Archiwa tagu: #creative-writing

Wstaję zielono soczyście

Wstaję wcześnie. Jest słonecznie. Zielono. Soczyście. Niedziela. Chce się żyć. Jak dotąd bez zmian. Jest dość łagodnie. Sny wytrwale przetaczają się przez głowę. Wypływa z nich nadmiar emocji i zamieniają się w ulgę i ulgę dają. Taki ich cel. To nasze antidotum to nasze lekarstwo. W taki sposób znajduje ujście gniew instrach a nawet złość, której tak się wstydzimy. Wstyd chowany do najgłębszej szafy również.

Emocje rządzą wszystkim. Naszym ciałem i światem. Nie dostrzegamy ich potęgi oraz faktu że jesteśmy ich niewolnikami. Tyle się o nich pisze a my dalej nie mamy świadomości ich sprawczości. Dalej uważamy, że należymy tylko do siebie. To takie smutne i naiwne. Przecież zawsze należymy do kogoś więc może lepiej…

Jestem niewolnicą tych zjawisk, tej magii bezwiedne, która toczy mnie od środka. Jestem wojownikiem cudzych wojen i myślicielem innych epok. Nie zataczam kręgów w ich kulturze. Szukam swoich w innych formatach i figurach ale na koniec i tak wracam do małego wylotu na końcu bryły, prześwitu jak dziura w skarpecie z którego mając szczyptę nadziei można uciec, wycisnąć się w inne przyjaźniejsze wymiary. Dokąd pędzę nie wiem, po co się ścieram z dniem nie wiem, po co mnie powołano do scenariusza tych zdarzeń, nie wiem. Po co piszę, nie wiem po co rejestruję na kwadratowych transzach chwile, które zatrzymują się w taśmie życia, nie wiem.

Prowadzą mnie siły, o których nic nie wiem. Dają nadzieję i narzędzia w niespodziewanych momentach.

Nie wiem kiedy się zdarzy następne olśnienie ale fakt że są daje nieprzerwaną radość. Może iskry przychodzą z zaświatów, a może tak po prostu z nas samych. To budujące być wodą. Zbierać, dokarmiać i docierać w najwęższe zakamarki. Leżeć pisać a później wychodzić do ptaków w najdziksze zakątki mojego miasta. Cieszyć się słońcem. Przyjmować fale optymizmu w niedzielne poranki. To dobre życie zwarzywszy na śmierć pod granicą i wszystkich tych, którzy od rana czują tylko lęk w rozwalonej rzeczywistości. Kto nas dzieli na te światy. Kto wybiera wybrańców. Kto rozdziela ciszę i bogactwo spokoju. Kto?

Moje miasto migocze majem

Moje miasto migocze majem,

Wdzięczy się żółcieniami,

Podnosi zielenią,

Podśpiewuje ptakami,

Spływa światłem,

Przenosi swoje ciało w prześwitujące przestrzenie przeciskając się ukosem przez płoty ogrodów.

Zamiera na drzewach w tęskniącym uścisku soczystej zieleni.

Pachnie.

Tylko wdzięczność nas wyzwoli

Ósma wybiła jednostajnym denerwującym rytmem dzwonów kościelnych. Dzień raczej słoneczny ale gdy otwierałam okno na szybach pojawia się zimna para. Dzisiaj temperatura ma już rosnąć, tak obiecywali w telewizji ale czy ich prognozy się sprawdzą tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Na razie, jak widać jest zimno. Chociaż przestały nasilać się bóle głowy. Coś się zmienia. Ciśnienie rośnie Będzie dobrze.

Poranek znów pełen przepychanek i niedokończonych kłótni zaburzył nasz rytm serca. Ciągły brak bułek i mleka zaburza sielankę rodzinną a notoryczne spóźnienia świdrują w żołądkach nowe kratery. Stres objawia się krzykiem i pretensją. Wcześniejsze wstawanie znowu zakończyło się porażką. Czas nie chce spokojnie płynąć bez przyspieszeń. Czasu nie da się ujarzmić. Czas się nie poddaje żadnym kompromisom. Leci na złamanie karku a my razem z nim. Do dupy z tym wszystkim. Nie nadążam. Gdy w jeden dzień wykonam 100 procent planu na drugi nie mam już energii żeby zrobić połowę zadań. Nie umiem pogodzić się z nieliniową wydajnością, skokami rytmów, z nieprzewidywalnością natężenia sił w danym czasookresie.

Rzeczywistość jest rwana i popychana, nigdy płynna i spokojna. Energia wypala się po dwóch dniach i potrzeba trzech żeby ją odbudować i tak w kółko do znudzenia. Dobrze, że już czwartek. Czwartek jest dobry pochyla się nad tobą szepcząc spokojnym głosem, że zbliża się koniec, że nadchodzi dobra zmiana i nadzieja odpoczynku. Czwartek to mała obietnica cudu jak to śpiewała Kaśka Nosowska. Jednak tutaj w moim m2 cuda rzadko się zdarzają. Jednak czasem nieoczekiwanie nawiedzają mnie dobre sny i świadomość jak ciężko jest innym, co jest niemoralnym acz skutecznym pocieszeniem w tej wstydliwej biedzie umysłowej. Wszyscy mają gorzej! A ty znów narzekasz! Nawet Amerykanie muszą chodzić do trzeciej pracy po dwóch pierwszych, żeby starczyło im na chleb! Na chleb! Jezu. Jakie to podle. Trzy, kiedy ty masz tylko jedną niecałą. Jak ta gospodarka wytrzyma to zmęczenie materiału. Jak to dobrze, że mieszkam tutaj.

