Archiwa tagu: #Kingfisherprzykawie

Niewidoczność

Piątkowe poranki ubierają się w jesienne płaszcze. Są obietnicą cudu, który nigdy nie nadchodzi. Jednak obserwujemy symptomy i trzymamy się złudzeń. Będzie dobrze. A jednak…

Praca w dzisiejszych warunkach jest nie do wytrzymania jeśli jest pracą na cudzy rachunek. Myślę, że potrzeba naprawdę dobrej gratyfikacji, żeby przetrwać w niej miesiąc z dobrym stanem neuronów pod kopułą. Jeśli jest się posiadaczem wrażliwego umysłu poszukującego nowych wrażeń i inspiracji – już jest się trupem.

Rankiem stężone i ściśnięte myśli ulatują wraz pierwszym dźwiękiem budzika w starej Noki, której wytrzymałość zredukowała się właściwie tylko do tego. Później te myśli odlatują spłoszone jak stada jesiennych gęsi wznoszących się w panice za nerwowym przewodnikiem czującym nagły przymus odlotu. Później trudno je złapać. Dlatego poranki są najważniejsze i nie można ich marnować. Zwłaszcza gdy czas w tym wymiarze przyspiesza i niemiłosiernie kurczy. Świadomość nakazuje wykorzystywać je na robienie najmądrzejszych rzeczy. Później myśli głupieją zaprzągnięte do codziennych nudnych zadań tracą magię. Czar pryska. Zamieniamy się w automaty. Pościel, talerz, koszula, pośpiech. Tylko szybujący gawron za oknem przypomina o przestrzeni innych możliwych zdarzeń. Ale ciebie tam nie ma. Jesteś przytłaczająco obecny w zamkniętym akwarium. Możesz jedynie postukać w szybkę by dać się kolejny raz zignorować ptakom.

Ignorancja to smutne słowo naszych czasów. Ignorowane dzieci wyrastają w domach ignorujących je matek i ojców, którzy byli również ignorowani przez swoich rodziców. Wymówką jest praca. Ciężka praca. Później choroba a następnie choroba alkoholowa, opioidowa, dopalaczowa. Są też inne przyczyny. Kalectwo emocjonalne skutkujące niewyobrażalnym niewidzeniem słonia lub zaburzenia psychiczne. Możliwości jest wiele.

A może to tylko wynik nieprzetwarzającego rzeczywistości umysłu w wyniku czego powstaje niewidzenie. Czasem się zastanawiam na ile możliwe jest to niewidzenie. Może jest formą sadyzmu, zadośćuczynienie za znikanie innych w jego przeszłości. Galopująca forma zemsty – nikt mnie nie dostrzegał dlatego ja nie zauważam was. A może jest zwyczajnym niewidzeniem wynikającym z braku dostatecznej uwagi. Tak czy owak tylko ludzie są zdolni do niewidzenia zamierzonego lub niezamierzonego. W naturalnym świecie to się nie zdarza. Dzikość nie może sobie pozwolić na niewidzenie. Wejdź do lasu. Tam każdy twój krok jest rejestrowany przez miliony istnień. Ukryte za drzewami zmysły kontrolują każdy twój ruch. Jesteś na świeczniku. Przekroczyłeś barierę ignorancji. Przez moment jesteś bardzo ważny. Straszny i piękny bez lajków. W tym wymiarze wszystko zdarzyć się może bez większego wysiłku…

W ludzkiej dżungli musisz walczyć o widoczność. Ściągnąć spodnie. Wystawić cycki. Wystawić na pośmiewisko swój spieprzony umysł… Krzycząc: popatrz! Jestem! Istnieję! Czuję! Zlituj się nad moją samotnością. Umieram przez nią!

W odpowiedzi jak zwykle dostaniesz bezdźwięczne spierdalaj.

