„Is it time? Does it hurt?” — „Już czas? Czy to boli?”
To pytanie pojawia się w Aniołach Denisa Johnsona. Powieści, która zaczyna się jak historia o złych życiowych wyborach, a kończy w miejscu, z którego nie ma już żadnego wyjścia.
Bill Houston zostaje skazany na śmierć.
Johnson prowadzi go aż do komory gazowej. Nie zatrzymuje się przed drzwiami, jak robi to wielu pisarzy. Idzie dalej — w stronę ostatniego oddechu.
Bill orientuje się, że właśnie wziął ostatni wdech swojego życia. Znajduje się, jak pisze Johnson, gdzieś „w ciemności pomiędzy uderzeniami serca”. Czeka.
Następnego uderzenia już nie będzie.
I teraz nie myśli o sobie.
Postanawia pomodlić się za innego człowieka.
To jedno z najbardziej przejmujących zakończeń współczesnej literatury amerykańskiej. Nie dlatego, że wyjaśnia śmierć.
Dlatego, że niczego nie wyjaśnia.
Pozostawia człowieka w tej niewyobrażalnie małej przestrzeni pomiędzy jednym uderzeniem serca a drugim. (The Guardian)
Człowiek, który zna godzinę swojej śmierci
Większość z nas wie, że umrze.
Ale jest to wiedza osobliwa.
Abstrakcyjna.
Śmierć znajduje się gdzieś za wszystkim, co planujemy.
Najpierw poniedziałek. Następnie lato. Następna książka. Rachunki. Wyjazd. Telefon do kogoś. Obiad. Praca. Jeszcze jedno zdjęcie. Jeszcze jedna rzecz, którą trzeba zrobić.
Nasze życie psychiczne jest właściwie zbudowane z przyszłości.
Potem.
Skazany, któremu wyznaczono termin egzekucji, znajduje się w sytuacji radykalnie odmiennej.
Przyszłość ma widełki.
Nie: kiedyś umrę.
Ale:
w środę rano.
Co dzieje się wtedy z człowiekiem?
Intuicja podpowiada, że musi pozostać wyłącznie przerażenie. Tymczasem badania ostatnich wypowiedzi ludzi stojących bezpośrednio przed egzekucją przynoszą wynik znacznie bardziej skomplikowany.
W analizie 79 ostatnich wypowiedzi więźniów straconych w Teksasie najczęstszym motywem była miłość — obecna w 82 procentach wypowiedzi. Duchowość pojawiała się w 52 procentach, żal w 39 procentach. (PubMed)
Późniejsza analiza obejmująca lata 2002–2017 dała podobny obraz: miłość — 78 procent, duchowość — 58 procent, żal i przeprosiny — po 35 procent. (PubMed)
Jeszcze inne badanie przeanalizowało komputerowo ostatnie słowa 407 skazanych. Ponad 80 procent wypowiedzi zawierało więcej słów wyrażających emocje pozytywne niż negatywne. Charakterystyczne było również przesunięcie języka ku teraźniejszości i relacjom z innymi ludźmi, a nie ku samej śmierci. (Frontiers)
Jakby na samym końcu ogromna część świata nagle odpadała.
Zostaje:
kocham.
przepraszam.
wybaczam.
dziękuję.
jestem tutaj.
Czy to będzie bolało?
Nie znaczy to, że człowiek przestaje się bać.
Badania ludzi terminalnie chorych pokazują coś zupełnie innego. Lęk dotyczy bólu, utraty kontroli, rozstania z bliskimi, zanikania własnego „ja” i czegoś jeszcze trudniejszego do nazwania:
nieznanego.
W jakościowym badaniu osób z zaawansowaną chorobą nowotworową pacjenci mówili o przerażeniu możliwością cierpienia przed śmiercią, ale również o dziwnej niemożności wyobrażenia sobie własnego nieistnienia.
Świat będzie.
Mnie nie będzie.
Umysł potrafi wypowiedzieć to zdanie, ale nie bardzo potrafi je sobie wyobrazić. (DOI)
Dlatego pytanie z Aniołów jest takie ludzkie.
Czy to boli?
Cała metafizyka śmierci zostaje nagle sprowadzona do ciała.
Możemy czytać Heideggera, Epikura, stoików. Możemy mówić o duszy, wieczności, nicości i przeznaczeniu.
A człowiek może na końcu zapytać po prostu:
czy będzie bolało?
30 września 2026
Tego dnia w Tennessee miała zostać stracona pięćdziesięcioletnia Christa Pike, skazana za zabójstwo 19-letniej Colleen Slemmer w 1995 roku.
Procedura była zaplanowana.
Prawo zrobiło wszystko, co ludzie robią, kiedy próbują wyeliminować nieprzewidywalność.
Jest wyrok.
Termin.
Pomieszczenie.
Personel.
Protokół.
Substancja.
Dawka.
Świadkowie.
Człowiek zostaje unieruchomiony, a następnie rozpoczyna się procedura, której wynik wydaje się najbardziej przewidywalnym wynikiem na świecie.
Śmierć.
Pike otrzymała pentobarbital.
