobywającą się z pomiędzy koron drzew, zaczyna się… Przystaję. Ta chwila… Jak płomień zostaje w każdej tkance. Wyciągam aparat strzelając serię za serią zanim odwrócę się i pójdę przed siebie zostawiając spektakl ludziom z filiżankami.

Dolina Baryczy, sobota, 19.09.2026