Archiwa tagu: #creative-writing

Moja walka z codziennym brudem bez sensu a jednak

Sny znowu jawią się niepewne. W ucieczkach, poszukiwaniach i niepokoju. Słoneczne miasto może we Włoszech, piaskowe mury i jasne olbrzymie drzwi do wielkiego budynku, z którego wychodzę a później wracam w szaleńczym biegu, poszukując wielkich drewnianych drzwi, które nie wiadomo dlaczego chowają się w zakamarkach zagięć murów. Chyba ktoś mnie goni. Napięcie rośnie i rośnie. Przyspieszam.

Dobrze chociaż że świeci słońce i wątła nadzieja w maleńkim przeczuciu tli mi się nieśmiało za uszami, że to tylko jakieś terminy, należności, zobowiązania. To mnie goni. A jednak pod postacią ludzką jednak ona mi się nie manifestuje.

Środkiem ulicy przechodzi szeroko kolumna ludzi w niebiesko żółtych ubraniach, z plakietkami na szyjach, zawieszonych na długich smyczach. Wyglądają jak ekipa filmowa i chyba tym właśnie są. Kobieta z blond włosami upiętymi w niedbały kucyk, z widocznymi czarnymi odrostami wysuwa się przed szereg… I to chyba wszystko. Zagubienie i strach z nutą wakacyjnych wrażeń. Takie emocje zapamiętuję z tego nie wiadomo czego. Miasto i słońce. Brązowe drzwi. Nie było aż tak źle, ale jednak.

Słońce wlewa się przez pokój chłopców na podłogę oświetlając białe framugi. Cisza. Na cyferblacie czarnego zegarku 6:05. Jeszcze nie wiadomo czy pojedziemy dzisiaj na bagna. J. twierdzi, że jest za chłodno, a ogrzewanie wyziębionych pomieszczeń kosztuje fortunę a więc zostaje tylko odpoczynek przy Netfliksie i cydrze z chipsami. Ale najpierw piątek gospodarczy.

Kurze niewycierane od dwóch tygodni zalegają na półkach i podłogach. Dzisiaj dostaję baty za nieregularność prac ścieralniczo-porządkowych. kręgosłup pierdolnie jak nic. Najpierw jednak przygotowania szkolne. Śniadanie, ciuchy, kłótnia, łazienka… Później cisza. Lekka wibracja po wyjściu. Ptaków śpiew za oknem. Chwila zastanowienia. Ściągnięcie się w sobie i branie się w garść, odnajdowanie siły i branie się za to czego od lat nie cierpię.

Jak dorobię się godnych pieniędzy oddeleguję te czynności komuś innemu. Na te słowa zwykle wywołuję śmiech u J. , który wtedy mówi, że i tak sam to zrobi. Co się zwykle dzieje, kiedy nie ma siły zająć się domem na bagnach. Nie da zarobić pracowitym sprzątaczkom a zła karma dopada właśnie mnie. Gdyby nie posprzątał i nie zakonserwował wszystkich urządzeń rurowo-przepływowo-gazowych pewnie nie jeździlibyśmy tam na weekendy. Chwała mu za to. Sprzątanie dwóch chałup wykracza poza mój fizyczny potencjał. Sprzątanie wysysa ze mnie energię, pozbawia spokoju, męczy niemiłosiernie swoją cyklicznością i bezsensem powtarzalności, o niesprawiedliwości bycia kobietą nie wspomnę.

Jednak po wycieraniu, myciu, układaniu i szorowaniu przychodzi taki dziwny moment oczyszczenia, który przez krótki czas daje jakąś dziwną rekompensatę za włożony trud. Uczucie, że jednak Wszechświat mi sprzyja, że widzi moje zmagania i walkę, a nawet przytula moją rozedrganą i w kółko zmęczoną duszę do swojego wielkiego serca. Ale ta chwila jest stanowczo za krótka i stanowczo niewarta mojego wysiłku nawet, kiedy ruchy naprzemienne generują lepszą pracę mózgu. To stanowczo za mało.