Nie umarła.
Podano kolejną dawkę.
Nadal żyła.
Świadkowie opisywali odgłosy przypominające ciężki oddech lub chrapanie. Egzekucję ostatecznie przerwano. Pike przewieziono do szpitala. Według informacji z 2 października pozostawała nieprzytomna, podłączona do respiratora i znajdowała się w stanie krytycznym. (Reuters)
Jej ręce były poważnie uszkodzone.
Najbardziej przyziemne wyjaśnienie jest jednocześnie najbardziej prawdopodobne: wystąpiły problemy z dostępem dożylnym i lek przedostał się do tkanek zamiast prawidłowo do krwiobiegu. (Reuters)
Nie potrzeba więc anioła.
Nie potrzeba Mojry przecinającej niewłaściwą nić.
Nie potrzeba niewidzialnej ręki odciągającej człowieka od śmierci.
Wystarczy ciało.
Żyła.
Igła.
Tkanka.
Błąd.
A jednak historia nie chce się na tym skończyć.
„Widocznie to nie był jego czas”
Wyobraźmy sobie inną sytuację.
Człowiek spóźnia się na samolot.
Powód jest banalny. Budzik nie zadzwonił. Samochód nie chciał zapalić. Na drodze korek.
Samolot startuje.
Potem dochodzi do katastrofy.
Nagle zepsuty samochód przestaje być zepsutym samochodem.
Staje się znakiem.
„Coś mnie zatrzymało.”
„Miało mnie tam nie być.”
„Widocznie jeszcze nie był mój czas.”
Co właściwie wydarzyło się pomiędzy awarią samochodu a tą myślą?
Zmieniła się nie przyczyna.
Zmieniło się znaczenie.
Psychologia zna ten mechanizm.
W serii eksperymentów badacze prosili ludzi o wyobrażanie sobie alternatywnego przebiegu ważnych wydarzeń z własnego życia.
Co by było, gdybym wtedy tam nie poszedł?
Gdybym nie spotkała tej osoby?
Gdybym wybrał inną drogę?
Okazało się, że takie myślenie kontrfaktyczne zwiększało poczucie znaczenia wydarzenia. Jednym z mechanizmów prowadzących do tego efektu było pojawienie się przekonania o losie:
„tak miało być”. (PubMed)
Jeszcze inne badania pokazują, że ludzie mają skłonność do przypisywania ważnym wydarzeniom życiowym celu — że wydarzyły się po coś. Tendencja ta nie ogranicza się wyłącznie do osób religijnych. (PubMed)
Przypadek jest dla ludzkiego umysłu trudny.
Znaczenie jest kotwicą.
Mojry już to wiedziały
Być może dlatego przeznaczenie jest jednym z najstarszych pomysłów człowieka.
Grecy mieli Mojry.
Kloto przędła nić życia.
Lachesis ją mierzyła.
Atropos przecinała.
Nawet bogowie nie zawsze mogli przeciwstawić się temu porządkowi.
Później stoicy stworzyli znacznie bardziej wyrafinowaną wersję podobnej intuicji.
Los nie musiał oznaczać kapryśnego bóstwa przesuwającego ludzi po planszy.
Mógł być łańcuchem przyczyn.
Jedno wydarzenie wynika z poprzedniego, to z wcześniejszego i tak dalej. Stoickie fatum opisywano właśnie jako naturalny, nieprzerwany porządek przyczyn, w którym jedno zdarzenie następuje po drugim. (Stanford Encyclopedia of Philosophy)
To niezwykle współczesna myśl.
Może przeznaczenie nie potrzebuje żadnej nadprzyrodzonej siły.
Może wystarczy nieskończona liczba przyczyn, których nie jesteśmy w stanie uchwycić.
Spinoza i człowiek, który nie widzi sznurków
Spinoza poszedł jeszcze dalej.
Dla niego w naturze nic nie było naprawdę przypadkowe. Każde zdarzenie miało swoje przyczyny, a one miały wcześniejsze przyczyny.
Człowiek uważa siebie za wolnego między innymi dlatego, że widzi swoje pragnienia i decyzje, ale nie widzi całego szeregu przyczyn, które doprowadziły go właśnie do nich.
Nie stoimy poza naturą.
Jesteśmy wewnątrz niej.
Jednym z jej zdarzeń. (Stanford Encyclopedia of Philosophy)
Z tej perspektywy zepsuty samochód przed katastrofą lotniczą nie jest ani cudem, ani „znakiem”.
Jest kolejnym ogniwem.
Tylko człowiek, patrząc wstecz, zaznacza je czerwonym kółkiem.
Tutaj.
Tutaj coś zdecydowało o moim życiu.
Ale dlaczego czerwone kółko pojawia się właśnie tam?
Bo człowiek nie tylko doświadcza świata.
Człowiek bezustannie go interpretuje.
Psychologia poznawcza pokazuje, że potrafimy dostrzegać wzory nawet w danych powstałych losowo. Skłonność do widzenia takich wzorców wiąże się między innymi z przekonaniami nadprzyrodzonymi. (PubMed)
Nie oznacza to, że każde doświadczenie sensu jest złudzeniem.