Cisza

Gdy wszystko cichnie przychodzą dobre emocje spokoju. Kontrolowana samotność jest wybawieniem. Hałas codzienności jest trucizną, która sączy się do naszych umysłów w każdej minucie bezwiednie, niezauważalnie, podstępnie. Złośliwe głosy w głowie karmią się nimi jak mięsem. Trzeba znaleźć drogę ewakuacji.

Miasto wrzeszczy i tyka jak bomba wybuchając miliardem metalicznych dźwięków. Ostrza wbijają się w podświadomość. A ona chociaż silna, chowa się coraz głębiej w swojej jaskini. Na falach ulicznego jazgotu tańczy lęk. W mieszkaniach, zamknięte kotłują się frustracje. Nadchodzi mrok.

Dobrze, że cisza przychodzi niespodziewanie jak dobry sen, który wyrywa nas na chwilę z beznadziei. Przypomina o innym świecie. O sobie. Nie zagłusza kojących myśli o wolności w pachnącym igłami sosen lesie. O niebie z ptakami i wodzie z rybami.

Cisza.

Leczy i podnosi. Może wszystko. Nie czerpie satysfakcji z krzywdy wynędzniałych istot. Wzmacnia je i odżywia. Pozwala urodzić się na nowo. Jest lękiem na całe zło. Jest umysłem, który może się połączyć z innymi umysłami. Jest wolnością cichych słów. Odpoczynkiem. Nadzieją.

Jestem przy Michaelu Sandlerze i jego Piśmie automatycznym…, dzięki któremu podobno można połączyć się ze swoją podświadomością. To obiecujące doznanie, wyciszające i inspirujące. Dziękuję, Wam Byty Świetliste za to odkrycie. Ten tydzień otworzy nowe wrota energii.

Pisanie dziennika to wytwór egoistycznego myślącego umysłu. Piszemy tylko o tym, co się wydarzyło, czym się martwimy i jakie mamy analityczne odpowiedzi na swoje problemy. Jak powiedział Einstein, nie można rozwiązać problemu z poziomu energii, na jakim powstał. Na tym właśnie polega pisanie dziennika. To wytwór twojego myślącego umysłu.

W przeciwieństwie do do pisma automatycznego, które pochodzi od wyższej mądrości, bez względu na to, czy według ciebie pochodzi ona z twojego wnętrza czy też spoza niego, z piekła czy z nieba. Znajduje się ona poza twoim codziennym myśleniem, więc jest na wyższym poziomie i zna dużo lepsze odpowiedzi.

Michael Sandler, Pismo automatyczne, praktyczny poradnik…, 2022

Czytam jednocześnie, Drogę artysty, Jak wyzwolić w sobie twórcę, Julii Cameron. Właściwie od niej zaczęłam i przez nią, a raczej dzięki niej wpadł mi social mediach tytuł pisma automatycznego. Z Drogi artysty dowiedziałam się o porannych stronach, które nieźle się sprawdzają jeśli mamy blokadę. Bezmyślne poranne pisanie może być wybawieniem i otwiera zabarykadowane drzwi świadomości, a raczej podświadomości. To świetna lektura dla wszystkich poszukujących zmiany. Pisanie to proces. Od czegoś trzeba zacząć. Kreatywność jest jego skutkiem ubocznym. Inaczej nie ruszymy. Prokrastynacja zawsze zwycięży, kiedy zaczynamy wątpić. Automatyka, mam nadzieję, otwiera drzwi percepcji. Kto wie. Jednak bez ciszy w domu nic się nie uda.

Teraz ją mam. Nic prócz pralki jej nie zakłóca. Kłótnie u przemiłej pani i pana z dołu ucichły, a na górze nikt nie klepie kotletów. Dzwony piekieł wybiją dwunastą dopiero za cztery godziny. Listonosz nie rozetnie jej sztyletem domofonu. Jestem na wyższym poziomie świadomości. Słyszę nawet nitkowatą mowę sikorek. Wszechświat dzisiaj mi sprzyja. Zaraz zaczynam pracę. Niech spokój będzie ze mną!

