Archiwa tagu: #creative-writing

Arboretum Wojsławice

W czwartek byliśmy w ogrodzie botanicznym. Przeskakiwaliśmy od ścieżki do ścieżki, jak króliki w ostrych promieniach słońca. Od kwiatu do kwiatu, od krzewu do drzewa, do murku, kamienia i stawu. Chłonęliśmy ściany zieleni. Większość azalii już przekwitła ale pozostały przedziwne odmiany hortensji. Delektowaliśmy się chlorofilem na ścianach i skalnych ścianach nad wodami.

Uwielbiam kamienie obrośnięte pnączami i gęstwiny liści na ścianach. Atmosferę spokoju i piękna tworzoną w skupieniu dla innych. Rankiem panowała tu jeszcze cisza więc czerpaliśmy do woli. Nikt nam nie przeszkadzał.

Wchłanialiśmy kolorami mozaiki woskowych kwiatów, róże i fiolety zagadkowych dzwonków, pierwsze pomarańczowe lilie, kształty oryginalnych nitkowatych pędów. Dziwaczne wypłowiałe maki z wielkimi czarnymi środkami. Zbiory i podzbiory nieznanych nam jeszcze kwiatów oraz ciemną zieleń pnączy.

Widzieliśmy rozpostarte na wodzie kremowe i różowe lilie i pływające pomiędzy zaskrońce z żółtymi szyjami. Płoszyliśmy kolorowe małe średnie ptaki które wyskakiwały niespodziewanie z zarośli. Przez moment osiągnęliśmy ten stan umysłu dla którego ogród został stworzony. W dali widniały nasze wzgórza. I ciche dźwięki burzy krążącej w pobliżu, która nie miała nadejść pomimo alertów.

Jeśli nie byłeś jeszcze w Niemczy, bądź. Przyjedź, zobacz magiczne Arboretum Wojsławice. Jest niewielkie dlatego wyjątkowe. To jeden z tych tajemniczych ogrodów chętnie widzianych na jawie i w snach. To jedna z tych niewielu na świecie rzeczy, które człowiek tworzy dla uzdrowienia duszy.

Ogród Botaniczny Uniwersytetu Wrocławskiego Arboretum Wojsławice

Położenie:
Arboretum Wojsławice znajduje się w Wojsławicach, około 50 km na południe od Wrocławia, w malowniczej części Dolnego Śląska. Leży w pobliżu miasta Niemcza, na wzgórzach Wzgórz Niemczańsko-Strzelińskich, co nadaje mu unikalny charakter krajobrazowy.

Zasoby:
Arboretum zajmuje powierzchnię około 70 hektarów i jest domem dla tysięcy gatunków roślin. Znane jest szczególnie z kolekcji różaneczników, azalii, liliowców i bukszpanów. Ponadto, znajduje się tam wiele innych rodzajów roślin, w tym drzewa, krzewy, byliny i rośliny wodne.

Kiedy najlepiej odwiedzać:
Najlepszym okresem na odwiedzenie Arboretum Wojsławice jest późna wiosna i wczesne lato, kiedy kwitną różaneczniki i azalie. Sezon liliowców przypada na przełom czerwca i lipca, co również jest doskonałym czasem na wizytę. Arboretum jest otwarte dla zwiedzających od wczesnej wiosny do późnej jesieni.

Historia:
Arboretum Wojsławice zostało założone w 1880 roku przez niemieckiego botanika Fritza von Oheimba. Po II wojnie światowej, ogród został zaniedbany, ale w latach 70. XX wieku przeszedł pod opiekę Uniwersytetu Wrocławskiego. Dzięki temu rozpoczęto prace restauracyjne, które przywróciły mu dawną świetność i wprowadzono nowe kolekcje roślin.

Ciekawostki:

  • Arboretum Wojsławice jest częścią Ogrodu Botanicznego Uniwersytetu Wrocławskiego, który jest jednym z najstarszych ogrodów botanicznych w Polsce. Zaraz po Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego.
  • Znajduje się tu największa w Polsce kolekcja liliowców, z ponad 3 tysiącami odmian.
  • Ogród organizuje wiele wydarzeń edukacyjnych i kulturalnych, takich jak wystawy, warsztaty i pikniki.
  • Arboretum jest również domem dla wielu gatunków fauny, w tym ptaków, owadów i małych ssaków, co czyni go ważnym miejscem dla lokalnej bioróżnorodności.

