Archiwa kategorii: Kingfisher przy kawie

Ścieżki

Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jak pory roku podążają za nami bezwiednie. Stwierdzenia, przyzwyczajenia pozostają z nami przez całe życie. Stereotypy zagnieździły się w głowach na stałe i nie chcą się zmieniać pomimo racjonalnych wyjaśnień. Istnienie dobra i zła jest wdrukowane w kod genetyczny każdego Polaka. To prawda objawiona i niezmienna. Nikt nie przypuszcza, że mogłaby nie istnieć. Nikt z tym nie walczy bo i po co. Kochamy dobrych i nienawidzimy złych. To proste. A gdyby tak dobro i zło nie istniało? Czym byśmy sobie to zastąpili. Do jakich zbiorów grupowało ludzi i rzeczy. Na jakie kategorie rozdzielali cechy, zachowania i zdarzenia?

Rzeczywistość jest tworem. Nabyta w dzieciństwie jak nowa para butów jest niezmienna z jednej perspektywy. W niej wszystko jest nazwane i dopasowane do norm jakie stworzyli dorośli i system. Gdy normy nie uwierają nic się nie zmienia. Rośniemy i umieramy. Godzimy się na wytyczone ścieżki, którymi kroczyli dorośli. Stajemy na ich początku i podążamy automatycznym nurtem. Nie wkraczamy na zielone trawniki nawet jeśli trasa wydaje się ciekawsza i krótsza. W naszych głowach są tylko wydeptane szare dróżki ze znanym zakończeniem. Okienka dopasowane do naszych twarzy w szablonie zdjęć przeznaczonych dla innych twarzy w machinie ocen sprowadzonych do dobra lajków i zła braku uwagi zajmują lwią część aktywności dnia, a często nawet nocy. Bez względu na wcześniejsze ścieżki rozwoju wybieramy sztuczne twarze w sztucznej masie sztucznych pozdrowień i sztucznie krótkich rozmów, paradoksalnie w ciągłej obawie przed sztuczną inteligencją, w której już od dawna jesteśmy zatopieni po uszy.

Bezład

Niewyglądając przez okno czuję, że jest zimno. Szaro i jesień. Słońce nie spieszy się do wzejścia a może nie chce. Spokój. Nic się nie dzieje.

Szara gęsta mgła jakby wnikała przez szyby do wewnątrz mojego pomieszczenia przepełniając go wilgocią i zapachem mokrych liści. Pora blado szarości rozgościła się na dobre. Zapanował bezwład niewystawiania. Niezgłaszania ciała na umówioną godzinę. Nienadążania za umysłem. Buntowanie się kończyn do wykonywania rozkazów odgórnego centrum. Zaniechanie mięśni i ignorancja stawów do stawiania się do pionu. Nikt się dzisiaj do niczego nie zmusi. Dzisiaj odpoczywamy. Pozwalamy sobie na ten stan. Nasze miejsce jeż w łóżku choć godzina już wstydliwa. Ósma niezrobiona, ósma leniwa, ósma bezładna. O ósmej nic się nie zdarzy.

Pokoje rozpływają się w nicości zdarzeń. Żadna siła nie porusza krzesłami i talerzami. Niewłączony ekspres do kawy nie wpada w konwulsje. Ogień nad palnikiem nie powstaje od kręcenia metalowym kurkiem z czarną obwódką, z którego jak jad pulsacyjne strzela iskra.Nikt nie stawia na nim garnuszka z czarnymi uchwytami. Lewym nieznacznie zdeformowanym od niesfornego płomienia. Nikt nie wrzuci do niego jajek ani nie doda soli do gotującej wody. Mleko również nie zaznaczy swojej obecności białą plamą na czarnym blacie kuchenki. Nic się nie wydarzy zanim ciało nie zacznie swojej podróży. Teraz będzie tylko cicho. Na drugim piętrze nikt dzisiaj nie walczy z grawitacją. W tym dniu brakujące części rzeczy nie będą znalezione ani dołączone do swoich matek rzeczy. Nic istotnego nie powstanie. Ani się nie złoży, nie ułoży w oczekiwaną całość. Cząsteczki szarego gęstego powietrza nie będą wprawione w ruch, rozproszone westchnieniami i prawa fizyki też nie podziałają. Zostaną wyłączone. Oprócz grawitacji. Bez niej, przecież to by się bezładowi nie udało.