Tutaj mam czas ponarzekać. Tam, nie miałabym siły nawet mówić przy moim ciągłym przebodźcowaniu, a co dopiero pisać swoje dyrdymały. Jakie to szczęście, że jestem po właściwej stronie muszę jedynie bardziej rozwinąć mięsień wdzięczności.

Tylko wdzięczność pomaga na przewlekłą chorobę zwaną potocznie narzekaniem, czarnowidztwem, czy ogólnie mentalnym gównem zatruwającym nasze umysły jak natręctwa. Tylko wdzięczność nas wyzwoli. Tylko we wdzięczności znajdziemy otuchę i pocieszanie. Tylko dzięki wdzięczności wyjdziemy z depresji i z dołka wyuczonej bezradności. Amerykańscy naukowcy już dawno ten temat przebadali opisali i zastosowali w praktyce odpowiednimi narzędziami psychologicznymi, stwierdzając jednogłośnie, że działa!

A tutaj wciąż wychodzą z kątów wątpliwości. W naszym kościele tego się tak nie uprawia. Nazwa jest jakby staroświecka i kojarzy się z oazą a nie poszerzaniem świadomości, na której pokazy trzeba było chodzić do sali gimnastycznej w trakcie lekcji i przysłuchiwać się zwierzeniom jasnej młodzieży, która jako jedyna na tym łez padole miała jakiś wyznaczony cel, plan, obraz rzeczy a nie tylko papieros za murkiem między Mickiewiczem a budową wnętrza kwiatu. I nawet w swoich historiach dziękowała za błogosławieństwa tylko Bogu. Bo tylko ON mógł takie cuda przeprowadzać. Nikt inny. Toteż sprawczość nad wdzięcznością od adolescencji była nam odebrana więc skąd mieliśmy czerpać wiedzę na jej temat. O tym już nie mówili, śpiewali.

Dzisiaj mogę być wdzięczna sąsiadom, że nie krzyczą na siebie od rana. Sąsiadce z góry, że nie donosi na sąsiadkę z dziećmi po swoim synu nieboszczyku do opieki społecznej ponieważ ta już się wyprowadziła lub jeszcze wyprowadza. Jestem wdzięczna, że oboje mamy pracę i mogę sobie zafundować e-booki w każdej chwili spadku nastroju nie patrząc na koszty.

Jestem wdzięczna, że mieszkam w Polsce a nie w stanach, jestem wdzięczna, że dzieci dzisiaj są zdrowe a mąż nie wściekał się długo dzisiejszym niesprzyjającym porankiem i poszedł po bułki i brakujące mleko i inne produkty. Jestem wdzięczna, że życie pozwoliło mi teraz przebywać w pozycji leżącej i pykać sobie w tablet zamiast obciążać kręgosłup w supermarkecie na kasie. Jestem wdzięczna, że moja praca nie wiąże się z przymusowymi podróżami na koniec miasta lub nie daj Boże innego miasta w korkach, smogu i frustracji zastoisk na drodze. Jestem wdzięczna za pełną rodzinę, która nie rozwaliła mi się po wyczerpaniu moich środków materialnych jak to wcześniej bywało. Jestem wdzięczna, że pozbyłam się zabieraczy czasu i zatruwaczy dupy a znajomości ograniczyłam tylko do tych wartościowych czyli prawie żadnych i niezobowiązujących. Ta zmiana przywróciła mi oddech i moje życie oraz mój osobisty wellbeing „na bagnach”, a nie grille z nudziarzami z tanimi kiełbaskami.

Jestem wdzięczna, za świadomość, że rodzina, starszyzna nie zawsze ci kibicuje i w wypadku życiowych wyborów stawia na zupełnie kogoś nieoczywistego. Tutaj reguła krew z krwi nie obowiązuje. Może dlatego że hektolitry innej krwi przemierzały korytarze moich żył zanim zdałam sobie sprawę z tej inności, nieprzysiadalności i nieukładalności minęło sporo czasu. Jestem wdzięczna za światło za oknem i wiosnę. Za pełny żołądek, ponieważ niedawno odsłuchiwałam Stachurę, gdzie w swoich opowiadaniach przywoływał ciągły niedosyt i burczenie w brzuchu przed snem w nieokreślonych zimnych, głodnych miejscach, szopach, domach i miastach. Zawsze niedojedzony, zawsze zmarznięty, zawsze zmęczony. Ze spojrzeniem, które patrzy w dół z mostu z papierosem w dłoni opartym o poręcz. Patrzy, a nie widzi wzrokiem niewidzącym, patrzy a nie czuje chociaż poczuć powinien. Ma się takie spojrzenie, kiedy świat się wywala i nie ma już powrotu do tego co było. Gdy wiesz, że już nie wrócisz. To jak podróż chodnikiem po nowym mieście. Jak po rozwodzie. Jak po przyjaciółce która zdradziła, jak po rodzinie która cię wypluła, jak po pandemii, która cię nie wzmocniła, jak po luce, fudze, wyrwie dzieciństwa nie zapełnionej żadnymi wspomnieniami kartce. Jak po psie, który wiernie ci służył przez 17 lat za nic, nie biorąc nic w zamian. A teraz płytko spoczywa pod ściółką, grzybnią w lesie pod wielkim dębem na skraju miasta płytko, bo ziemia była zamarznięta w lutym.