Arboretum Wojsławice to miejsce, które oferuje nie tylko piękne widoki i kontakt z przyrodą, ale również bogatą historię i możliwość edukacji botanicznej. Idealne dla miłośników roślin, rodzin z dziećmi oraz wszystkich, którzy szukają spokoju i inspiracji w otoczeniu przyrody.

A dlaczego nad kukułczym gniazdem?

Moje dzisiejsze okno pokazuje obraz splątanego świerku. Świecące brązowo rude gałęzie pokryte zielonymi igiełkami odbijają wczesne słońce. W żółto czerwone odbicia światła przebija się niebieskie niebo. Te kolory krzyczą. Nie pozwalają dalej spać.

Dzisiaj jedziemy do ogrodu. Przebijemy się przez ciągi wiejskich procesji. Będzie nam dane doświadczać wszystkich odcieni płatków w palecie tęczowych kolorów kwiatów. To nastraja mnie radośnie. Już ładuję baterie do aparatu.

Od kiedy mój starszy syn z niemal obsesyjnym zapałem ogląda wszystkie możliwe filmy swoich ulubionych reżyserów niewiele zostaje nam czasu na nasze seriale. Może i dobrze bo większość i tak jest do bani. Po niespełna dwóch odcinkach robi się potwornie nudno. Filmy też są niewiele warte. Wątek wytrąca się po dwudziestu minutach. W czasie którym zwykle należy umieścić scenę erotyczną, tak aby uwięzić widza na dłużej przed odbiornikiem. Niestety na nas takie zabiegi już nie działają. Dla mnie to właśnie wtedy robi się żenująco nudno. To wtedy zwykle wstaję „i wychodzę z kina”.

Czy nikt już nie potrafi wywołać prawdziwych emocji albo opowiedzieć po prostu ciekawej historii. Nic dziwnego, że syn sięga po filmy „stare” na tyle, gdy jeszcze widza nie traktowano jak kompletnego debila. A aktor jak to mawiał Maklakiewicz „coś wyrażał”. Jednak pośród wielu kultowych pozycji P. wybiera Luisa Bunuela, który oczywiście należy do grona najwybitniejszych zarazem najbardziej kontrowersyjnych osobowości w światowej kinematografii a jego wszystkie filmy powstawały na bazie jego snów, i tu oczekiwaliśmy niesamowitych wrażeń, niestety i one reprezentują nudę podniesioną do kwadratu. Może są wartością dla koneserów ale dla nas zwykłych śmiertelników są po prostu nie do zniesienia.

P. uwielbia, wznosi dziwacznego Bunuela na ołtarze filmowej surrealistycznej sztuki. Ogląda filmy „Sennego Mistrza” jeden po drugim, zatapiając się w zachwycie nad każdą sceną, wołając nas na każdy seans i denerwując się przy każdej naszej odmowie.

Czasem wybiera Almodovara, którego już bardziej można przyjąć przed śniadaniem, ale nie z okresu lat osiemdziesiątych! Czasem wybiera kogoś równie wymagającego, jak na przykład Tarkowskiego, jednak tu również męczymy się jak na starych ruskich filmach wciskanych nam bez umiaru za komuny.

W końcu powiedziałam dość. Dzisiaj, czyli wczoraj ja wybieram. Oczywiście na szybkiego nic nie przychodziło mi do głowy. Jednak po chwili namysłu przypomniał mi się filmik na tiktoku z ostatnią sceną „Lotu nad kukułczym gniazdem”. O tak. To było to. Inaczej się oglądało po tylu latach dzieło nagrodzone pięcioma Oskarami czeskiego reżysera, który rozumiał mowę ludzi lepiej niż ktokolwiek i poczuł piętno wykluczenia na obczyźnie a jednak dawał sobie z tym świetnie radę. Jego słynne powiedzenie, które przeszło już do historii: „zrozumiałem, że jeśli nie złapię języka, którym posługują się ludzie siedzący w barze, to nie będę w stanie robić takich filmów, jak w Czechosłowacji” sprawdziło się niemal w każdej scenie tego filmu.