To znacznie subtelniejsza sprawa.
Oznacza jedynie, że umysł jest urządzeniem poszukującym znaczenia.
Być może musiał nim zostać.
Świadomość własnej śmierci jest niezwykłym ciężarem poznawczym. Teoria opanowywania trwogi — terror management theory — zakłada, że świadomość nieuchronności śmierci uruchamia mechanizmy, dzięki którym podtrzymujemy światopoglądy, wartości i znaczenia pozwalające nam żyć pomimo tej wiedzy. (Słownik APA)
Wiemy, że umrzemy.
A mimo to rano nastawiamy budzik.
Kupujemy książkę, której jeszcze nie przeczytaliśmy.
Sadzimy drzewo.
Robimy plany.
Mówimy komuś: do zobaczenia…
Im bliżej śmierci, tym mniej śmierci?
Jedno z najdziwniejszych odkryć pojawiło się w 2017 roku.
Badacze porównali ludzi, którzy wyobrażali sobie własną rychłą śmierć, z ludźmi rzeczywiście do niej zbliżającymi się.
Analizowano blogi osób terminalnie chorych na nowotwory i ALS oraz ostatnie słowa więźniów przed egzekucją.
Ludzie wyobrażający sobie śmierć przewidywali znacznie więcej negatywnych emocji.
Tymczasem język osób znajdujących się blisko śmierci był średnio bardziej pozytywny i mniej negatywny. W blogach osób terminalnie chorych wraz ze zbliżaniem się śmierci wzrastała nawet liczba pozytywnych słów. (Sage Journals)
Nie znaczy to:
śmierć nie jest przejmująca.
Znaczy:
może źle wyobrażamy sobie człowieka stojącego przed śmiercią.
Wyobrażamy sobie, że cały jego umysł zostanie zajęty przez śmierć.
Tymczasem on może myśleć o miłości.
O człowieku stojącym za szybą.
O Bogu.
O przebaczeniu.
O bólu ręki.
O tym, żeby powiedzieć komuś ostatnie zdanie.
Być może psychika robi wtedy coś, czego człowiek obserwujący śmierć z bezpiecznej odległości nie potrafi przewidzieć.
Świat ogromny kurczy się do ziarenka zamkniętego w dłoni.
A potem ktoś nie umiera
I tu historia Pike staje się niepokojąca.
Nie dlatego, że dowodzi istnienia przeznaczenia.
Nie dowodzi.
Medycyna może wskazać mechanizm.
Prawo może wskazać błąd proceduralny.
Farmakologia może wyjaśnić działanie pentobarbitalu.
Każde kolejne pytanie może otrzymać kolejną przyczynę.
Ale pozostaje pytanie innego rodzaju.
Nie:
jak to się stało?
Tylko:
co to znaczy?
Nauka jest znakomita w odpowiadaniu na pierwsze pytanie.
Drugie należy do człowieka.
Dlatego przez tysiące lat wymyślaliśmy fatum, Mojry, opatrzność, przeznaczenie, szczęście, pecha, znaki, synchroniczność, „drugie życie” i zdanie powtarzane w niezliczonych wersjach:
widocznie jeszcze nie był jego czas.
Nie dlatego, że potrafimy udowodnić istnienie niewidzialnej siły.
Dlatego, że niezwykle trudno jest przyjąć, iż wydarzenie, które zmieniło całe nasze życie, mogło samo w sobie niczego nie znaczyć.
Ciemność pomiędzy uderzeniami
I dlatego wracam do Denisa Johnsona.
Bill Houston znajduje się w ciemności pomiędzy jednym uderzeniem serca a następnym.
Nie dostaje odpowiedzi.
Nie poznaje konstrukcji wszechświata.
Nie dowiaduje się, czy jego życie było częścią planu.
Nie otrzymuje dowodu na przeznaczenie.
Robi coś subtelnego.
Myśli o drugim człowieku.
Właśnie to jest niezwykłe w badaniach ostatnich słów.
Na granicy, na której spodziewalibyśmy się absolutnego „ja” — ja umieram, ja znikam, mnie za chwilę nie będzie — tak często pojawia się ktoś inny.
Kocham cię.
Wybacz mi.
Dziękuję.
Pamiętaj o mnie.
Może największą tajemnicą nie jest to, dlaczego czasami człowiek, który powinien umrzeć, nadal żyje.
Może tajemnicą jest to, co robi ludzki umysł, kiedy wie, że nie będzie już żadnego jutra.
A przeznaczenie?
Nie wiem.
Może jest siłą.
Może łańcuchem przyczyn.
Może przypadkiem.
Może opowieścią, którą nakładamy na chaos, żeby można było w nim przetrwać.
Jednak czasami wydarza się coś, co daje się dokładnie wyjaśnić — żyłą, igłą, korkiem na drodze, spóźnionym pociągiem, jednym przypadkowym telefonem —
i mimo wszystkich wyjaśnień pozostaje w nas ciche, niewygodne wrażenie:
jakby historia miała potoczyć się właśnie tak.