Jestem wdzięczna za pokój na górze, za mądrość książek, za podświadomość produkująca prawdę poza moim ego i za niebieskie sny i te kolorowe o kwiatach, roślinach i podróżach. Jestem wdzięczna za doświadczenia, które paradoksalnie i za pomocą przewrotności świata przekułam w siłę. Za pierwszy i drugi i trzeci komputer od męża oraz a właściwie przede wszystkim za aparat fotograficzny z zoomem, narzędzia które inspirują mnie do tworzenia tego, na co kiedyś nie starczyło mi odwagi. Za tajemnice świata, które pokazują się niespodziewanie, wypływają przez pozatykane dziury umysłu w postaci błysków, olśnień, wzniesień materializując się w niespożytej kreatywności, o którą nigdy bym siebie nie posądzała zwłaszcza w wieku przed katafalkowym. Jestem wdzięczna za brak nienawiści za wykluczenie moich synów i siebie ale nie do końca. Jestem wdzięczna za wdzięczność, której się uczę. Ty też bądź.

Wdzięczność to uczucie docenienia i uznania za dobrodziejstwa, jakie otrzymujemy od życia, innych ludzi, czy nawet od siebie samego. Jest to gotowość do dostrzeżenia i cieszenia się drobnymi przyjemnościami, jak i głębszymi aspektami naszego istnienia. Istota wdzięczności leży w akceptacji tego, co mamy i doświadczamy, bez względu na to, czy są to rzeczy wielkie czy małe. ~ ChatGPT

Klejnot nudnej przestrzeni

Wczoraj siedział na drzewie wpatrzony w taflę wody. Turkusowy bożek dumny i skuteczny. Jak brzytwa błyskawicznie przecinający wodę. Klejnot nudnej przestrzeni. Niewytłumaczalne skupienie intensywnych kolorów na złość szarzyźnie.

Mróz trzyma trzeci dzień. Na latarniach zastygły szpiczaste sople przypominające woalki na twarzach dumnych kobiet. Zima tym razem zaskoczyła nie tylko drogowców. Nas czyli maszyny kroczące zaskoczyła najbardziej. To my odczuwamy opór pod stopami odzianymi w solidne buty. To nam śnieg włazi pod nogawki spodni kłując swoim zimnem w kostki. To my jesteśmy bezradni w obliczu marznących palców w za cienkich rękawiczkach. To nam się przytrafiają czerwone policzki i łzy cieknące z przesuszonych mrozem śluzówek. To nasze zmysły wystawione są na chłostę arktycznego wiatru a nie wasze zamknięte w blaszanych pudełkach i szybkami z muzyką radia es czy zet.

Dać sobie szansę, nauczyć się siebie… i znowu sny

Kupiłam mech a może to porost. Nie jednak mech. Sama nie wiem. Taki stroik na święta w żółtej osłonce z wbitym na kijku różowym zajączkiem z białym ogonkiem. Żółtą doniczkę od razu wymieniłam na białą kamionkę – pozostałość po innym stroiku.

Przy piątkowym sprzątaniu wyciągnęłam wykałaczkowatego zajączka z ziemi i ze zdziwieniem zauważyłam, ze roślina żyje. Chociaż żyje to mało powiedziane. Zazieleniała, rozrosła się i wdzięcznie wznosi się ku górze. Alive, Alive! Z naganą dla swojego wcześniejszego zachowania czyli braku opieki i wyrzutami podarowałam jej porcję wody i pochwaliłam, jej wygląd. Rzadko coś rośnie na tym stole, w tym ciemnym pomieszczeniu przesyconym pospiesznymi słowami i emocjami i w ogóle tym mieszkaniu. A tu proszę coś żyje. Coś zupełnie wyparte, zapomniane. Coś czemu nie poświęciło się ani cząstki nadziei na udaną przyszłość, ani grama uwagi. Wszystkie wcześniejsze zielone nadzieje oprócz kaktusów skończyły swój żywot na śmietniku zaraz po świętach a ten proszę. Przeżył i ma się dobrze. Moja niewiara zmaterializowała się cudem. Odwdzięczyła darem natury.

Zwykle słabo wierzę. Wierzę w pracę w jej ciężar i świadomy efekt finalny. Chociaż przesadnego ciężaru się oduczam bo nie raz przemęczenie zaowocowało smutkiem, wypaleniem i depresją. Uczę się zatem robić przerwy, mniej myśleć, nie przejmować się i nie kończąc natychmiast rzeczy, które nie potrzebują teraz tyle uwagi. Walczę z natręctwami całkowicie ukończonego planu, odhaczania wszystkiego co znajduje się na liście dnia. Uczę się zapominać, ponieważ później choruję. Moja głowa nie pozwala mi odpocząć więc uczę się ją oszukiwać. Nie jest to proste ale czasem się udaje. Nowe nawyki wymuszają zmianę. Dwa spacery i przerwy w publikowaniu oraz dłuższy sen skłaniają do nowego lżejszego dnia. Prezenty dla wewnętrznego dziecka w postaci e-booków nie tylko o mózgu, psychologi i autyzmie ale te przyjemniejsze; powieści, opowiadania, reportaże wprowadzają mnie na nowy etap relacji ze światem. Literatura odrywa mnie od kołowrotka prac. Odrywa jej dobre słowo. Wymusza przerwę na życie. To dobry czas na siebie w tym pędzie. Uzupełnia leksykon słów. Wymusza różnorodność, wielokierunkowość co napełnia mnie spokojem otwierając worek z kreatywnością. Dzięki temu staję się poszukiwaczką i kolekcjonerką nowych słów i wciąż rośnie mi apetyt na więcej i więcej.