Bezcenne

Oj tak, tak. Poranne strony jakoś mi nie idą. Muszę ustawić budzik jeszcze wcześniej. Szkoda, bo to miały być drzwi do mojej percepcji. Jak widać, te drzwi są nadal zamknięte. Nic nie odkrywam. Ale szukam. Nic mnie nie chwyta. Nuda, panie. Nic się nie dzieje. Regularnie wychodzę na spacer po południu jak sobie obiecałam… Ale dziś chyba się nie podźwignę. Szukam ciekawego tematu, inspiracji… Nic. Żadnych olśnień. Czekam.

Przeczytałam Anomalię, co ś drgnęło. Ale za słabo. Wracam do codzienności.

Dzień rozmywa się w krzątaninie kuchennej, prasowalniczej, wychowawczej, zakupowej i piśmienniczej… A w weekendy fotografuję.

W sobotę wyruszyliśmy w nieznane. Jak zwykle nad rozlewiska gdzie w przypływie szczęścia może zdarzyć się jakiś ptak. Ostatnio jest ich coraz mniej ale nam udało się zobaczyć chmarę gęsi pod Paczkowem. Były ciarki gdy chmura dzikich gęsi podniosła się nad jeziorkiem. Dla takich wrażeń warto tłuc się godzinami. Odgłosy skrzydeł rozbijających powietrze, szum wiatru spod piór i głośne gęganie wywracają świadomość istot kroczących, takich jak ja, do niespodziewanych wybuchów radości korzystających w swym kalectwie braku skrzydeł, tylko z grawitacji.

Na innym zbiorniku w pobliżu Nysy widzieliśmy kormorany i białe czaple. Jednak trzymały się w bezpiecznej, niedostępnej dla mojego aparatu odległości. Słońce odbijało się od fal. Nagrzane powietrze trzęsło się nad wodą jak nad pasem startowym. Październikowy upał uniemożliwił fokusowanie. Nie szkodzi. Liczą się widoki. Natury nie da się odzobaczyć. Zapach i smak dzikości pozostaje na długo.

Jeszcze myszołowy zastygające na drzewach w porannej mgle – bezcenne.

Jesień

Jesień przykryła chodniki kolorowymi dywanami. Zapach liści unosi się nad moim miastem. Słota nie jest brzydka jak podają słowniki. Słota jest melancholią do której trzeba umieć się przyzwyczaić. Trzeba umieć ją zaakceptować i z niej czerpać. Pogodzić się z wilgocią. W deszczu można znaleźć ukojenie jeśli wcześniej nie wpadnie się do dołu rozpaczy. Jesień jest dobra do przemyśleń i czytania dobrych książek. Jesień potrafi być miła i spokojna gdy trafimy do dobrych miejsc.

Tęsknię za lasem. Za spacerem w dzikim grzybowym świecie ciszy. Tam jest moc. Zapach mchu z prawdziwkową nutą. Strzelanie gałązek pod stopami. Świergot spłoszonych kosów i popłoch oddzielonych od stada koziołków. Uzdrawiającą cisza drzew. Czysty tlen dla mózgu. Odprężenie, którego nigdy nie znajdę w mieście. Może będzie mi dane… Ale chyba dopiero w przyszłym tygodniu. A może w sobotę? Zobaczymy.

J. Znów pojechał. Do piątku muszę ogarnąć chłopców. Dojazdy do szkoły są wyczerpujące ale dzielnie dają radę. Jakoś to będzie gdy się jeszcze wcześniej wstanie.

Zacznijmy od środy. Krótka medytacja i prysznic. Trochę otuchy i do dzieła… Dzisiaj postaram się mniej pracować. Może uda mi się więcej poczytać. Będzie dobrze.