Świat składa się z brudu. Z brudem walczymy nieustannie każdego dnia w naszych domach i umysłach; w pracy; w szkole i na ulicach. Kiedy skończysz ktoś znowu wszedł do sieni i narobił śladów z błota. Wściekasz się i zaczynasz cały proces od nowa. Zapominasz, że najpiękniejsze kwiaty wyrastają na błocie, na bagnie, na śmietnikach. Jednak to żadne pocieszenie kiedy sprzątaniu nie ma końca. Nie jesteś tym kwiatem tylko sprzątaczką. Chwytasz się myśli końcowej. Dalej szukasz pocieszenia i sensu. Tam też nic. Głucho.

Dlatego na prace gospodarcze wybieram piątek. Może to nieintuicyjne ale piątek sam w sobie jest pocieszeniem. Jest obietnicą wolności i zmiany. Po najgorszym przyjdzie lepsze, a wszystkie cykle przeciążeń i nadwyrężeń zamkną się w jednym dniu. Jutro jawić się będzie słonecznym odpoczynkiem i zakwasami. Bez sensu a jednak.

Dzikie łąki są jak sny

Dzień się rozkręca w rosnącej z minuty na minutę temperaturze. Szum aut przelatuje za oknem. Czasem cichnie i słychać nasilający się szczebiot ptaków. Tutaj królują miastowe kosy i szpaki. Leżę i patrzę na czarną tarczę zegara. Wskazówki stworzyły z białych wskazówek prostą prostopadłą dzieląc czarny okrąg na pół. Niby wcześnie a już w głowie za późno. Wtorek chichocze nadmiarem zadań. Poniedziałek sprawił się dobrze. Płynnie wypełnił całą przestrzeń i odhaczyłam wszystkie zadania. Dzisiaj czuję zmęczenie. A jednak wczoraj za dużo wszystkiego. Spadek energii. Mobilizuję siły ale dalej tkwię w miejscu. Może za chwilę uda mi się zacząć ale jeszcze jeszcze… Przepływam myślami. Znowu jestem wodą. Wylewam się z zakamarków i docieram do najmniejszych zagięć w ścianach. Zaraz mnie nie będzie, zaraz się rozpłynę zaraz rozpuszczę. Wspominam łąkę. Dzikie łąki są jak kolorowe sny.

W niedzielę przywitałam świt na dzikiej łące. W zasadzie to pole rzepaku przeplatane czerwienią maków i błękitem chabrów. Na pędach pojawiły się rurkowate strąki z nasionami, którymi obżerają się ptaki różnej maści. Grubodzioby, dzwońcie, szczygły, makolągwy, trznadle cytrynowe, szare a nawet mazurki. Nad wszystkim unosi się mgła. Trawa chlupie od rosy. Wlewa się z każdym krokiem do moich kaloszy. Błotniak a może myszołów kołuje nad głową. W oddali kłócą się kruki. Czasem słychać od strony Dzierżoniowa klangor żurawi. Niestety nigdy ich nie widzę.

Czaple lecą parami nad staw polować. Z nad rzepaku gdzie nie gdzie unoszą się rogi z czujnymi uszami koziołków i saren. Ich maluchy jeszcze nie wystają nad powierzchnię zielonej masy więc bezpiecznie buszują w zbożu. Na końcu polnej ścieżki zagulgotał bażant. Zawsze w bezpiecznej odległości. Zawsze czujny i nadmiernie spanikowany. Gotowy do wrzaskliwego chaotycznego lotu w ciągłym lęki i popłochu. Najgłośniejsze stworzenie mglistego poranka.