Jednak tym co tworzy wartość dla młodego człowieka jest niewątpliwie świadomość takiego świata, w którym każdy jest ważny, niezależnie od swoich słabych stron, zaburzeń czy lęków. O tym, że w życiu potrzebna jest odwaga, każdy wie, ale jak ją wprowadzić w tryb działania, kiedy „władza” zwykle ci nie sprzyja, rzuca kłody pod nogi. Jest złośliwa i zła, a nikt z otoczenia nie stanie po twojej stronie. To wszystko jest takie beznadziejne, jak życie w zamknięciu. A karty które dostajesz mogą tylko wprowadzić cię w stan depresji.

Co możesz zrobić? Grać tym co masz? Z tego budować, uczyć się nowego i przetwarzać. Żonglować dostępnymi zasobami. Wskazać sobie kierunek, uwierzyć w sens. I ruszyć z miejsca. Czerpać z drobnych aktów życzliwości wiedząc, że ostatecznie tylko odwaga cię wyzwoli. Bo tylko marzyciele budują ten świat i zmieniają życie na lepsze. Łamią systemy, lepią z niemożliwego. Wydeptują nowe ścieżki i otwierają oczy niedowiarkom. W końcu umierając żałować będziemy tylko tego, czego nie zrobiliśmy, nie doświadczyliśmy, nie spróbowaliśmy, tylko tego, do czego zabrakło nam odwagi.

Bez względu na chorobę, stan zamożności czy położenia zawsze trzeba znaleść wyjście. A tym wyjściem jest tylko zmiana. Natomiast zmiana wymaga odwagi. Czasem w życiu dostajemy tylko takich przewodników, którzy może nie grzeszą moralnością ale wskazują nam dobry kierunek i wyrywają nas z kapci po latach stagnacji. I właśnie to odnalazłam w Locie nad kukułczym gniazdem oglądając film jeszcze raz po latach. I to jest budujące, robi mi sens na ten dobrze zapowiadający się długi weekend.

A dlaczego taki tytuł?

Tytuł filmu Miloša Formana oraz książki Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” ma głębsze, symboliczne znaczenie. W oryginale, tytuł brzmi „One Flew Over the Cuckoo’s Nest”. „Cuckoo’s nest” (kukułcze gniazdo) w potocznej angielszczyźnie odnosi się do szpitala psychiatrycznego, ponieważ kukułki są ptakami, które nie budują własnych gniazd, tylko składają jaja do gniazd innych ptaków, co można metaforycznie odnieść do osób uznawanych za niepasujące do norm społecznych i oddzielanych od społeczeństwa.

Tytuł pochodzi z wierszyka dziecięcego, który pojawia się w książce:

Wire, briar, limber-lock,
Three geese in a flock,
One flew east, one flew west,
And one flew over the cuckoo’s nest.

Wierszyk ten jest cytowany przez postać w książce i sugeruje ucieczkę przed kontrolą i ograniczeniami. „One flew over the cuckoo’s nest” symbolizuje zatem próbę wyrwania się z ograniczeń narzuconych przez system, reprezentowany w książce przez surowe zasady szpitala psychiatrycznego i jego despotyczną siostrę Ratched. To symbol buntu przeciwko władzy, próba zachowania własnej wolności i tożsamości w opresyjnym środowisku.

Drzewa w moim śnie

Drzewa

Śniły mi się ściana drzew z jasnymi mokrymi koronami, jak po intensywnym deszczu ustawione rzędem pod oknami naszego blokowiska, w ogródkach pod oknami, z których ktoś usunął żywopłoty. Były wysokie i majestatycznie. Nie były stare. Miały okrągłe zdrowe liście trochę jak u lipy lub leszczyny. W jednym ogródku miały szarą korę jakiś nieokreślony gatunek a w drugim korę przypominającą pnie brzozy. Mokre korony robiły wrażenie, zachwycały. Były piękne i wielkie. Zastanawiałam się jak uchwycić je w kadrze. Jak daleko odsunąć się żeby zmieściły się w kwadracie obiektywu… Taki piękny widok!