Idzie jesień

Piątkowe poranne sprzątanie uwieńczone zostało wieczornym domowym kinem. Pomiędzy obiadem a kolacją zrobiłam 7 kilometrów jestem z siebie dumna. W trakcie wieczornego zalegania wrócił J. z torbą wypchaną darami z Niemiec jak za starych dobrych czasów. Wina, piwa, czekoladki, kawa i Haribo! Zmęczony stawianiem jakiejś wystawy na targach. Połączyliśmy nasze zmęczenia.

Spałam całe siedem godzin. Dieta i chodzenie robi robotę. No ale wino przy sobocie kusi. Trzeba się przygotować na mentalną walkę. Czy wygrasz z winem i czekoladką? Jest szansa. Ale z piankowym Haribo sprawa się komplikuje.

Może pójdę w sobotę na ptaki. Wypełnię głowę obrazami. Powietrze się wychładza. Gawrony wykrakują swoje sprawy na antenie. Idzie jesień.

Anomalia

Mam w głowie książkę, której sobie odmawiam od miesięcy. Anomalia jakiegoś francuskiego pisarza, czy pisarki. Sprawdzę później…

Anomalia flirtuje z thrillerem i science-fiction, elementy psychologicznej powieści obyczajowej godzi z surrealnymi, puszcza oko do netfliksowych seriali, a zarazem jest ultraliteracką konstrukcją, piętrzącą intertekstualne poziomy. Autorowi faktycznie udało się niemożliwe: stworzył oparty na suspensie bestseller dla szerokiej publiczności, a zarazem dzieło, które zadowoli najbardziej wyrafinowanych czytelników„.

Siedzi mi w umyśle jak obsesja. W nadziei na dobrą, w sensie wreszcie ciekawą lekturę. Większość po obiecujących początkach rozwija przewidywalnie nudne wątki, jak filmy na Netflixsie.

Anomalia to zjawisko nie mieszczące się w określonej normie. A to już pobudza wyobraźnię. Zobaczymy.

Wczoraj postanowiłam wybrać się na popołudniowy spacer. Po siedemnastej to nie mój czas na wychodzenie z domu. Zwykle preferuję poranki. Trochę marszu nie zaszkodzi, po dziesięciu godzinach przy komputerze i rosnącej z tego powodu masie. Zapakowałam do dużej torebki komórkę, portfel i cienką kurtkę. Jakbym przeczuwała burzę, która przyszła dopiero w nocy. Zaduch na ulicy przypominał pełnię lata, a nie październikową jesień. Hałas miasta wgryzał się w uszy jak robak. Skrzyżowania dudniły falą przelewających się samochodów, a powietrze było ciężkie od unoszącego się pyłu nad maskami zmęczonych kierowców.

Nie miałam siły. Marsz sprawiał mi trudność jak wymuszony bieg po długiej pracy. Nie dawał również upragnionej ulgi. Zmusiłam się do zrobienia kółka wokół parku i już czułam nadmiar ciężkości całego dnia. Jakieś 2 kilometry. Wystarczy. To jednak nie był mój dobry dzień. Wracając przy drodze między parkiem a stacją benzynową, na wzniesieniu zauważyłam jakieś dziwne fioletowe kwiaty. Nie znam takich roślin. Wspięłam się na górkę, żeby zobaczyć sporą plantację jasnofioletowych krokusów. Krokusy w październiku! Niesamowite.

Zawsze warto się ruszyć. Zawsze warto wyjść, mówię wtedy swojemu mózgowi… i jeść mniejszy obiad! Zapanuj wreszcie nad tym. Zapanuję.

W nocy zamykałam okna. Wiatr walił deszczem po szybach. W burzowych grzmotach było coś niepokojącego.

Dzisiaj planuję dłuższy spacer. Ale rano. Jak dojdą książki.