Słowa są ważne

Słowa są ważne. Można je odkrywać i podziwiać. Można się nimi bawić, lepić jeśli znajdzie się te właściwe na określenie aktualnych uczuć lub widocznych przedmiotów i zjawisk. Można się wściekać jeśli nie znajduje się takowych. Można zupełnie powierzyć się podświadomości i niech ona podpowiada nam co dalej. Niech daje nam na tacy wyszukane frazy jak obrazy ze snów, które podpowiadała również Salvadorowi Daliemu i jemu podobnym. Niech wysypie z rękawa całą resztę niewiedzy, która tkwi jak pestka i przekuje się w coś logicznego, ważnego, niespodziewanego. W zrozumiałą całość rzeczy, których nigdy w życiu nie wymyślilibyśmy świadomie. Sięgać do pudła nieświadomości jest tożsame z godzeniem się ze swoimi przeczuciami, godzenie się z instynktami, których się boimy i wypieramy je żeby nie wyjść na głupców i nawiedzonych wróżbitów.

Gdy będziemy szukać prawd objawionych tylko u gadających głów nie słuchając swojej intuicji nie wyrwiemy się z toksycznej masy bzdur i nie poczujemy swojej autentyczności. Zawsze będziemy tym kimś ale nigdy sobą. Zawsze ten ktoś będzie wyznaczał bieguny. Ale to nigdy nie będą nasze kierunki. To nie zmieni naszego samopoczucia. Zatem trzeba trochę pogrzebać w sobie. Pochylić się nad snami i nastrojami. Nauczyć się siebie od nowa. Dać sobie szansę jak roślinie, w której życie nigdy nie wierzyliśmy.

Zacznij od snów czyli emocji

Nauczenie się samego siebie to długi i fascynujący proces samopoznania. Możesz zacząć od refleksji nad swoimi wartościami, celami, mocnymi stronami i obszarami do rozwoju. Psychologia oferuje wiele narzędzi i technik, takich jak mindfulness, introspekcja i terapia, które mogą pomóc ci lepiej zrozumieć siebie. Czy jest jakaś konkretna dziedzina psychologii, która cię interesuje? Poszukaj. Może terapia snów?

Sny są fascynującym obszarem badań psychologicznych i zrozumienia ludzkiego umysłu. W psychologii sny są często badane jako sposób na lepsze zrozumienie procesów myślenia, przetwarzania emocji oraz nierozwiązanych konfliktów w naszym życiu. Interpretacja snów może być użyteczna jako narzędzie do introspekcji i samopoznania, choć różnią się opinie na temat dokładności i wartości takich interpretacji. W każdym razie, świadome badanie swoich snów może być ciekawym sposobem na głębsze zrozumienie siebie.

Sny i twórczość

Twoje sny mogą mieć znaczący wpływ na Twoją twórczość. Często sny są źródłem inspiracji dla pisarzy, artystów i twórców wszelkiego rodzaju. Możesz wykorzystać swoje sny jako materiał do tworzenia opowieści, wierszy, obrazów lub innych form wyrazu artystycznego. Analiza swoich snów może również pomóc Ci lepiej zrozumieć swoje głębsze emocje, pragnienia i obawy, co może prowadzić do bardziej autentycznej i głębokiej twórczości. Jakie sny utkwiły Ci najbardziej w pamięci? Czy próbujesz wykorzystać je w swojej twórczości? A może w życiu?

Istnieje wielu twórców, którzy czerpali inspirację ze swoich snów i używali ich jako materiału do swojej twórczości. Oto kilku z nich:

1. Salvador Dalí – Słynny malarz surrealistyczny często korzystał ze swoich snów jako inspiracji do swoich prac. Jego obrazy, takie jak „Persistencja pamięci”, są często oparte na surrealistycznych wizjach, które miał podczas snu.

2. Friedrich Nietzsche – Filozof i pisarz znany jest z wykorzystywania swoich snów do rozwijania swoich koncepcji filozoficznych. W swojej książce „Ecce Homo” opisał nawet, jak pewne pomysły przyszedł mu do głowy podczas snu.

3. Stephen King – Sławny autor horrorów często mówił o tym, jak jego koszmary snów stały się inspiracją dla niektórych z jego najbardziej znanych powieści, takich jak „Lśnienie” czy „Misery”.

4. William Blake – Poeta i malarz romantyczny często opisywał w swoich dziennikach i listach swoje sny oraz wizje, które później przekładał na swoje dzieła artystyczne.

Opisani twórcy to tylko kilka przykładów osób, które wykorzystywały swoje sny jako źródło inspiracji w swojej twórczości.