Żołny dzisiaj nie siedzą na drutach, szkoda. Przede mną i tak morze możliwości. Przestrzeń wypchana jest ptakami po brzegi. Coś zawsze wpadnie. Kadr rozciąga się aż pod Ślężę – górę mgieł. Nie mam kiedy na nią się wdrapać. Żałuję ale nieznacznie. Wolę po zdjęciach rozciągać kości na tarasie w promieniach słońca. Medytować w zieleniach moich świerków. Nagrzewać się do czerwoności aż stawy zaczną działać jak nowe. Pozwalam nastrojowi podnosić się i wibrować na najwyższym możliwym poziomie. Podziwiać siłę rozkręcającego się poranka aż do południa kiedy wszyscy ruszą do swoich mniej lub bardziej potrzebnych weekendowych zajęć. Ja już jestem po…

Kos dla dusz

Podobno ptaki zastygające na gałęziach przechowują ludzkie dusze.

Mojego kosa obserwuję na czubku drzewa przed oknem. Siada tam każdego ranka, od tygodnia. Próbowałam już nie raz sfotografować jego czarne ciałko ale gdy wracam z aparatem już go nie ma.

Podobno ptaki przenoszą ludzkie dusze. Transportują je z naszego świata do innego. Są naczyniami. Pojemnikami na zużytą jaźń. Mam nadzieję, że nie jest im cieżko w tym procesie, w tej wędrówce.

Tak, istnieją legendy, baśnie i wierzenia z różnych kultur, w których ptaki są uważane za istoty, które przenoszą ludzkie dusze po śmierci. Na przykład w mitologii greckiej istnieje wiara, że dusze zmarłych mogą przekształcać się w ptaki, takie jak sowy lub jastrzębie. W mitologii egipskiej wierzyło się, że dusze zmarłych podróżują do krainy zmarłych na barkach prowadzonych przez boginię o imieniu Maat. W wielu kulturach również wierzono, że ptaki, zwłaszcza orły, są pośrednikami między ludźmi a bogami. Te wierzenia odzwierciedlają różnorodność kulturową i sposób, w jaki ludzie interpretują życie i śmierć.

Kiedy w po covidowych powikłaniach nasz sąsiad leżał w śpiączce. Na czubek świerku przed moim balkonem przylatywał kos. Siedział dumny i jakiś taki spokojny. Patrzyłam w jego czarne oczka z charakterystyczną żółtą obwódką gdy wywieszała pranie. On siedział i milczał. Energia zastygała na chwilę razem z nim. Robiło się dziwnie. Być może tylko mojej głowie. Takie duże stop. Pauza w przewijające się taśmie życia.

Po tygodniu zobaczyłam klepsydrę na drzwiach wejściowych do naszej klatki. Sen farmakologiczny zamienił,się w sen wieczny. Nigdy nie zobaczymy już sąsiada.

Kos więcej się nie pojawił. Teraz zastępują go zielone sikorki.

W niektórych folklorach kosy są postrzegane jako przewoźnicy dusz zmarłych do zaświatów lub krainy zmarłych. Na przykład, w mitologii słowiańskiej kosy czasem były uważane za istoty, które przewoziły dusze zmarłych do świata zaświatów.

Nie odnalazłam żadnych potwierdzeń. Kto wie, może jeszcze nie trafiłam na właściwe księgi. Tak niewiele wiemy o mitologii Słowian. Dopiero wraca do łask.

Wszystko będzie toczyć się kołami i cyklami do kolejnego zastygnięcia, zaśnięcia…

Dzisiaj jakby niestrawność po wczorajszym smażonym serze. Pokuta za przysmaki dopadła mnie już przy końcu spaceru a wiosna była malownicza tego roku. Ulice odziane w zielone wybuchy niespodziewanej zieleni. Jest przepięknie gdy czuć zapachy miodowego aromatu unoszącego się wzdłuż ulic prowadzących do sklepów w moim mieście. Pnącza kwitnące na fioletowo wypychają się poza płoty wylewają z nowymi jaskrawszymi falami zieleni. Wystają przez pręty dziurki od klucza starych metalowych bramek czyniąc z nudnych zakamarków zaczarowane ogrody. Teraz ptaki to istne szaleństwo śpiewów, pisków i krzyków. Nikną gawrony a na ich miejsce pojawiają się rudziki, dzwońcie, trznadel i jaskółki. Na polach dalej królują skowronki.