Podświadomość

Temperatura spadła do pięciu. Piątek pojawił się tak szybko, jak gdyby następował zaraz po poniedziałku z pominięciem harmonijki pozostałych dni, które schowały się w zagięciach powtarzalnych czynności. Tydzień za tygodniem, godzina za godziną, minuta po minucie. W porach roku i w porach dnia. Bez przestanków na wdechu… Gdy wreszcie stwierdzamy, że tak się nie da… Doszukujemy się czegoś więcej. Czegoś wyjątkowego. Czegoś nad czym można się pochylić i wykrzyknąć: naprawdę!? Potrzeba zmiany jest ogromna. Zaczynamy działać.

Szukamy punktów zaczepienia. Staramy się usprawniać małe rzeczy, żeby zaczęły działać na naszą korzyść i zaowocowały czymś większym. Entuzjazm mija zwykle po tygodniu. Nie szkodzi bo od następnego zaczynamy kołowrotek od nowa. Walczymy z uzależnieniami przyzwyczajeń, złymi nawykami marnotrawstwa pieniędzy i czasu. Nieświadomością i bólem manipulacji toksycznych ludzi. Staramy się nie dać. Staramy się ulepszać. Przewidywać. Już nie błądzić. Działać po swojemu.

Wszystkie nowe wyzwania układają wyższe plotki w naszych umysłach. Wspinamy się na nie. Patrzymy z góry. W taki sposób się zmieniamy. I takimi zmianami zarażamy innych. To jest dobre. Daje ukojenie. Pojawia się spokój czasem nawet harmonia. Zaczynamy płynąć. Osiągamy cele. Jeśli nikt nas nie wytrąci z rytmu spełnią się nasze marzenia. Dobre intencje i praca otwierają nowe furtki. Za nimi jest nowy lepszy świat. I znów nowe marzenia…

Jednak prawdziwe drzwi percepcji uchylą się wtedy gdy dotrzemy do naszej podświadomości. Do tajemniczego skarbca z narzędziami minionej rzeczywistości, która jak wyrocznia wie o nas wszystko czego sami nie odważymy się wiedzieć. Zbioru dóbr, których nikt nam nie zabrał ani nie podmienił przez te wszystkie lata. Do światła, które czeka na właściwy ruch. Podświadomość patrzy, obserwuje, jest.

Tylko czym ona tak naprawdę jest? Czy naprawdę istnieje. Jeśli tak, jak można się do niej dostać i wyciągnąć ją na powierzchnię. Spotkać się z nią jak z bliźniaczym bratem, który ma tyle do powiedzenia, że nie wie od czego zacząć. Jest szczery i czerpie radość z samej rozmowy. Z samego bycia tu i teraz. Z mojego, naszego towarzystwa. Energia wolna od roszczeń. Energia bycia tak po prostu. Zwyczajna treść, dialog, wymiana siebie bez lokowania produktu. Darmowa lemoniada w upalny dzień.

Podobno w ciszy i w kolokwialnych porach relaksu objawia się niespodziewanie…

Chcę słuchać.