Tlen

O przyjemnościach chciałabym pisać. O najkrótszym dniu. Magicznych chwilach przepełnionych tajemniczymi odgłosami kroków na śniegu i niespodziankami. O wyczekiwaniu. O rozwiązaniu tajemnicy, która wciąga, przemienia każdy wieczór w swoją niebywałą oryginalną opowieść. O przepływie nieznanej dobrej energii. O znalezieniu starej księgi, która wszystko wreszcie wyjaśnia. Na której można polegać i czerpać garściami proste dobre rzeczy. Pozwolić sobie na spokój ten wewnątrz i na zewnątrz. Nie popadać w rutynę. Nie wciągać się w tryb suchej pracy. Nie przetrzymać ale być w tym. Nie załatwić i wykonać ale rozplątywać nowe supełki z większym zaangażowaniem i uważnością. Być nie tylko dla nich ale z nimi. Nie przeczekiwać biegu zdarzeń ale słuchać. Nie siedzieć na wylocie ale pośród, wśród, razem w środku. Poczuć przynależność. Nie przeszkadzać w małostkowości błędnych interpretacji świata ale przyjmować z resztą inwentarza drobiazgów. Akceptować. Nie przerywać. Nie działać. Nie angażować się. Odczuwać radość. Wytworzyć sobie tlen. Powietrze. Być wreszcie jak inni. Udawać. Po prostu zwyczajnie być bez przetwarzania konsekwencji. Jak oni to robią?

Dobroczynny spacer dla ciała i umysłu

Jak już pewnie wiecie czeka nas 10 dni zimna. Wiosna jak zwykle nie jest łaskawa. Po kilku dniach przyjemnego ciepła wyciąga bat skręcony ze skóry i przymrozków by jak toksyczna matka zdzielić nas za to, że wcześniej wymsknęła jej się chwila ciepłej słabości. Za oknem właśnie zaczął padać deszcz. W górach stan skupienia przybierze tradycyjną białą formę. Jest słabo.

Jak mam wychodzić, kiedy na samą myśl o zewnętrznym świecie wywołuje mentalny, zimny ból. A deszcz wali w szyby jak oszalały. Przeczekam.

Jednak wstaję, i mówię sobie musisz! Nie bądź babą! Musisz włączyć tryb MUSISZ bez względu na pogodę, bo inaczej wcześniejsze marsze pójdą w niwecz. Rozpuszczą się w masie lenistwa i braku silnej woli. Jak się powiedziało A trzeba powiedzieć B. Jakby nie było jesteśmy istotami myślącymi i wybieramy wyższe dobro. W tym przypadku zdrowie produkowane ruchem i spadkiem kilogramów.

Spacer jest zbawienny. Zbieram informacje o nim już od pewnego czasu. Właściwie od pocovidowych powikłań, które siadły mi trochę na motorykę dużą mówiąc jaśniej chodzi o kręgosłup. Od czasu kiedy nie mogę sobie pozwolić na bieganie.

Zwykły spacer paradoksalnie jest narzędziem niezwykłym. Badania potwierdzają jego dobry wpływ na umysł i ciało. Kiedy nie możesz jeszcze biegać z racji nadmiaru kilogramów albo po prostu nie lubisz biegania pozostaje spacer. Naturalny ruch do którego stworzyła nas Matka Natura jest tym czego naprawdę potrzebujemy. Spacer zawsze wygrywa. Wiedział o tym Jung, który spacerował wokół swojej posiadłości-wieży jeśli oczywiście w tym czasie nie medytował. „W książce Codzienne rytuały dziennikarz Mason Currey odtworzył typowy dzień pracy słynnego psychiatry. Jung wstawał o siódmej i po obfitym śniadaniu przez dwie godziny całkowicie poświęcał się pisaniu w swoim gabinecie. Popołudniami często medytował albo odbywał długie spacery po okolicy. W wieży nie było elektryczności, więc po zmroku oświetlano ją lampami naftowymi, a ogrzewano kominkiem. O dziesiątej wieczorem Jung kładł się spać. „Uczucie spokoju i odnowienia, jakie od początku wiązało się dla mnie z wieżą, było niezwykle silne”.

Wiedział to Einstein spacrując przed i po pracy. Wiedział to autor Czarnego Łabędzia niejaki Nassim Nicholas Taleb autor bestsellerowej książki, w której analizuje zjawisko Czarnych Łabędzi: niespodziewanych wydarzeń, które spadają na nas nagle i odciskają ogromne piętno na naszym życiu. Porusza nawet ten wątek opisując twórczość swoich przyjaciół i znajomych, ponieważ jak twierdzi wybierał tak zwany spacer wolny zamiast biegania uważając taki rytuał za bardziej efektywny dla pracy ciała i mózgu, zwykle w towarzystwie filozofów lub innych nieoczywistych naukowców dzięki którym mógł tworzyć swoje teorie. Remigiusz Mróz, najbardziej płodny polski pisarz – 10 książek rocznie, wybiera bieg ale jest jeszcze młody… i chudy.

Niezwykła moc spaceru

Spacer ma niezwykłe korzyści zarówno dla ciała, jak i umysłu, co zostało potwierdzone przez liczne badania naukowe. Zarówno starożytni filozofowie, jak i współczesni naukowcy doświadczali mocy spaceru w kształtowaniu myśli i inspiracji.