Obojętność

Viktor Franki, W poszukiwaniu sensu to kolejna rozpoczęta książka. Nasłuchałam się o niej u podcasterów nie raz, teraz wiem, że całkiem słusznie. Psycholog czy psychiatra, który przeżył piekło ma narzędzia, żeby przez mroczne ścieżki przeprowadzić innych. To jest siła takich książek. Czasami wystarczy jedna rozmowa, jeden wschód słońca, jeden gest aby podnieść się i wrócić do szeregu. Czasem nic nie wskrzesi obojętności, znieczulenia, które popchnie do ostatniej fazy depresji. Umysł zawsze będzie zagadką. A my zawsze żądamy odpowiedzi nawet gdy jej nie ma.

Dobre czasy zawsze mijają i nic nie jest stabilne. Dobre mija zanim naprawdę się zagości. Zauważymy tylko stratę. Strata boli najbardziej. Później przychodzi następna i następna… A na końcu rodzi się obojętność. Emocje, rozbujane w młodości cichną z wiekiem. Jakby przestawały być potrzebne. Może tak ma być. A może to kolejna sztuczka naszych umysłów.

Kolejna niedziela nie wywołuje już takiego stresu przed poniedziałkiem jak kiedyś. To czego nie zrobiłam nie odbija się już tak bardzo wyrzutami. Mój wewnętrzny krytyk słabnie. I to właśnie jest pozytywną stroną, o której nawet nie marzyłam. Mogę leżeć i naprawdę nic nie robić. Zamiast zrywać się biec do kuchni jak każdego ranka, mogę zwolnić się z obróbki warzyw w planowanym obiedzie czy śniadaniu, przed lub po obrobionych zadaniach tekstowych w komputerze. Nie ładuję baterii aparatu, żeby zdążyć na poranne mgły nad polami. To akurat nie jest dobre. Ale nie powoduje zadyszki przed biegunką niedzielną w mojej głowie. Sztuka odpuszczania rodzi się wraz z obojętnością. W tym przypadku umysł ratuje nam życie lub odkłada zawał na później. Coś nas chroni przed zagładą. Umysł zasłania nam oczy. Umniejsza. Rozgrzesza. Nie popycha. Taka reakcja obronna przed ciągłym truchtaniem wokół rzeczy.

Tak w ogóle nigdy nie lubiłam niedziel. Ten podział zawsze mnie przytłaczał. Od dzieciństwa czułam lęk przed tym dniem, który zawsze był do dupy i nigdy nie dawał mi komfortu wypoczynku. Przy dobranocce ogarniał mnie strach przed poniedziałkowym wejściem do szkoły, a w dorosłości przed drzwiami pracy wywoływał sensacje żołądkowe. Dlaczego tak późno odkryłam w sobie wiarę, że mogę robić coś samodzielnie. Nauka jest lepsza z dobrych książek a praca ciekawsza gdy sam sobie stworzysz etat. Nikt nas nie uczy satysfakcji. Nawet nie uświadamia czym może być na tym łez padole. Ktoś ustanawia normy jak chore przykazania, a my jak te owce… Przedszkole, szkoła, studia, magister , samochód, mieszkanie…, ku*wa, czyje to marzenia? Na pewno nie moje. Ale ta bajeczka działa. Bo tak jak wszyscy, tak i ty musisz znaleźć miejsce w szeregu. Jak na porannej zbiórce w Auschwitz, ktoś przydzieli ci pracę, która innym jest potrzebna ale nigdy tobie. Z ciebie wysysa soki, upuszcza krew. Im wcześniej wyjdziesz poza schemat, tym szybciej się uratujesz. Jeśli się nigdy nie odważysz. Zobojętniejesz.

Odwaga. Tego nie uczą naszych dzieci. Łatwo się domyślić dlaczego.