Kreatywność

Mój przewodniku i Byty Świetliste podarujcie mi garść kreatywności. Niech nad martwym wzlecę światem do doliny rozkoszy gdzie wszystko w złoto się zamienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Pomysł nie przychodzi z niczego. Rodzi się w bólach jak tytuł udanej książki. Takiej, której napisanie jednej strony kosztuje cię przeczytanie ośmiu innych. Do tego umysł musi być wypoczęty i wypieszczony ruchem na świeżym powietrzu. Dotleniony czystym tlenem z lasu lub z gór. Ruch musi być systematyczny i męczący tak by krew przyspieszała swój przepływ w pajęczynach mózgu i pozbywała się nadprodukcji trucizn i toksycznych myśli. Oczy nakarmione zielenią, tak by świadomość ustąpiła choć na chwilę podświadomości a ta zaczęła wreszcie budować kryształowe zamki tam gdzie nikt się nie spodziewa. Myśli muszą być wolne od rozkazów kierownika, któremu nie kończy się lista zadań.

Tę wolność swobodnego przepływu trzeba sobie wyhodować jak pogodę na starość. Wcześniej raczej nie ma szans na coś budującego. Tamto „wcześniej” należało bardziej do destrukcji, którą trudno z powrotem oddelegować do piwnicy zmartwień. Ale jest to jak najbardziej możliwe. Wystarczy tylko nietoperze zamienić na jaskółki. I tak zamieniać, aż ta czynność stanie się całkowicie automatyczna jak mycie zębów czy wchodzenie po schodach. Zamienianie trzeba wyćwiczyć. Dobre zamienianie wykształca się długo, ale to właśnie ten trening często ratuje nam życie. Czas zawsze zniechęca. Czasowi na nas nie zależy. Czas nie uczy cierpliwości. Czas jest bezwzględny. Nic nie czuje. Nie można z nim negocjować. Zatem trzeba go oszukać.

Jesteśmy sami i sami jesteśmy odpowiedzialni za produkcję i jakość swoich myśli. Dopuśćmy do głosu te naprawdę nasze, źródłowe bez szumu. Bez echa cudzych. Bez sztucznych potrzeb i poglądów. Bez cudzych marzeń i spojrzeń. Tylko swoje. Potem odważnie to „swoje” pielęgnować i bronić. Wtedy musi się udać. Oczywiście odrobina magii nie zaszkodzi. Dobre intencje pomagają. Kreatywność je lubi. Dokarmiajmy siebie. Pozwólmy sobie oddychać.

Przepływ

Już późno ale jeszcze cisza. Słychać wodę przelewającą się u sąsiadki na górnym pokładzie. Woda płynie z kranów na przemian jakby ktoś napełniał tysiące wanien. Strumienie wody dudnią w metalowe ściany. Jakbyśmy żyli w wielkim zbiorniku uzupełnianym regularnie płynem. Czasem jakiś niesforny strumień przedostaje się do mnie w postaci pykających kropel wody za zegarem. Wtedy nie wiem, czy to zegarowa wskazówka przesuwa się skokowo po czarnej tarczy odmierzając sekundy czy jednak krople wody spływające gdzieś po rurach w nieznane zaściankowe przestrzenie. Kiedyś to wszystko buchnie wielkim wodospadem.

Listopadowe poranki są coraz cichsze. Ta pora roku naturalnie wymusza spokój. Rozleniwienie idzie w parze szaro sinym tłem za oknem. Wyczuwalnej wilgoci w coraz krótszych dniach. Chciałoby się zapaść w sen zimowy i obudzić się dopiero z pierwszym żółtym pierwiosnkiem przebijającym się spod brązowych liści dębu gdyby nie było szkoda tej tajemniczej atmosfery. Obietnicy dobrej opowieści utkanej z deszczu, mroku i lęku. To dobry czas na książkę i dreszczowiec.

Łatwiej jest sobie przyswajać zdarzenia malując je w umyśle w swój unikalny sposób. Łatwiej jest być uważnym gdy świat spowalnia. Włącza się przepływ. Dla pisarzy to najlepszy czas na tworzenie nowych historii, malarzom sprzyjają ostatnie żółte liście brzóz i klucze szarych gęsi. Fotograf znajdzie ostatnie jesienne astry przy wąskich dróżkach działkowych a przy odrobinie szczęścia usiądzie na nich modraszka. Kreatywność przychodzi w ciszy. Cisza to dobro. Magnez tworzenia. Esencja delikatnych aktywności, których efekt objawia się często spektakularnym efektem a wtedy najbardziej depresyjny miesiąc może stać się dla niektórych wybawieniem.