Przede wszystkim, spacer korzystnie wpływa na zdrowie fizyczne. Regularna aktywność fizyczna, w tym chodzenie, poprawia kondycję serca, reguluje ciśnienie krwi, wzmacnia mięśnie i stawy oraz zwiększa ogólną wydolność organizmu. Arystoteles, jeden z najwybitniejszych myślicieli starożytności, często prowadzał swoje dyskusje filozoficzne podczas spacerów, co pozwalało mu zachować aktywność fizyczną jednocześnie rozwijając myślenie.

Po drugie, spacer ma istotne znaczenie dla zdrowia psychicznego. Badania pokazują, że regularne spacery mogą pomóc w redukcji stresu, lęku i depresji. Friedrich Nietzsche, niemiecki filozof, słynął z długich wędrówek po górach, które inspirowały go do tworzenia swoich najważniejszych dzieł.

Ponadto, spacer sprzyja kreatywności i pomaga w rozwiązywaniu problemów. Albert Einstein słynął z tego, że podczas spacerów po parku lub plaży znajdował inspirację do swoich teorii naukowych. Badania potwierdzają, że aktywność fizyczna może poprawić funkcje poznawcze, takie jak pamięć, koncentracja i zdolność do abstrakcyjnego myślenia.Wreszcie, spacer umożliwia nawiązywanie więzi z naturą, co przynosi korzyści zarówno dla ciała, jak i umysłu. John Muir, amerykański przyrodnik i filozof, był zafascynowany pięknem przyrody i często podróżował pieszo, co nie tylko pomagało mu w refleksji filozoficznej, ale także w budowaniu świadomości ekologicznej.

W związku z powyższym, spacer stanowi nieocenioną praktykę zarówno dla zdrowia fizycznego, jak i umysłowego. Zarówno starożytni myśliciele, jak i współcześni naukowcy doceniali jego korzyści zarówno dla ciała, jak i dla umysłu, co sprawia, że jest to praktyka niezwykle wartościowa dla każdego człowieka dążącego do równowagi i harmonii w życiu.

Poranek jakby nerwowy

Poranek dzisiaj jakby nerwowy. P nie chciał przebrać pogniecionej koszulki. Zbuntował się totalnie. Jego upartość rosła proporcjonalnie do moich próśb i rozkazów w celu natychmiastowej zmiany niechlujnego stroju. Moje namowy, prośby i rozkazy rosły w tonach, dźwiękach a na końcu w krzykach unosząc się echem po kwadratowych pomieszczeniach naszego m2. Wyrwały ze mnie wszystkie najgorsze myśli i stwierdzenia na temat oskarżonego, a na końcu upadły jak rzucona mokra szmata pod łazienką gdy upartość nadal była upartością, niezmiennością mojego sztywnego ubranego w schematy życia, które nadal pozostaje w swoich foremkach bez nadziei na zmianę.

Najpierw trzeba się uspokoić a później wymienić ciuchy na wyglądające bardziej schludnie. Trzeba myśleć racjonalnie i zmienić garderobę na lepszą. To znaczy taką, która po czterech praniach i prasowaniach będzie nadal wyglądała jak nowa. To trudne w czasach gdy produkuje się się ciuchy tak zwane jednorazowe, kiedy nie zawsze możesz sobie pozwolić na markowe – a nawet jeśli i tak nie masz gwarancji jakości. Małe chińskie rączki dalej są zmuszane przez system wyzysku do nadprodukcji podrób nadających się po praniu na szmaty.

To wszystko i tak mi nie pomaga. Jest chujowo a przecież czwartek to dobry dzień tygodnia. Zamiast się nim cieszyć i pisać z radością kreatywne frazy muszę uspokoić mój układ nerwowy na tyle, żeby mógł precyzyjnie zadaniować do wieczora. Takie utrudnienia to nie nowość. Nauczyliśmy się już dawno funkcjonować w niesprzyjających warunkach bez czasu na rozpamiętywanie co się tego ranka jeszcze spierdoli, co nie wyjdzie i kto dzisiaj oberwie w pracy, w szkole czy nawet przed wyjściem. Nikt już tego nie rozpamiętuje, nie tarza się w tych niepowodzeniach, nie gimnastykuje na kłodach i schodach, zapomina i przechodzi do kolejnego punktu na liście życia.

Wypracowaliśmy sobie to przez 20 lat. Chociaż u S. Trwa to trochę krócej z racji wieku. Jeszcze się dziwi, jeszcze się wzbrania, jeszcze zastanawia – jeszcze plan dnia nie wrósł się w miękką tkankę mózgu na tyle by nie trzymać się niepotrzebnych szczegółów. Ale już cały schemat zakiełkował na tyle, że wszystko odbywa się bez wrzasku. To początek dążenia do celu, niestety ten Cel to jeszcze nie Cel dla S. Narazie to tylko mała wersja robocza celu dla S., która go powiedzie do przodu, do momentu aż ów cel stanie się dla niego prawdziwy, nazwany. Kiedy sam sobie go wybierze i nazwie. Mam nadzieję, że coś mu się wreszcie wyklaruje, bo na razie woda mętna. Szkoda, że musi być obserwatorem natręctw P. z którego powinien raczej czerpać garściami a nie utwierdzać się w przekonaniu kim nie należy być, na co nie należy tracić czasu, nerwów ani przestrzeni. Nie umiem tego teraz zmienić ani wyprostować, nawet powstrzymać na chwilę. Nie potrafię go ochronić przed niesprawiedliwością, wstydem i złożonością emocji istnienia w tej rodzinie.