Poranne strony

Kolejna książka o twórczym pisaniu. Tym razem Julii Cameron. O tak, czekałam na nową motywację. Autorka proponuje tzw. „Poranne strony”. Pisz codziennie 3 strony a otworzysz furtkę do swojej podświadomości. To jak poranna medytacja. Lejek pomysłów z małych cząsteczek życia. Uciszasz gadziego mózgu, który wzgardza wszystkim co tworzysz. Dziennik przebłysków trafia do mnie jak ziarno. Organizacja jednak, wymaga sporej kreatywności. Ale dla chcącego… 3 strony, też brzmi złowieszczo i jak je wykroić pisząc na tablecie?! Ale dostęp do tajemniczych zasobów w mojej głowie brzmi zachęcająco i wzbudza dreszcz emocji. Jestem na tak. Szkoda, że dziś sobota…

W czwartek byłam w galerii. 7 kilometrów na piechotę pozwoliło mi spalić lunch i obiad w dwie godziny. Empik, toaleta, ciuchy, których nie było w odpowiednim rozmiarze i powrót w pełnym słońcu zaznaczył wczesną jesień kroplami potu w zgięciach łokci i kolan.

Na skrzyżowaniu podszedł do mnie trzydziestolatek, Polak z prośbą o kasę na jedzenie. A niespełna 300 metrów dalej, kobieta, Polka spytała czy mam złotówkę. Już dawno w moim mieście nikt mnie nie prosił o pieniądze. Jak widać dobra zmiana nie podniosła dobrostanu mieszkańców. A za złotówkę już bułki nie kupisz. No chyba, że trzy, a czwartą dostaniesz za pół ceny. Ale co tego, jak nie masz na trzy pierwsze? Cud spadającej inflacji nie pogłaskał bułkowoczów.

Jedyne pocieszenie, to fakt, że w tej strefie klimatycznej wrzesień będzie drugim sierpniem i ciepłe miesiące nam się rozmnożą jak modliszki we Wrocławiu. Zimy zamienią się w jesień, a wiosny w lata. Komary będą się rozmnażać cały rok. Kleszcze przedłużą igraszki z naszą skórą do pięciu miesięcy, a muchy będą z nami cały rok na zmianę z gzami. O pierwotniakach i pasożytach nie wspomnę…

Ale czy wystarczy nam wody?

Od 2002 roku w Polsce obchodzimy Światowy Dzień Drzewa. Jak w październiku nie ruszymy do urn, za rok nie będzie co świętować.

Może o mazurkach…

Dwie godziny nieróbstwa są dla mnie wydarzeniem miesiąca. Odpoczynek. Uczę się jego jak modlitwy. Oddychanie pomaga. Zmniejszam ilość zadań. Głęboka praca tylko do środy. Od czwartku tylko obróbki ale zmęczenie z trzech dni poniewiera mój umysł. Ćwiczę odpoczynek.

Od 17. do 18:30 bezmyślnie oglądam telewizję. Nie mogłam zasnąć. Pól głowy pulsuje jakby prawa strona chciała się gdzieś urwać. Nie wytrzymuję biorę proszki. Chwila ulgi. Odpoczywam.

Leżę.

Obiecałam sobie pisać codziennie. Kreatywne pisanie. Akurat.

Za oknem 28 stopni. Powietrze jak przed burzą. Nie do wiary, już jesień.

Piszę.

Może o mazurkach. Mazurki na płocie.

Wrócił J. Rozmowa.

Nie piszę. Niepiszę.

Wczoraj zabłądziłam na bagnach

Nie są rozległe. Chociaż, może, jak widać nie wiem o nich wszystkiego. Krążą różne legendy. Również taka, że kiedyś olbrzymie, ciągnące się aż do miasta, po wojnie zostały osuszone do wielkości niewielkiego błotniska. Teraz obchodzę je dookoła wraz ze stawem w niecałą godzinkę. Czasem wydłużam sobie spacer wybierając którąś ścieżkę saren, zwykle łączy się z wyjeżdżoną przez leśników trawiasto błotną drogę… Nie tym razem.

Ta doprowadziła mnie do nieznanego punktu gdzie błoto było bardziej rzadkie, więcej powalonych drzew z wystrzelonymi do góry korzeniami i trawą żubrówką? Nie poznaję. Grunt zaczynał się zapadać jak w złym śnie a nerwowe obroty wokół własnej osi pogłębiały tylko dezorientację. Gdzie ja kur*a jestem, wrzeszczał mój wewnętrzny krytyk. Co to za miejsce?