Czas tworzenia i czas przepływu to jedno. Tak samo szybko mija. Przelewa się jak krystalicznie czysta woda. Uzdrawia. Daje moc. Tyko tworząc jesteśmy wzmacniani. Tworząc jesteśmy coś warci. Tworząc wyrywamy kraty. Tworząc leczymy lęki. Tworząc rodzimy się na nowo.

Umniejszanie

Jak znaleźć spokój w kolejnym poniedziałkowym hardcorowym poranku?

Nie wiem.

Myśli pędzą na oślep. Lista zadań wydłuża się brakiem oddechu. Zakupy, zupy, pranie, sranie, pisanie, publikowanie, szukanie zdjęć, wybieranie, krzyki niezadowolonych młodych głów oraz wspomnienie chujowego weekendu. Pretensje do świata przewijają się w głowie z prędkością światła. Oddech nie pomaga. Przytłacza nieuchronność zdarzeń i zawsze to samo przyprawione umniejszane gówno. Popaprane święta tuż tuż. I znów wystąpię w roli aktora z przyklejonym uśmiechem, lokaja, kelnera, kucharza i sprzątaczki. Niby nic. Ale czekam końca takiej formy dla siebie. W dupie mam ich celebrowanie. Święta są wtedy gdy nic się nie robi. Albo gdy fajnie jest robić coś co daje radość wszystkim a nie jaśnie wielmożnemu obsługiwanemu państwu za marnych parę groszy. Tyle lat bez ucieczki, kara, ignorancja, brak odwagi. Klatka. Mesjasz nie nadchodzi.

Wdech, wydech.

Moja dusza unosi się na oparach wyimaginowanej wolności. Mam ją w głowie. Złudzenie. Obietnica zmiany. Pojawia się jak tunel ze światełkiem na końcu gdy już ciało nie chce działać. Wtedy można przeskoczyć w inny wymiar. Wracają marzenia. Świat idealny. Bez przymusu. Pracoholiczej pracy, usługiwania, wygaszania emocji innych wciąż niezadowolonych. Udawania, że wszystko jest tylko chwilą i zaraz się skończy. Bycia tylko po swojej stronie. Łapania światła.

Nadmiar gówna przychodzi niespodziewanie. Pędzi jak zła wiadomość, jak sztylet po drucie. W kolejce do kasy. Nerwowym stukaniu kluczem o blat stołu. Pogardliwym spojrzeniu. Kolejnym Znudzonym westchnieniu. Umniejszaniu.

Umniejszanie jest najgorsze.

Umniejszanie jest jak jad. Zatruwa pomału jasne skupiska neuronów, które mogłyby jeszcze spokojnie pożyć w błogiej nieświadomości poranka. Umniejszanie bezlitośnie zamyka drzwi na klucz. Trzyma nóż przy gardle. Nie pozwala oddychać.

Ale to przecież nic takiego…, To tylko chwilka…, Nic się nie dzieje…, To tylko jeden wieczór…, Przetrzymasz…, Damy radę…, Jakoś się zorganizujesz…, Nie zdajesz sobie sprawy jakie ludzie mają problemy…, Przesadzasz…, Nic ci nie będzie…, Znowu przesadzasz…

Umniejszanie nie ma nawet porządniej definicji. Przecież uczynić coś, kogoś mniej ważnym to umniejszenie umniejszania. Umniejszaniu umniejszono nawet rangę. Umniejszanie nie ma struktury. Umniejszanie samo się umniejsza. Nad umniejszaniem nikt się nie pochyla ani nie zamiata jej pod dywan. Umniejszanie jest niewidzialne.