Słońce daje wreszcie światło, które zamienia kadry w kolorowe obrazki bardziej intensywne niż jeszcze przez paroma dniami. Światło przyspiesza każdy proces. Podbija scenariusze zwierzęcych perypetii w parkowych zakamarkach.

Motyle przywołują lato razem z niebieskawymi chaszczami wylegającymi na chodniki nie licząc czerwono czarnych mas nakrapianych wagoników przyklejonych do siebie na dolnych partiach drzew.

Wszystko ruszyło i zmienia jasnozielone na ciemnozielone. Jest jakby letnio. Jak w lecie. Wiosna znowu załapała się tylko na tydzień, no może na dwa i to wszystko. Pory roku zaczęły przeskakiwać, a nie jak wcześniej przepływać w kilku nawrotach jak fale oceanu. Teraz jest czas skoków. Zmian jak w metamorfozie koników polnych. Zrzucania powłok. Powiększania się. Skokowego przybierania na wadze. Poranki jeszcze rześkie ale już niedługo będą gorącym przedsionkiem upałów. Dobre deszcze będą odtąd przynosić parowe chmury zalegające nad rzepakiem. Obrazy same będą się produkować w kadrach bez udziału człowieka. Jedynie człowiek z zachwytem będzie mógł się nad nimi pochylić lub przejść obojętnie bez refleksji.

Kosy nadal będą szaleć w dołkach ściółki wygrzebując podziemne stworzenia, którymi napchają brzuchy swoich dzieci. Wszystko będzie toczyć się kołami i cyklami do kolejnego zastygnięcia, zaśnięcia. Dobrze, że to początek rozkwitu. Po bzach przyjdą maki. A później czereśnie. Przyszłość jawi się w czerwieniach.

Rośliny ruderalne

Wyrastają ze szczelin chodników, z betonowych rozpadlin, krawężnikowych rozstępów. Z dachów niezamieszkałych domów. Z żwirowych pagórków pozostawionych na niedokończonych budowach. Murkach po których już nie chodzą dzieci. Mienią się błękitami cykorii na przydrożach i żółcieniami mniszków na starych parkingach. Zieloną gąbczastą materią mchów rozpychają spojenia kostek brukowych. Wszędzie są. Istnieją. Zamieszkują. Bytują. Żyją wbrew wszystkim prawom natury. Zasiedlają betonowe osiedla tlą się w zapomnianych ruderach i ruinach.

„Rośliny ruderalne”. Są z nami od zawsze. Przychodzą nieproszone i żyją w naszych miastach. Jak nieposkromione fale dzikiej namiętności. Nawet rozlewając z uporem maniaka VALDORy, FLEXy czy inne herbicydy na tory i boiska, nie powstrzymamy tej siły. Tego uporu. One zawsze zostaną. Zawsze odrosną. Zawsze się ujawnią w niespodziewany sposób w nieoczekiwanym styku dwóch płaszczyzn. Są silne i uparte. Niezwyciężone. Na przekór wszystkiemu będą żyć.

Rośliny ruderalne

Roślinność ruderalna to rośliny, które rosną na terenach opuszczonych lub zdegradowanych przez działalność człowieka, takich jak nieużytki, skraje dróg, tereny po pożarach itp. Gatunki ruderalne często są szybko rozwijającymi się roślinami, które łatwo kolonizują nowe środowiska. Przykłady gatunków ruderalnych to mniszek lekarski, komosa biała, szczaw polny czy nawłoć pospolita. Ich zdolność do rozmnażania się i szybkiego wzrostu sprawia, że są często spotykane w obszarach miejskich i przemysłowych.