Klatka schodowa, parter.

A później młoda kobieta z parteru przepraszała mnie z przejęciem za swoje zachowanie. Mówiła, że zaczęła dopiero brać leki i że od teraz będzie z nią lepiej. Ucieszyło mnie to jakbym od dawna znała jej osobistą historię. Oczywiście, odpowiedziałam, że to fajnie i że wtedy sobie wreszcie spokojnie pogadamy. Czułam prawdziwą relację, radość i dobroć.

Nieokreślona czasoprzestrzeń.

Później „młody” Stuhr, tak ten Stuhr nagrał z nią piosenkę i nakręcił clip. Nie byli pewni tego czy utwór jest dobry. Na muzycznym filmiku było mnóstwo zabawy i machania granatowo niebieskimi szalikami, szarfami czy apaszkami cokolwiek to było wypełniało falistymi ruchami z prawej do lewej całą przestrzeń. Słychać było śmiechy i chichy, ale kompozycja była spójna, wpadająca w ucho i naprawdę dobra. Mówiliśmy im, że jest ok, że jest super, to wspaniałe! Sthur się nie spodziewał. Wszyscy w byliśmy szczęśliwi. Po prostu manualna bajka. To wspaniały sen!

Drzewa.

Ale najbardziej pamiętam obraz drzew z białą korą. Drzewa do nieba. Stojące nierzeczywiście przed parapetami naszego bloku. Ciemna soczysta zieleń. Były ukojeniem. Symbolem. Czymś ważnym.

Drzewa.

To był naprawdę dobry sen. Dał mi dużo dobrych emocji. Dziękuję, za ten prezent. Wszechświat mi sprzyja. Jestem wdzięczna. To będzie dobry dzień. Zwłaszcza, że jutro jest wolny czwartek!

Zapytałam AI, co znaczą drzewa, co znaczy mój sen. Oto odpowiedź:

„Drzewa we śnie często symbolizują wzrost, stabilność i życie. Rzędy drzew mogą reprezentować struktury, które dają wsparcie i ochronę, a także wskazywać na porządek i harmonię w twoim życiu.

Biała kora drzew może symbolizować czystość, nowe początki lub jasność myśli i uczuć. Ciemnozielone liście natomiast mogą odzwierciedlać zdrowie, witalność oraz poczucie ugruntowania i bezpieczeństwa.

Kontekst, że drzewa znajdują się przed twoim blokiem, może sugerować, że te aspekty (stabilność, wzrost, czystość, zdrowie) dotyczą twojego najbliższego otoczenia, domu lub życia rodzinnego.

Warto jednak pamiętać, że interpretacje snów są bardzo subiektywne i mogą się różnić w zależności od osobistych doświadczeń i uczuć”.

Dziękuję. Harmonia, to piękne.

Siedem zmysłów

Zbliża się czwartek. Wolny czwartek. Kolejny długi weekend. Zabierzemy się na bagna i odpoczniemy w zieleniach mokrych od świtów. Mgieł spowijających las i pola z wystającymi rogami koziołków.

Idąc na bagna trzymam się wyznaczonych ścieżek. Na obrzeżach piasek jest jeszcze w miarę suchy ale między trzcinami zaczynają się błota i kałuże. Tutaj kalosze mogą się zapadać, dlatego najlepiej skakać po kępkach traw. Trzymać się sarnach ścieżek przecinających ziemię w nieoczekiwanych miejscach, jeśli chce się zobaczyć coś naprawdę ciekawego. Pędy płonne skrzypów już dawno przyjęły postać nadziemnych drzewek z okółkowym pierścieniami segmentów nałożonych na siebie jak klocki, z długimi włosami. Końskie ogony.

Przy nich błoto zapada się najbardziej ale nie sposób ominąć widok ich pięknych ciał zatopionych w kroplach rosy. Odbijają światło lepiej niż inne rośliny tego dzikiego ogrodu. Prześwitują rurki łodyg. Nad nimi unosi się zapach ukrytej gdzieś pomiędzy drzewami mięty rozpuszczonej w porannej mgle nadając wilgotnymi powietrzu świeżości jakiej nie pobije żaden sztuczny łazienkowy rozpylacz. Dzięki temu zmysły przełączają się na tryb relaksu. Spoczynkowy rodzaj wytchnienia.