Umniejszanie objawia się tylko spierdolonym umysłom. W jakiś magiczny sposób nie dotyka ich ale napierdala regularnie jak pijaną patomatkę za jej ciągle grzechy. Umniejszania się nie spotyka ale zderza się z nim jak ze ścianą pogardy. Umniejszanie nie śmie zaprzeczać swej małości. Na umniejszanie się umiera.

Niewidoczność

Piątkowe poranki ubierają się w jesienne płaszcze. Są obietnicą cudu, który nigdy nie nadchodzi. Jednak obserwujemy symptomy i trzymamy się złudzeń. Będzie dobrze. A jednak…

Praca w dzisiejszych warunkach jest nie do wytrzymania jeśli jest pracą na cudzy rachunek. Myślę, że potrzeba naprawdę dobrej gratyfikacji, żeby przetrwać w niej miesiąc z dobrym stanem neuronów pod kopułą. Jeśli jest się posiadaczem wrażliwego umysłu poszukującego nowych wrażeń i inspiracji – już jest się trupem.

Rankiem stężone i ściśnięte myśli ulatują wraz pierwszym dźwiękiem budzika w starej Noki, której wytrzymałość zredukowała się właściwie tylko do tego. Później te myśli odlatują spłoszone jak stada jesiennych gęsi wznoszących się w panice za nerwowym przewodnikiem czującym nagły przymus odlotu. Później trudno je złapać. Dlatego poranki są najważniejsze i nie można ich marnować. Zwłaszcza gdy czas w tym wymiarze przyspiesza i niemiłosiernie kurczy. Świadomość nakazuje wykorzystywać je na robienie najmądrzejszych rzeczy. Później myśli głupieją zaprzągnięte do codziennych nudnych zadań tracą magię. Czar pryska. Zamieniamy się w automaty. Pościel, talerz, koszula, pośpiech. Tylko szybujący gawron za oknem przypomina o przestrzeni innych możliwych zdarzeń. Ale ciebie tam nie ma. Jesteś przytłaczająco obecny w zamkniętym akwarium. Możesz jedynie postukać w szybkę by dać się kolejny raz zignorować ptakom.

Ignorancja to smutne słowo naszych czasów. Ignorowane dzieci wyrastają w domach ignorujących je matek i ojców, którzy byli również ignorowani przez swoich rodziców. Wymówką jest praca. Ciężka praca. Później choroba a następnie choroba alkoholowa, opioidowa, dopalaczowa. Są też inne przyczyny. Kalectwo emocjonalne skutkujące niewyobrażalnym niewidzeniem słonia lub zaburzenia psychiczne. Możliwości jest wiele.

A może to tylko wynik nieprzetwarzającego rzeczywistości umysłu w wyniku czego powstaje niewidzenie. Czasem się zastanawiam na ile możliwe jest to niewidzenie. Może jest formą sadyzmu, zadośćuczynienie za znikanie innych w jego przeszłości. Galopująca forma zemsty – nikt mnie nie dostrzegał dlatego ja nie zauważam was. A może jest zwyczajnym niewidzeniem wynikającym z braku dostatecznej uwagi. Tak czy owak tylko ludzie są zdolni do niewidzenia zamierzonego lub niezamierzonego. W naturalnym świecie to się nie zdarza. Dzikość nie może sobie pozwolić na niewidzenie. Wejdź do lasu. Tam każdy twój krok jest rejestrowany przez miliony istnień. Ukryte za drzewami zmysły kontrolują każdy twój ruch. Jesteś na świeczniku. Przekroczyłeś barierę ignorancji. Przez moment jesteś bardzo ważny. Straszny i piękny bez lajków. W tym wymiarze wszystko zdarzyć się może bez większego wysiłku…

W ludzkiej dżungli musisz walczyć o widoczność. Ściągnąć spodnie. Wystawić cycki. Wystawić na pośmiewisko swój spieprzony umysł… Krzycząc: popatrz! Jestem! Istnieję! Czuję! Zlituj się nad moją samotnością. Umieram przez nią!

