Archiwa tagu: #deszcz

Deszcz mnie utuli

Deszcz. Taras i moja leżanka. Krople miarowo uderzają o drewniane poręcze. Ptaki ucichły razem z wiatrem. Wróciliśmy z zatłoczonego zgiełkiem soboty miasta. Z imienin od kobiety, która nigdy nie ma dość swoich imienin. Bieganina wokół stołu. Nieprzygotowane do końca potrawy, które sami musimy doprowadzać do zagotowania, wypieczenia, wykończenia słuchając ciągłych rozporządzeń i wskazówek. Sałatka? A tak, jest, jest. Trzeba pokroić. Przecież J. mówił, że nie chce. Mam dobrą sałatę. Hermetycznie zamkniętą i pomidory… i ogórki wystarczy pokroić. Gulasz zaraz wstawię. Ziemniaki zaraz ugotuję… Nie trzeba. Już głowa mnie boli od zakrętów i piskliwego głosu.

Trzeba wstawić kwiaty do wazonu. S. nie mógł przyjechać schodzi ze sterydów, źle się czuje. Czekamy na terapię biologiczną. Kobieta odwraca głowę. Słucha tylko o swoich chorobach, inne są poza zasięgiem uwagi. Teraz trzeba uporać się z nieprzygotowanymi potrawami.

A więc, makaron zamiast ziemniaków. Wstaw. J. wstawia. Ja siedzę. Nie ruszam się. Nie daję się wciągnąć w kolejną nie moją robotę. Mam dość pieprzenia o niczym. Nie zawracania uwagi. Nieuświadomione w swej pogardzie uśmiechy dotykają mnie. Przecinają skórę na policzkach. Ukradkowe spojrzenia. Tu uważność skierowana na mnie jest grzechem.

Nie odzywam się. Jem coś, co przypomina gulasz z niewiarygodnie dużymi kawałkami mięsa obgotowanymi w Vegecie. Wieprzowina zamiast wołowiny. Brzuch boli bardziej niż wcześniej. Zjem rozgotowany makaron utopiony w jasnej mazi, która miała być sosem ale jej się też nie udało przyjąć właściwej formy. Odkąd nie ma stołówki pani domu nie może przynosić już gotowców. To nowy wymiar serwowanego niesmaku. Słone i słodkie. Słodkie i słone. I bardziej słodkie. I jeszcze słodsze. Grześki, Delicje, czekolady w różnych konstelacjach.

Ona nie je. Ona już jadła wcześniej. Patrzy, komentuje, kto ile zjadł. P. uparcie odmawia i do końca trzyma się swojej decyzji. J. przebiera nogami. Wiem, że zaraz powie coś w stylu musimy jeszcze…, musimy już…, i trzeba pojechać, po… o braku czasu. Zaraz wyjdziemy i zaczniemy normalny dzień. Ale jeszcze, jeszcze…

Sąsiad kręci miód w pokoju. Drugi wyrzuca kiepy na balkon. Nic nie ma w mieszkaniu, tylko łóżko. Komornik mu wszystko zabrał bo nie spłacał kredytu. Na twarzy przebiega cień uśmiechu. Słowa kończą się niespodziewanie. Urywają. Tematy mają początki ale są uwikłane w inne rozwinięcia nie związane z tymi początkami, a wspominane startery, niestety też nie doczekały się zakończeń.

Chaotyczność, niespójność, nielogiczność. Zaraz zwariuję. Nasze zdania są notorycznie przerywane kolejnymi początkami niczego… Początki, początki, początki…niekończąca się nieinformacja w nierozmowie… Pogoda ogólnie nie tego. Ani spacer bo duszno, ani przyjemność bo gorąco. Zosia była… Ale… upiekła mi dietetyczne ciasto… Ale mięso trzeba jeść bo inaczej… ale co ty opowiadasz!? Ćwiczę niemówienie, nierozmowę, nieuwagę, nierozwijanie myśli, wstrzymywanie, nieodpowiadanie, uspokajanie, jeszcze chwilę…

J. przerywa na pół kolejnego nielogicznego smoka. Pogania, uwalnia. Możemy wreszcie wyjść. Wytrzymałam bez wybuchu. Sukces. Ale jeszcze pakowanie rzeczy, które nie zostały przygotowane. Nie wolno odmawiać, ponieważ to skaże nas na kolejne 20 minut wyjaśnień…Zgadzamy się na wszystko. Dziękujemy. Wychodzimy. Wydech.

Deszcz jak dobra matka utuli mnie do snu.

Dziękuję za deszcz.

Deszcz

Deszcz. Nie wiedziałam, że może tak dobrze się kojarzyć. Dawać spokój i wytchnienie pomimo kolejnej nieprzespanej nocy w chorobach, wymiotach, biegunkach obrzękach kaszlach. Coś się zmienia. Ale wizyta we Wrocławiu nas nie ominie. Drugi tydzień covidowo w tym zaścianku zagościło się jak u siebie. Słowo precz nie istnieje dla tej materii. Nie ma litości. Znęca się nad S. jak potwór bez empatii. Jak narcyz potrzebuje uwagi i nie myśli o zmianie.