Między tymi wrażeniami pojawia się zapach spoconej sierści saren i przeszywający kwas moczu lisów prawie jak kotów. Jednak to nic w porównaniu mocnej barwy smrodu bobrzego potu. To jest dopiero smród! Zastanawiam się zawsze jak ja muszę śmierdzieć w tej mozaice, gdy bombarduję ich zmysły trującą mozajką człowieczego odoru.

Wydeptywanie sztucznych ścieżek, łamanie gałązek, wylewanie potu z ludzkich zagięć i szczelin oraz gorąca para buchającą miarowo przez otwór gębowy. Oto nadchodzi ludzkość. Chciałoby się powiedzieć przepraszam za swój smród, więcej nie będę… Ale to nie prawda. Do zobaczenia za tydzień!

Zmysły

Zmysły. Mamy je wszyscy. Ale, co o nich wiemy? Widok to wrażenia obrazów. Dźwięki wpadające w uszy wyrównują nasze krzywe mózgowe wprowadzając nas w fale alfa szczebiotami ptaków i pomrukiwaniem jeleni. Dotyk mchu zaspokaja potrzebę miękkości. Przytula i rozluźnia jak głaskanie psa. Krzewy dzikiego bzu wybuchają słodką bryzą spomiędzy świeżości traw i ziół, a wszystko to zatopione w syropie miodowej woni świerków.

Mieć świadomość posiadania zmysłów jest już samo w sobie kojące ale im dłużej się nad tym zastanawiam, łapię się jak niewiele o zmysłach wiemy. Rozdzielenie wzroku od zapachu i dotyku tworzy raczej sztuczne podziały, które zacierają się gdy wchodzimy do lasów czy ogrodów. Nasze ciała przecież reagują inaczej, kompleksowo,całościowo w nieokreślony sposób postrzegają głębię piękna, a czym to tak naprawdę robią jest dla mnie zagadką, jak rozprawy o instynkcie i przeczuciach. Jesteśmy barometrami wrażeń sensorycznych przetwarzaczami gęstości przestrzeni. Czujemy całym ciałem jak krety w wąskich korytarzach. Wczuwamy się w nastroje, zarażamy radością. Odmieniamy wilgoć i chłód przez wszystkie przypadki.

Nowe badania przynoszą nowe zaskakujące informacje. Ale nikt nam ich nie wyjaśnia a literatura na ten temat jest skąpa. Mam jedną fajną książkę Brauna na ten temat ale została przykryta rzędem innych okładek w moim cyfrowym zbiorze. Muszę wrócić do niej w ten weekend, ponieważ jest tam sporo ciekawostek w temacie zapachowych kontemplacji, ale to nic w porównaniu do całej reszty niezbadanej sensoryki nieświadomego swych możliwości mocy zmysłowych człowieka.

„Siedem zmysłów” Rüdigera Brauna

Książka „Siedem zmysłów. Jak je zrozumieć i wykorzystać by lepiej żyć”, Rüdigera Brauna stanowi fascynujące studium na temat ludzkich zmysłów, które wychodzą poza tradycyjne pięć (wzrok, słuch, smak, węch, dotyk). Braun prezentuje nie tylko naukowe podstawy działania zmysłów, ale także ich psychologiczne i praktyczne aspekty, proponując sposoby, w jakie możemy je świadomie wykorzystywać do poprawy jakości życia.

Tradycyjne Pięć Zmysłów

Braun szczegółowo omawia tradycyjne pięć zmysłów, skupiając się na ich biologicznych i neurologicznych podstawach. Zwraca uwagę na złożoność procesów sensorycznych, podkreślając, że zmysły działają nie tylko jako niezależne systemy, ale także w silnej korelacji z mózgiem. Przykładem jest tutaj synestezja, gdzie aktywacja jednego zmysłu prowadzi do automatycznego pobudzenia innego.