W odpowiedzi jak zwykle dostaniesz bezdźwięczne spierdalaj.

Cisza

Gdy wszystko cichnie przychodzą dobre emocje spokoju. Kontrolowana samotność jest wybawieniem. Hałas codzienności jest trucizną, która sączy się do naszych umysłów w każdej minucie bezwiednie, niezauważalnie, podstępnie. Złośliwe głosy w głowie karmią się nimi jak mięsem. Trzeba znaleźć drogę ewakuacji.

Miasto wrzeszczy i tyka jak bomba wybuchając miliardem metalicznych dźwięków. Ostrza wbijają się w podświadomość. A ona chociaż silna, chowa się coraz głębiej w swojej jaskini. Na falach ulicznego jazgotu tańczy lęk. W mieszkaniach, zamknięte kotłują się frustracje. Nadchodzi mrok.

Dobrze, że cisza przychodzi niespodziewanie jak dobry sen, który wyrywa nas na chwilę z beznadziei. Przypomina o innym świecie. O sobie. Nie zagłusza kojących myśli o wolności w pachnącym igłami sosen lesie. O niebie z ptakami i wodzie z rybami.

Cisza.

Leczy i podnosi. Może wszystko. Nie czerpie satysfakcji z krzywdy wynędzniałych istot. Wzmacnia je i odżywia. Pozwala urodzić się na nowo. Jest lękiem na całe zło. Jest umysłem, który może się połączyć z innymi umysłami. Jest wolnością cichych słów. Odpoczynkiem. Nadzieją.

Jestem przy Michaelu Sandlerze i jego Piśmie automatycznym…, dzięki któremu podobno można połączyć się ze swoją podświadomością. To obiecujące doznanie, wyciszające i inspirujące. Dziękuję, Wam Byty Świetliste za to odkrycie. Ten tydzień otworzy nowe wrota energii.

Pisanie dziennika to wytwór egoistycznego myślącego umysłu. Piszemy tylko o tym, co się wydarzyło, czym się martwimy i jakie mamy analityczne odpowiedzi na swoje problemy. Jak powiedział Einstein, nie można rozwiązać problemu z poziomu energii, na jakim powstał. Na tym właśnie polega pisanie dziennika. To wytwór twojego myślącego umysłu.

W przeciwieństwie do do pisma automatycznego, które pochodzi od wyższej mądrości, bez względu na to, czy według ciebie pochodzi ona z twojego wnętrza czy też spoza niego, z piekła czy z nieba. Znajduje się ona poza twoim codziennym myśleniem, więc jest na wyższym poziomie i zna dużo lepsze odpowiedzi.

Michael Sandler, Pismo automatyczne, praktyczny poradnik…, 2022

Czytam jednocześnie, Drogę artysty, Jak wyzwolić w sobie twórcę, Julii Cameron. Właściwie od niej zaczęłam i przez nią, a raczej dzięki niej wpadł mi social mediach tytuł pisma automatycznego. Z Drogi artysty dowiedziałam się o porannych stronach, które nieźle się sprawdzają jeśli mamy blokadę. Bezmyślne poranne pisanie może być wybawieniem i otwiera zabarykadowane drzwi świadomości, a raczej podświadomości. To świetna lektura dla wszystkich poszukujących zmiany. Pisanie to proces. Od czegoś trzeba zacząć. Kreatywność jest jego skutkiem ubocznym. Inaczej nie ruszymy. Prokrastynacja zawsze zwycięży, kiedy zaczynamy wątpić. Automatyka, mam nadzieję, otwiera drzwi percepcji. Kto wie. Jednak bez ciszy w domu nic się nie uda.

Teraz ją mam. Nic prócz pralki jej nie zakłóca. Kłótnie u przemiłej pani i pana z dołu ucichły, a na górze nikt nie klepie kotletów. Dzwony piekieł wybiją dwunastą dopiero za cztery godziny. Listonosz nie rozetnie jej sztyletem domofonu. Jestem na wyższym poziomie świadomości. Słyszę nawet nitkowatą mowę sikorek. Wszechświat dzisiaj mi sprzyja. Zaraz zaczynam pracę. Niech spokój będzie ze mną!