Procesy bagienne

Nie lubię powrotów z bagien. Zwłaszcza tych niedzielnych. Świat wraca wtedy do niechcianej normy betonowego środowiska. Procesy bagienne zamieniają się na procesy pyłotwórcze, kurzoniosłe, a przy spadkach temperatury nawet smogotwórcze. Kiedy temperatura rozkręca się na dobre ty musisz jak na rozkaz pakować torby i wbrew swojej intuicji wracać tam gdzie nie chcesz. Do kurzu kwadratowych pomieszczeń. Do miasta złożonego z pyłu. Do pracy. Paradoksalnie skład atomowy kurzu jest podobny do organizmów żywych, to m. in.: tlen, węgiel, wodór, azot, wapń i fosfor jednak wygląd jasnej, kudłatej szarości zlegający w kątach i zagięciach lamp ma się nijak do tętniących zielenią i świeżością drzew, mchów, pnączy i grzybów mokrej materii. Pierwsze zabija, drugie rozbudza i nasyca zmysły.

Bagno

Bagna to obszary, wilgotne lub podmokłe, z dominacją roślinności trzcin, sitowia, mchów i torfowców. Procesy bagienne obejmują gromadzenie się organicznej materii roślinnej, która ulega częściowej dekompozycji w warunkach niskiego tlenu, co prowadzi do tworzenia się torfu. Te ekosystemy są ważne dla retencji wody, oczyszczania środowiska oraz stanowią siedlisko dla wielu gatunków zwierząt i roślin.

Bagna mają wpływ na produkcję deszczu poprzez procesy jak parowanie wody z powierzchni bagien oraz transpiracja roślinności. Ta wilgotność dostaje się do atmosfery, gdzie kondensuje się i może tworzyć chmury. Dodatkowo, bagna mogą być źródłem wody dla rzek i strumieni, które przyczyniają się do cyrkulacji wody i cyklu opadowego.

Miasta produkują hałas i tony śmieci. Chmury smogu i nieczystości. Miasta produkują depresję i samotność. Tworzą toksyczne materie. Miasta produkują zmartwienia i wykluczenie a jednak w nich tkwimy i do nich wracamy. Pojedyncze drzewa wyrastające z betonowych dziur przypominają nam o innym wymiarze. To musi wystarczyć na pięć dni. Zanim znowu uciekniemy w chlorofilowe przestrzenie wypełnione ptakami i sarnami. Do mokrego z próżnego…

Eksploracja bezgranicznej kreatywności

Najlepiej jednak rankiem. Tak, jeśli chodzi o pisanie najlepiej robić to rano. Wtedy moje myśli jakby lepiej się sklejają ze sobą i wypływają ze mnie zapełniając białe kwadraty w tablecie szybciej niż wieczorem.

Pisanie to żmudny proces i jeszcze nie do końca nie zbadany ale wiem już chociaż, że myśli przychodzą niezależnie od naszej woli. Jakby z innego bytu, który mówi do nas z najgłębszych pokładów osobowości. Czasem nawet krzyczy. Upomina się o uwagę i o całkowite uwolnienie. Natychmiast. Czasem szepcze i płacze. Czasem wyzwala złe emocje by po czasie skupić się na tych dobrych. Tak czy owak, żyje w tym nieokreślonym wnętrzu i materializuje się raz po raz wysyłając ponaglające komunikaty.

Czasem spowalnia, przystaje i cichnie. Nie odzywa się przez kilka dni, żeby po tej pustce wybuchnąć nagle płomieniami ognia piekielnego, w których można się tylko spalić, zatracić wpaść w cug. Lecieć na Flow bez poczucia czasu jak we śnie. Ten proces żyje własnym życiem i do końca nie ma co się z nim spierać. Trzeba raczej go obserwować i dopasować do siebie. Zaprzyjaźnić się z nim i stwarzać dogodną atmosferę. Zapraszać go na randki, rozpieszczać, całować a na koniec wyciskać go jak cytrynę.