Deszcz. Uspokaja. Zagłusza kaszel. Deszcz zmywa niepokój. Wycisza. Rysuję nieśmiało nowy scenariusz.

Wczoraj wyszłam. Spacer był wybawieniem. Jak spacerniak. Moja cela dalej nie posprzątana tonie w butelkach po wodzie i obierkach po jabłkach. Czas się ciągnie i rozwleka. W ustach gorycz i spalenizna. Deszcz uderza kroplami o blaszany parapet. Przyspiesza. Srok nie słychać. Szarość.

Czas wziąć prysznic i zaparzyć rumianek. Deszcz.

Ktoś niepewnie schodzi po kamiennych schodach. Przyśpiesza.

I tak zmoknie.

Nieświadomi przypływu

Nie śpię. Idzie fala. Z najdalszych zakątków spiętrzone wody wlewają się w bolące, spuchnięte żyły rozlewisk. Tamy nie wytrzymują. Stan przedzawałowy.

Strumienie przyspieszają. Rzeki podnoszą białe grzywy na błotnistych falach. Wszystko wzbiera i próbuje oderwać się od lądu. Jakby cała masa podłoża chciała się wyrwać z tego zatrutego miejsca. Odczepić się od całości. Stać się osobnym bytem. Rozpuścić w strugach wody i płynąć z nurtem w nieznane. Być wreszcie gdzie indziej.

Deszcz spada falami w kolejnych porcjach zimnych zacięć na ołowianym tle śpiącego miasta. Wybija smutny rytm na blaszanych parapetach i rozmazanych szybach. Zagłusza myśli.

Internety przewidują koniec świata i nawołują do mobilizacji. Jesteśmy w oku cyklonu. Będzie tylko gorzej a to dopiero początek. TikTok przypomina przepowiednie. Przecież to już wiedziano, obliczono, powiedziano. Jakiś szaman to już zwiastował, opowiadał starszyźnie. Ludzie znowu nie słuchali.

TVNy, Polsaty ustawiają się na tle szarych tam, mostów i zalanych dróg. Poważne twarze w kurtkach z membranami tworzą zgodne z wymogami SEO opisy opłakanej rzeczywistości. Jak to się mogło stać? Kto nawalił? Dlaczego nikt tego nie zatrzyma? Co mamy robić?

Wzbiera mży, siąpi, popaduje, kapie, pada, leje, zacina intensywnie, dynamicznie, aktywnie, mocno, lawinowo, burzliwie, ofensywnie wzbiera, wzbiera, wzbiera!

Zrzuty wody. Ze zbiorników, zapór potrojone odpływy będą zależeć od rozwoju sytuacji w poszczególnych rejonach. Prognozowane są dalsze wzrosty. Woda porwała auto z kobietą w środku. Dramatyczna akcja ratunkowa w Kałkowie. Aktualnie wszystko pęcznieje i nasiąka. Lęki mnożą się na progach kamienic, przy barierkach, na dachach i daszkach. Z minuty na minutę sprawdzają się czarne scenariusze.

Moje miasto się kuli z zimna. Sąsiadka z dołu krzyczy na męża przed wyjściem do pracy. Niedziela to przykry dzień na taką aktywność. Nastrój spada. Tutaj jeszcze, jeszcze… Dalej leżymy nieświadomi przypływu. Deszcz nieprzerwanie zniekształca widok na ulicę.

Ciekawe co na bagnach?

Deszcz

Deszcz przyciemnił okno powracając noc na nowo. Nasila się i pluszcze. Wylewa się z rynny. Wiatr przygania go bliżej, ponagla. Uratuje mnie przed przymusowym spacerem, na który nie mam dzisiaj ochoty.

Deszcz głośny, coraz głośniejszy.

Przychodzi falami. Dźwiękiem przypomina wiatr. Kurtyna wody oddała się i wraca. Obmywa mój dom wielkim grzebieniem. Pachnie świeżością i burzą ale burzy nie ma. Opary świeżości dają ukojenie w niekończącej się medytacji. Deszcz niesie spokój. To chyba najważniejsza jego funkcja. Jest jeszcze jedna – grzyby. Czekamy na nie z utęsknieniem ale one nie pokazują się jeszcze pomimo pełni. Może po tych opadach coś się ruszy i okratki wystawią wreszcie z ziemi czerwone łapki a z kapeluszy kani zrobię sobie wielkie kotlety. Niestety grzybnie milczą obrażone. Wczoraj ani wypustki. Nic nie puchnie nad ziemią, nic się nie wdzięczy.

Deszcz ucichł.