Natomiast P. posiada cel jasny i klarowny jednak droga utorowana jest wysiłkiem naszych wspólnych rąk niewspółmiernie do działań samego właściciela celu, który tę drogę niepotrzebnie komplikuje czasochłonnymi rytuałami, które nas codziennie rozpierdalają. A przyszłość jawi się tylko jako obietnica cudu, która być może nigdy nie nadejdzie. Nauczeni przeszłością i sztucznym optymizmem potrafimy o tym nie myśleć. Nawet czasami udaje nam się spędzić normalny dzień.

Na razie produkujemy tylko stany depresyjne ale gdy czas się wypełni znajdziemy miejsce na rzekę radości.

Spotkałam padalca czyli gadzi mózg

Spacery wychodzą mi od ponad trzech tygodni. Masa ciała spada, jednak mierzona tylko w miligramach. Ogólne samopoczucie rośnie. Robię przerwy w pracy. Właśnie spacer jest taką pauzą. Zwiększam w ten sposób wydajność. Jednak obawiam się, że znowu zamieniam się w robota. Tyle, że z innym oprogramowaniem. Tak czy owak czuję się lepiej a pogoda jest przepiękna.

W weekend spotkałam nad rzeką padalca. Był powolny i niemrawy dlatego pozwoliłam sobie podejść bardzo blisko. Najpierw wzbudzał we mnie matczyne uczucia, był taki bezbronny ale im uważniej patrzyłam mu w oczy pojawiło się To. Dziwne „To” warunkujące obraz odmieńca, nie z mojej półki bez pionowego kręgosłupa w oślizgłym uniformie. Poczułam dyskomfort a nawet strach patrząc na jego wysuwający się języczek. Mówiłam sobie w duchu, że to przecież nie jest wąż, że padalce należą do jaszczurek i w ogóle nie kąsa, nie gryzie i nie atakuje… Jednak mój gadzi mózg nie przyjmował tego zupełnie do wiadomości. Włosy na karku jeżyły mi się a ciało pociło się w ciągłej obawie. Uczucie zagrożenia dominuje kiedy stworzenie nie posiada nóg. Z tym się nie wygra. Tacy jesteśmy. Pająki, węże i robaki to emocjonalne czerwone lampki. Uciekaj albo walcz, krzyczy gadzi mózg nie przyjmując do wiadomości milionów lat ewolucji. Jesteśmy tylko zwierzętami. I niech tak już zostanie.

Opuściłam aparat na pasku blisko ziemi, ustawiłam makro i zaczęłam trzaskać niezliczoną ilość fot pod każdym kątem. Biedny gad posuwał się w kierunku wysuniętej tuby. Podążał powolutku za obiektywem. Oczywiście słońce zaszło za deszczową chmurę jak zawsze gdy trafi się coś wyjątkowego ale chociaż nie zrobiło się całkiem ciemno. Przemierzał odcinek między rzeką a ścieżką dobre 10 minut. Później zniknął w trawie. Niesamowite uczucie. Mieszanka pierwotnych emocji od strachu, przerażenia do wstrętu a później zachwytu.

Padalec

Padalec (Anguis fragilis) to gatunek jaszczurki z rodziny padalcowatych. Charakteryzuje się długim, cylindrycznym ciałem pokrytym gładką, błyszczącą miedziana lub szarą skórą. Padalce występują głównie w Europie Środkowej i Wschodniej, preferując wilgotne lasy i tereny podmokłe. Są drapieżnikami, polując głównie w nocy na owady i inne małe zwierzęta. Mają zdolność kopania nor, co pomaga im w schronieniu się i polowaniu.

Padalec jest gadem. Padalce należą do rzędu łuskonośnych, podobnie jak węże i jaszczurki, co klasyfikuje je jako gady.

Gadzi mózg człowieka

Gadzi mózg, zwany również mózgowiem gadzim, jest starszą częścią mózgu człowieka, obejmującą móżdżek i rdzeń przedłużony. Z punktu widzenia psychologii, ta część mózgu jest często kojarzona z instynktami, reakcjami emocjonalnymi oraz funkcjami związanymi z przetrwaniem i kontrolą podstawowych funkcji fizjologicznych, takich jak oddychanie, tętno i połykanie. Odpowiada również za działania automatyczne i reakcje walki lub ucieczki w sytuacjach stresowych. Pomimo że część ta jest związana z pierwotnymi instynktami, ma również wpływ na wyższe funkcje mózgowe, takie jak pamięć emocjonalna i regulacja emocji.

Kreatywne pisanie, narzędzia nieoczywiste

Żeby pisać trzeba ćwiczyć jak w filharmonii. Tworzyć poranne strony z regularnością co do dnia i godziny. Oszukać świadomość i dostać się się do podświadomości, żeby wyciskać ją jak cytrynę. Wykorzystać jej kreatywność i dobroć kiedy ego jeszcze smacznie śpi. Wierzę, że to klucz do głębokiej pracy która przynosi efekt.

Jeszcze spacery tak jak robił to Jung i jemu podobni. Spacer to podstawa dobrostanu. Uważność. Wystawianie zmysłów na ekspozycję światła, przestrzeni i ptaków. To jest doznawanie. Wchłanianie. Czerpanie z natury. Pochylanie się nad ziarnkiem piasku, w którym zamknięty jest przecież cały świat.