Bezcenne

Oj tak, tak. Poranne strony jakoś mi nie idą. Muszę ustawić budzik jeszcze wcześniej. Szkoda, bo to miały być drzwi do mojej percepcji. Jak widać, te drzwi są nadal zamknięte. Nic nie odkrywam. Ale szukam. Nic mnie nie chwyta. Nuda, panie. Nic się nie dzieje. Regularnie wychodzę na spacer po południu jak sobie obiecałam… Ale dziś chyba się nie podźwignę. Szukam ciekawego tematu, inspiracji… Nic. Żadnych olśnień. Czekam.

Przeczytałam Anomalię, co ś drgnęło. Ale za słabo. Wracam do codzienności.

Dzień rozmywa się w krzątaninie kuchennej, prasowalniczej, wychowawczej, zakupowej i piśmienniczej… A w weekendy fotografuję.

W sobotę wyruszyliśmy w nieznane. Jak zwykle nad rozlewiska gdzie w przypływie szczęścia może zdarzyć się jakiś ptak. Ostatnio jest ich coraz mniej ale nam udało się zobaczyć chmarę gęsi pod Paczkowem. Były ciarki gdy chmura dzikich gęsi podniosła się nad jeziorkiem. Dla takich wrażeń warto tłuc się godzinami. Odgłosy skrzydeł rozbijających powietrze, szum wiatru spod piór i głośne gęganie wywracają świadomość istot kroczących, takich jak ja, do niespodziewanych wybuchów radości korzystających w swym kalectwie braku skrzydeł, tylko z grawitacji.

Na innym zbiorniku w pobliżu Nysy widzieliśmy kormorany i białe czaple. Jednak trzymały się w bezpiecznej, niedostępnej dla mojego aparatu odległości. Słońce odbijało się od fal. Nagrzane powietrze trzęsło się nad wodą jak nad pasem startowym. Październikowy upał uniemożliwił fokusowanie. Nie szkodzi. Liczą się widoki. Natury nie da się odzobaczyć. Zapach i smak dzikości pozostaje na długo.

Jeszcze myszołowy zastygające na drzewach w porannej mgle – bezcenne.

Jesień

Jesień przykryła chodniki kolorowymi dywanami. Zapach liści unosi się nad moim miastem. Słota nie jest brzydka jak podają słowniki. Słota jest melancholią do której trzeba umieć się przyzwyczaić. Trzeba umieć ją zaakceptować i z niej czerpać. Pogodzić się z wilgocią. W deszczu można znaleźć ukojenie jeśli wcześniej nie wpadnie się do dołu rozpaczy. Jesień jest dobra do przemyśleń i czytania dobrych książek. Jesień potrafi być miła i spokojna gdy trafimy do dobrych miejsc.

Tęsknię za lasem. Za spacerem w dzikim grzybowym świecie ciszy. Tam jest moc. Zapach mchu z prawdziwkową nutą. Strzelanie gałązek pod stopami. Świergot spłoszonych kosów i popłoch oddzielonych od stada koziołków. Uzdrawiającą cisza drzew. Czysty tlen dla mózgu. Odprężenie, którego nigdy nie znajdę w mieście. Może będzie mi dane… Ale chyba dopiero w przyszłym tygodniu. A może w sobotę? Zobaczymy.

J. Znów pojechał. Do piątku muszę ogarnąć chłopców. Dojazdy do szkoły są wyczerpujące ale dzielnie dają radę. Jakoś to będzie gdy się jeszcze wcześniej wstanie.

Zacznijmy od środy. Krótka medytacja i prysznic. Trochę otuchy i do dzieła… Dzisiaj postaram się mniej pracować. Może uda mi się więcej poczytać. Będzie dobrze.