Moje pomysły przychodzą nad ranem w nieprzytomnym otwarciu oczu. Kiedy ego jeszcze smacznie śpi. Gdy mam siłę i spokój piszę już od piątej. Wtedy myśli płyną nieprzerwanym strumieniem. Aktywne są te inne pokłady, których logiczny umysł jeszcze nie dogania. Fantazje wibrują w rytm swojej niezależnej energii, a ta z kolei wprowadza drgania w nieznane odmęty mojej jaźni. Wtedy rzeczy łączą się w pary, trójki, czwórki, setki z zupełnie nieoczywistych powodów by na koniec dać w miarę spójny i racjonalny zestaw narzędzi do kreowania narracji. Produkuje słowa, dawno zapomniane i kojarzy je w chmurach całkowicie nieintuicyjnych słów i nazw. To jakby wędrówka po nieznanym lesie, gęstym, pięknym i strasznym zarazem. Kolorowym i pachnącym. Niezwykłym i tajemniczy.

Kreatywność i olśnienia nie przychodzą tylko w kierowanych na cel zadaniach typu burze mózgu. Kreatywność przychodzi indywidualnie, niezależnie i w warunkach spokojnego wyciszenia. Oderwania od zajęć. W nieświadomej relaksacji. Na przerwie, pod prysznicem, w mieszaniu łyżką w zupie, w spojrzeniu przez okno na słupy wysokiego napięcia po lądowaniu szpaków. Tak, to się dzieje samo. Kiedy nie damy się zarżnąć do bólu pracą i zostawimy na to coś miejsce.

To musi być moment przełączenia. Odłączenia od planu. Wyjścia.

Nasz mózg przełącza się na fale alfa.

Automatyczne pisanie i kreatywność

Kreatywność to stan umysłu.

Po przeczytaniu kilku książek i artykułów o kreatywnym pisaniu i wpadłam w temat na dobre, zwłaszcza po książce pt. Pismo automatyczne Michaela Sandlera, którą polecam, wszystkim poszukiwaczom nowych poł,aczeń neuronalnych. Dobrą pozycją dla zabieganych jest również książka Dlaczego marzyciele uratują świat, czyli co nauka o mózgu mówi na temat kreatywności, Hilde Ostby.

Automatyczne pisanie czyli bezmyślne pisanie w lekko śniącym jeszcze relaksie przynosi mi najlepsze teksty, pomysły i niespodziewane rozwiązania. To dobra rozgrzewka przed dniem wymagającym wciąż nowych tematów. Choć metoda trąca szamaństwem i sceptycy mają z niej niezłą bekę jakby to powiedział P., u mnie się przyjęła i rozkręciła na dobre usuwając wcześniejsze blokady wciągnęła w proces twórczy, który cieszy, rośnie a nawet chwilami zadziwia.

Rozwija kręte rewiry, zwłaszcza te bez wcześniejszego dostępu. Jest formą medytacji, która codziennie lub z przerwami otwiera mnie na nowe, grupuje, motywuje, wzmacnia i ustala cele całej tej powiedzmy, działalności.

Alfa

Przełączanie się mózgu na fale alfa jest powiązane z relaksem i stanem odpoczynku, co może sprzyjać kreatywności poprzez zmniejszenie aktywności krytycznej kontroli myślenia. Badania sugerują, że ten stan umysłu może ułatwiać dostęp do nietypowych połączeń w mózgu, co prowadzi do nowatorskich pomysłów i olśnień. Jednakże, kreatywność jest złożonym procesem, który zależy od wielu czynników, więc inne fale mózgowe i czynniki psychologiczne także odgrywają istotną rolę.