Zauważanie formy rzeczy. Chropowatości i splątania. Puchu delikatności na gałązkach pnączy i splątań chmielu. Bezlistnej rudości. Zimowego zasypiania. Zwalniania rytmu serca. Hibernacji myśli. Spękanej kory i ostatniego suchego liścia na gałęzi. Szukanie.

Kreatywne pisanie to proces tworzenia tekstu, który angażuje wyobraźnię i oryginalność. Obejmuje różnorodne formy, takie jak opowiadania, wiersze czy scenariusze, i zachęca do eksperymentowania z językiem oraz strukturą, aby wyrazić unikalne pomysły.

W dobie sztucznej inteligencji tylko kreatywność daje nam przewagę.

Poranne strony i automatyczne pisanie

Poranne strony to praktyka kreatywnego pisania, popularna wśród autorów i osób pragnących rozwijać swoją kreatywność. Polega na napisaniu trzech stron tekstu ręcznie lub elektronicznie każdego ranka, bez zastanawiania się nad treścią czy dbania o poprawność językową. Jest to forma automatycznego pisania, gdzie celem jest utrzymanie płynności myśli.

Automatyczne pisanie to proces tworzenia bez zatrzymywania się, analizowania czy oceniania tekstu. Celem jest stymulowanie przepływu myśli, odkrywanie nowych pomysłów i zwalczanie blokad twórczych. Poranne strony, zapoczątkowane przez autorkę Julie Cameron w książce „The Artist’s Way”, są jednym z popularnych sposobów na wdrożenie tej techniki. O piśmie automatycznym przeczytałam również w „Piśmie automatycznym”, praktycznym poradniku Michaela Sandlera.

Pisanie automatyczne może pomóc w pokonaniu perfekcjonizmu i skoncentrowaniu się na procesie tworzenia, a nie na ostatecznym rezultacie. To narzędzie może być używane zarówno w celu rozwijania kreatywności, jak i przemyśleń osobistych.

Automatyczne pismo Bretona

„Automatyczne pismo, które wynalazł André Bretón, jest transkrypcją snów na papier lub autentyczną fotografią myśli.

André Breton jest uznawany za ojca surrealizmu. Francuski artysta zaproponował automatyczne pisanie jako sposób dotarcia do obszaru nieświadomości. Powiedział, że dzięki temu można zrobić dyskurs poetycki, który wykracza poza ustalony porządek estetyczny, społeczny lub moralny.

Samo pisanie ma na celu przekazywanie w miarę powstawania idei umysłu, bez ich odzwierciedlania i bez posiadania precyzyjnego tematu. Chodzi o przetłumaczenie ich bezpośrednio na tekst lub wiersz. To dlatego, że zdania przychodziłyby bezpośrednio z podświadomości i nie miałyby ze sobą logicznej spójności.

Pisanie z twórczego przepływu

Breton nie chciał, aby jego pisanie sprowadzało się do obliczeń psychologów. Dla nich stał się obrońcą ortodoksji i surrealistycznej czystości. Na przykład sztuka Luisa Buñuela, Salvadora Dalí, Louisa Aragona, Philipe Soupault, Antonina Artauda i Paula Éluarda.

Podobnie zaproponował przelecieć nad literackimi technikami surrealizmu, ruchu opartego na sile obrazu, snach i unieważnieniu logiki. Chodzi o eksperymentowanie w kierunku naszej figlarnej i dziecinnej strony io zmianę, która nie jest zwolniona z pewnego szaleństwa.

Tak więc, Breton opowiadał się za pisaniem mechanicznym, zrodzonym z twórczego przepływu podświadomości, a zatem bez wpływu jakiejkolwiek racjonalnej lub estetycznej przeszkody.

Z tego powodu napisał pierwszy surrealistyczny manifest w 1924. W jednym ze swoich fragmentów, André

Manifest surrealistyczny

Breton wyjaśnia technikę automatycznego pisania:

  1. Ustaw się w miejscu, które jest jak najbardziej sprzyjające koncentracji ducha
  2. Wpisz najbardziej pasywny lub odbiorczy stan, z którego jesteśmy w stanie
  3. Aby zrezygnować z geniuszu, talentu i geniuszu i talentu innych
  4. Wielokrotnie twierdzę, że literatura jest jedną z najsmutniejszych ścieżek, które prowadzą wszędzie
  5. Pisz szybko, bez z góry ustalonego tematu, pisz wystarczająco szybko, aby nie być w stanie hamować i nie kusić, by przeczytać to, co jest napisane
  6. Niech pierwsze zdanie przyjdzie do głowy i tak zwięźle
  7. Pisz dalej. Zaufaj niewyczerpanej naturze szmeru
  8. Jeśli cisza zagraża, z powodu braku, musimy nazwać „brak uwagi”, tutaj przerwij
  9. Podążając za słowem, umieść dowolną literę i powróć do stanu arbitralności.

W ten sposób André Breton zdefiniował pisanie automatyczne i wykorzystał je jako sposób na tworzenie sztuki poprzez podświadomość i spontaniczność myśli.” (fahrenheitmagazine.com)

https://fahrenheitmagazine.com/pl/sztuka/listy-artystyczne/automatyczne-pisanie-andre-breton-to-transkrypcja-jego-marze%C5%84