Człowieki tylko sobie patrzą w oczy. Nie w czarne rozstawione po bokach węgliki. Co ich obchodzą myśli w czarnych główkach. Neurony karmione orzechami włoskimi nie zasługują na uwagę naczelnych…
A tam przecież jak w tyglu buzują pomysły spędzenia kolejnej ważnej chwili na lub pod płotem. Z ziomkami lub bez. W przestrzeni i w środku koron. Nad głowami… Z wiatrem.
A człowiek w nudnej perspektywie chodnika. W dole. Wciąż bez skrzydeł.
May Katherine napisała w „Zimowaniu” że to rodzaj przyzwolenia na zwolnienie po różnych przypadkach „złych” rzeczy, które nas spotykają. Choroby, rozstania, początki, brutalne zmiany a nawet śmierć potrzebują zwolnienia i odpuszczenia. Potrzebują zimowania. Strawienia.
Zima to zasypianie. Przyzwolenie na nicość i brak przepływów. Zastyganie na drzewach ptaków. Wędrówki dusz. Przeczekanie zimna. Umierania przy przesileniach. Lęki o świcie i strach w oczach przechodniów. Zgoda na bezczynność. I zgoda na bezmiar pracy. Zimowania trzeba uczyć się latami.
Z czasem staje się wytrenowaną umiejętnością. Wypracowaną sekwencją czynności. Wdechem i wydechem. Hibernacją.
Śniegiem w lesie. Zamarzniętym wzorem na szybie. Cieplejszymi butami. Mroźnym spacerem zakończonym herbatą z imbirem…