Automatyczne pisanie i Manifest Pisarza André Bretona czyli Eksploracja bezgranicznej kreatywności

Automatyczne pisanie, znane również jako automatyzm literacki, jest praktyką polegającą na spontanicznym i nieświadomym zapisywaniu myśli, słów i obrazów. Jest to technika często stosowana w ramach eksperymentów artystycznych i literackich, której celem jest eksploracja głębszych warstw świadomości i wyzwalanie kreatywności bez ograniczeń. Jednym z pionierów tego podejścia był francuski pisarz André Breton, który w swoim Manifestie Surréalizmu (1924) zachęcał do wykorzystywania automatyzmu jako narzędzia do odkrywania autentycznej, nieświadomej twórczości.

Breton, współzałożyciel ruchu surrealistycznego, wierzył w potencjał nieświadomości i podświadomości jako źródła autentycznej ekspresji artystycznej. Jego manifest zachęcał pisarzy i artystów do eksploracji „stanu czystego psychicznego automatyzmu”, który umożliwiałby im wyzwolenie się od ograniczeń racjonalnego myślenia i kontroli. W ten sposób tworzyliby dzieła, które byłyby bardziej autentyczne i głębokie, przekraczając granice norm społecznych i estetycznych.

Praktyka automatycznego pisania polegała na spontanicznym zapisywaniu myśli, marzeń, obrazów czy dialogów bez zastanowienia się nad ich logiczną poprawnością czy sensownością. Pisarze, często w stanie transu lub relaksu, pozwalali, by słowa płynęły swobodnie, odsłaniając nieświadome myśli i emocje. Efektem tego procesu było często dzieło zaskakujące, niekonwencjonalne i pełne niespodziewanych skojarzeń.

Wpływ praktyki automatycznego pisania na twórczość literacką był znaczący, zarówno w ramach ruchu surrealistycznego, jak i poza nim. Pisarze eksperymentowali z tą techniką, aby przełamać konwencje literackie i odkryć nowe sposoby wyrażania siebie. Dla niektórych było to narzędzie wyzwalające blokady twórcze, pozwalające na swobodniejsze i autentyczne wyrażanie myśli.

Jednak praktyka automatycznego pisania nie była pozbawiona kontrowersji. Niektórzy krytycy zarzucali, że prowadzi ona do chaotycznego i bezładnego tworzenia, pozbawionego struktury i sensu. Ponadto, istnieją wątpliwości co do autentyczności i wartości artystycznej tekstów wytworzonych w ten sposób, gdyż mogą one być postrzegane jako jedynie przypadkowe zapisy myśli, niezwiązane z prawdziwą kreatywnością.

Mimo tych kontrowersji praktyka automatycznego pisania pozostaje fascynującym eksperymentem artystycznym, który kontynuuje inspirację dla wielu twórców. Manifest André Bretona nadal stanowi istotny punkt odniesienia dla tych, którzy dążą do eksploracji granic kreatywności i odkrywania nowych sposobów wyrażania siebie poprzez literaturę i sztukę. Jego zaproszenie do odkrywania nieświadomego i swobodnego tworzenia nadal inspiruje do działań w duchu surrealistycznej rewolucji umysłu.

Trzeba widzieć

Po weekendzie niespiesznie. Słońce na twarzy namalowało brązowo czerwone plamy. Jest ciepło i przyjaźnie. Wszyscy jeszcze śpią. Część szczęściarzy ma wolne. Ci z mniejszym ładunkiem szczęśliwości wracają do swoich poniedziałkowych zajęć.

Wczoraj wróciliśmy z bagien do miasta. Całkiem spokojnie zmieniliśmy strefę komfortu na bezmiar obowiązków i niekończącej się krzątaniny. Rozpakowanie, pranie, obiad, kolacja, prasowanie… film.

Majowy początek, majowy koniec. Przeleci jak Izaura. Zniknie w wiosennym słońcu, pod powiekami. W locie, w natłoku zdarzeń. W codzienności niczego. W przesunięciach, w rozkładach, w dogodnych terminach, wizytach, zakupach, rachunkach, pracach, kolejkach. Zamieni się w nicość. Niezauważalność. Minie bezpowrotnie gdy liście zmienią kolor na ciemnozielony.