Pewnie to małe stado dzików zrobiło sobie legowiska i zmieniły krajobraz z kolorowych mchów w zryte szerokimi nozdrzami czarne błotnisko, klepisko. Nawet potok nie przypominał siebie. Z prostego nudnego paska wody zmienił się w powykręcaną wstęgę. Gdzie ja jestem? Nawigacja nie jest moją mocną stroną, ale zawsze wiedziałam gdzie są moje buki, a gdzie iglaki, słowem wszystko to co zwykle, znajome – rozpoznawalne. Cholera, muszę włączyć dane, i ustawić mapy na staw. …Ale cisza! Ta cisza do mnie krzyczy. Rusz się! Instynkt. Tak w takiej ciszy włącza się instynkt. Muszę trzymać się potoku zanim mapy ruszą. Wzdłuż potoku, to jedyna właściwa opcja. Tak zrobię. Ale w kierunku… Za plecami. Tak. Rzadsze drzewa. Prześwity w koronach olch i buków. Tam. Tylko tam może być droga. Cisza gęstnieje.

Ale uczucie. Strach. Umiarkowany, ale jednak…

Jak na prawdziwych bagnach. Postukiwania dzięciołów i kowalików cichną. W dali tylko zawodzi, a raczej wyje dzięcioł czarny. Tyle zieleni i mnóstwo powalonych drzew utaplanych w niewielkich oczkach wody. Małe seledynowe żabki wskakują w panice do wody przy każdym kroku. Wykroty w różnych fazach rozkładu są porośnięte mchami i małymi białymi grzybkami. Wilgoć paruje mleczną mgłą. Zapach dzików…, a może bobrów unosi się w przestrzeni. Na pewno jest tu „kopiec” wydry usypany jak mrowisko tyle, że w miejsce igieł zwierzak nasypał pełno drobnych gałązek. Lepiej tam nie podchodzić.

Nie widać śladów saren. Więc to zła droga. Trochę w lewo, pod górkę. Tak! Wdrapię się na szczyt. Stamtąd zobaczę… Górka jest stroma, mokre kalosze nie trzymają się podłoża. Mokre liście działają jak ślizgawka. Jednak trzymam pion, już tyle razy zaliczałam w tych lasach glebę, że mięśnie przekazały mózgowi wiadomość, żeby zbytnio nie prostować kolan i podchodzić bokiem do ściany. Widać nory lisów ukryte pomiędzy korzeniami… a tak w ogóle, dalej cisza. Tylko w sąsiedztwie drapieżników jest cichsza od innych. Nieskończenie cicha. Pot spływa mi po twarzy. J. będzie miał ubaw. A później mnie opie*oli. Ale…

No. Chyba coś kojarzę, dół przede mną… a za nim, moje znane bagno z niewyrośniętymi dębami i iglakami. Zatrzymuję się, żeby rozejrzeć się jeszcze raz. Spójrz w niebo. Tak! Korony drzew są zwarte i pojawiły się brzozy. Białe chmury na sinoniebieskim niebie. Strach z paniką zamienia się w taki zwyczajny strach samotnych leśnych spacerów. Zaczynają piszczeć sikorki i raniuszki. Dywan jeszcze zielonych krzewów borówki zaczyna rozciągać swój dywan. Resztki jagód na gałązkach koją pragnienie lepiej niż woda, której nie chciało mi się pakować. Cisza rozwiała się w resztkach mgły i skrzydłach ptaków. Dobrze. Poznaję. Jeszcze dwa kroki i znajoma droga… a po środku w trawie ciemno brązowy kapelusz koźlarza. Dolinka Koźlarzy! Właśnie zaczynają „kwitnąć” w nogach swoich matek brzóz. Dla nich życie zaczyna się na nowo… A ja, cóż… jestem na właściwej drodze. Oby.