Na pierwszy plan ciszy wystawia się chrapanie zmęczonego człowieka na dole. Zaraz wstanie i od nowa rozpocznie swoją podróż dnia. Współczuję. Dziękuję Wszechświatowi, że moją pracę mogę zaczynać i kończyć tutaj. Szkoda że tylko w lecie ale to i tak bardzo wiele. Ciągle celebruję z wdzięcznością ten dar. Staram się uważnie go obserwować i jeszcze bardziej doceniać.

Mokra asfaltowa droga służy mi do przyjemnych spacerów, o każdej porze dnia.

Deszcz ustał.

Cisza zapada w sen. Półmrok niemyślenia. Chyba pozwolę sobie z powrotem zasnąć. Trzeba celebrować tę ciszę. Ozdobić ją snem, który musi nadejść i postawić kropkę.

Deszcz

Wolność. Czym jest wolność? Latającym ptakiem. Swobodną myślą. Przepływem. Rzeką bez końca. Wiatrem na twarzy. Westchnieniem ulgi. Doznaniem spokoju. Niezależnością. Nietoksycznością. Bezmiarem. Mądrością.

Czasem się przytrafia w piątki i znika w poniedziałkowym pociągu pospiesznym do granic niczego mojego. Tam z kolejnymi przesiadkami i ustawiam blisko kolan bagaże żeby nikt nie ukradł tego co ważne, trafia się okienko zadumy. Może by tak wysiąść. Uciec. Nie zmierzać… Przestać. Wykoleić się.

Pamiętam wielką łąkę w zielonej dolinie otoczonej lasem. Rosły pierwiosnki. Mnóstwo pierwiosnków. Zbierałam je łapczywie do bukieciku, który zawijała w ścisły rulonik z gazety sąsiadka Jadzia. Były tam jeszcze dwie dziewczynki. Wnuczki. Wymyślały rozmaite zabawy. Były wolne i radosne. Turlałam się z nimi z leśnych górek do pomieszania zapachu trawy i wiosennego nieba. Do utraty tchu. Skrawek dzieciństwa wolnego. Pięknego. Bezmiar radości. Błogość. Połączenie. Dlaczego wciąż mi się to wspomnienie odtwarza?

Idąc do sklepu w poniedziałkowym natłoku z listy zadań mam do kupienia warzywa na rosół. Pomarańczowe marchewki na które pada intensywne światło udają świeżość natury i mają podstępnie niską cenę. Obok jarzynka w zamglonej, wilgotnej folii. Wewnątrz przezroczystego pudełka poukładane jak zabawkowe walce zielone pory, biało szare pietruszki i kula chropowatego selera z położonym na wierzchu niedbale źdźbłem natki. Marchew schowana pod spodem jak najcenniejszy skarb. Biorę bo karotenu nigdy za wiele. Później makaron i kostki rosołowe. Makaron oczywiście ten Staśkowy. Innego nie trawi oraz chusteczki do okularów bo te z aldiego tylko rozmazują się na szkle jak tłuszcz. Następnie pikanie kasy obsługowej i pakowanie wszystkiego do czarnej torby zakupowej. Z powrotem w deszcz. Jeszcze ciemno. Ale spokojnie. Mokre liście na asfalcie. Blask latarni odbija się w kałużach. Spokój na chwilę przenika mój umysł. Deszcz wytwarza dobrą częstotliwość. Za każdym głębokim wdechem oddalam od siebie nieuchronność poniedziałkowego stresu. Nieskończoność czynności z uwzgędnieniem logicznej kolejności tak, żeby pod łazienką nie ustawiła się kolejka. Oto wyzwanie. Ale zaraz sobie wszyscy pójdą. Rozejdą się jak mróweczki do swoich zajęć. Gdy wyjdą warzywa już będą pływać w garnku. Makaron wyschnie na sitku a brudne naczynia wylądują w zmywarce. Krople deszczu na parapecie za kuchennym oknem, małe czerwone, zielone a nawet zielone liście żywopłotu pod modrzewiem błyszczą od nadmiaru wilgoci. Ich intensywne kolory odbijają się od szarzyzny choć właściwie o tej porze już dawno powinno ich nie być. Listopad jest nadzwyczaj ciepły. Dzisiaj znowu 9 stopni. Ale w tygodniu straszą wiatrami. Przytulam się w myślach. Dzisiaj deszcz jest moim sprzymierzeńcem. Jeszcze tylko czarne pranie z odrobiną płynu wprawię w kolisty ruch za pomocą magicznego bębna. Jak nikt mi nie przeszkodzi pierwsza część dnia będzie odhaczona.

Pierwszy telefon wyrywa mnie z zamyślenia. Odbieram. Nic takiego. Urząd do J. Podaję numer przerywając P. wykład. Pokazuje mi w swojej komórce ciąg liczb, których nigdy nie mogę zapamiętać. Wracam do siebie. Zaczyna się. Ktoś zawsze coś chce. Dzisiaj jednak nienachalnie. Wszechświat mi odpuszcza. Pozwala mi myśleć. A nawet wymyślać. Deszcz się wzmaga. Miarowo dzwoni, kołysze,wibruje. Mogę zacząć drugą część podróży…