Trzeba chwytać się każdej chwili. Zatrzymać to co się da w głowie. Cząsteczki, minuty, sekundy. Odbicie światła w lustrze stawu; rosy na trawie; żaby na brzegu; jaszczurki na tarasie, żmije na asfalcie, kaczki z młodymi; konwalie, kaczeńce i niezapominajki w leśnej świeżości zapachów.

Wełniane kulki raniuszków na gałęziach iglaków. Rude ogony kopciuszków i poranny świergot kosów aż do późnych godzin wieczornych a nawet nocnych. Kolorowe pióra szczygłów na trawniku przed blokiem i taniec miłosny kruków nad kreską pól.

Majestatyczny przelot żurawi w niekończącej się przestrzeni sino białych chmur.

Trzeba widzieć i rejestrować postępujące po sobie klatki. Zmienność pór kwitnienia i dorastania ptaków. Latem wszystko wyhamuje. Latem stanie się już stałe. Bez nagłych wybuchów zieleni i purpury. Latem to wszystko się uspokoi i przysiądzie zmęczone przy brzegu obfitości.

Wstaję zielono soczyście

Wstaję wcześnie. Jest słonecznie. Zielono. Soczyście. Niedziela. Chce się żyć. Jak dotąd bez zmian. Jest dość łagodnie. Sny wytrwale przetaczają się przez głowę. Wypływa z nich nadmiar emocji i zamieniają się w ulgę i ulgę dają. Taki ich cel. To nasze antidotum to nasze lekarstwo. W taki sposób znajduje ujście gniew instrach a nawet złość, której tak się wstydzimy. Wstyd chowany do najgłębszej szafy również.

Emocje rządzą wszystkim. Naszym ciałem i światem. Nie dostrzegamy ich potęgi oraz faktu że jesteśmy ich niewolnikami. Tyle się o nich pisze a my dalej nie mamy świadomości ich sprawczości. Dalej uważamy, że należymy tylko do siebie. To takie smutne i naiwne. Przecież zawsze należymy do kogoś więc może lepiej…

Jestem niewolnicą tych zjawisk, tej magii bezwiedne, która toczy mnie od środka. Jestem wojownikiem cudzych wojen i myślicielem innych epok. Nie zataczam kręgów w ich kulturze. Szukam swoich w innych formatach i figurach ale na koniec i tak wracam do małego wylotu na końcu bryły, prześwitu jak dziura w skarpecie z którego mając szczyptę nadziei można uciec, wycisnąć się w inne przyjaźniejsze wymiary. Dokąd pędzę nie wiem, po co się ścieram z dniem nie wiem, po co mnie powołano do scenariusza tych zdarzeń, nie wiem. Po co piszę, nie wiem po co rejestruję na kwadratowych transzach chwile, które zatrzymują się w taśmie życia, nie wiem.

Prowadzą mnie siły, o których nic nie wiem. Dają nadzieję i narzędzia w niespodziewanych momentach.

Nie wiem kiedy się zdarzy następne olśnienie ale fakt że są daje nieprzerwaną radość. Może iskry przychodzą z zaświatów, a może tak po prostu z nas samych. To budujące być wodą. Zbierać, dokarmiać i docierać w najwęższe zakamarki. Leżeć pisać a później wychodzić do ptaków w najdziksze zakątki mojego miasta. Cieszyć się słońcem. Przyjmować fale optymizmu w niedzielne poranki. To dobre życie zwarzywszy na śmierć pod granicą i wszystkich tych, którzy od rana czują tylko lęk w rozwalonej rzeczywistości. Kto nas dzieli na te światy. Kto wybiera wybrańców. Kto rozdziela ciszę i bogactwo spokoju. Kto?