Trzy Nowe Zmysły

Największą innowacją w podejściu Brauna jest wprowadzenie koncepcji trzech dodatkowych zmysłów:

  1. Zmysł propriocepcji: Jest to zmysł odpowiedzialny za percepcję pozycji i ruchu ciała. Dzięki propriocepcji możemy bez patrzenia wiedzieć, gdzie znajdują się nasze kończyny. Braun podkreśla znaczenie tego zmysłu w codziennym funkcjonowaniu, od chodzenia po schodach po bardziej skomplikowane czynności sportowe.
  2. Zmysł równowagi: Związany z uchem wewnętrznym, zmysł równowagi pomaga nam utrzymać stabilność i orientację przestrzenną. Autor wskazuje na jego kluczową rolę w koordynacji ruchowej oraz w percepcji naszego ciała w przestrzeni.
  3. Zmysł interocepcji: Jest to zdolność odczuwania stanu wewnętrznego naszego ciała, takich jak głód, pragnienie, ból czy zmęczenie. Braun sugeruje, że rozwinięcie interocepcji może znacząco poprawić nasze zdrowie i samopoczucie, pomagając lepiej rozumieć potrzeby naszego organizmu.

Integracja zmysłów i praktyczne zastosowania

Braun przedstawia teorie naukowe, ale również praktyczne ćwiczenia, które mają na celu rozwinięcie i zintegrowanie wszystkich siedmiu zmysłów. Autor sugeruje, że świadomość i trening naszych zmysłów może prowadzić do:

  • Lepszej koordynacji ruchowej i sprawności fizycznej
  • Zwiększenia zdolności poznawczych i kreatywności
  • Lepszego zarządzania stresem i emocjami
  • Poprawy jakości snu i ogólnego zdrowia

„Siedem zmysłów” zachęca do głębszego zrozumienia i docenienia naszych zmysłów. Autor pokazuje, że zmysły to nie tylko narzędzia do odbierania informacji z otoczenia, ale również kluczowe elementy wpływające na nasze codzienne życie i samopoczucie. Integracja i świadome rozwijanie wszystkich siedmiu zmysłów, jak sugeruje Braun, może prowadzić do bardziej pełnego, zdrowego i satysfakcjonującego życia.

Bibliografia

Braun, R. (2023). Siedem zmysłów. Jak je zrozumieć i wykorzystać by lepiej żyć. Warszawa: Wydawnictwo MUZA SA

Moja walka z codziennym brudem bez sensu a jednak

Sny znowu jawią się niepewne. W ucieczkach, poszukiwaniach i niepokoju. Słoneczne miasto może we Włoszech, piaskowe mury i jasne olbrzymie drzwi do wielkiego budynku, z którego wychodzę a później wracam w szaleńczym biegu, poszukując wielkich drewnianych drzwi, które nie wiadomo dlaczego chowają się w zakamarkach zagięć murów. Chyba ktoś mnie goni. Napięcie rośnie i rośnie. Przyspieszam.

Dobrze chociaż że świeci słońce i wątła nadzieja w maleńkim przeczuciu tli mi się nieśmiało za uszami, że to tylko jakieś terminy, należności, zobowiązania. To mnie goni. A jednak pod postacią ludzką jednak ona mi się nie manifestuje.

Środkiem ulicy przechodzi szeroko kolumna ludzi w niebiesko żółtych ubraniach, z plakietkami na szyjach, zawieszonych na długich smyczach. Wyglądają jak ekipa filmowa i chyba tym właśnie są. Kobieta z blond włosami upiętymi w niedbały kucyk, z widocznymi czarnymi odrostami wysuwa się przed szereg… I to chyba wszystko. Zagubienie i strach z nutą wakacyjnych wrażeń. Takie emocje zapamiętuję z tego nie wiadomo czego. Miasto i słońce. Brązowe drzwi. Nie było aż tak źle, ale jednak.

Słońce wlewa się przez pokój chłopców na podłogę oświetlając białe framugi. Cisza. Na cyferblacie czarnego zegarku 6:05. Jeszcze nie wiadomo czy pojedziemy dzisiaj na bagna. J. twierdzi, że jest za chłodno, a ogrzewanie wyziębionych pomieszczeń kosztuje fortunę a więc zostaje tylko odpoczynek przy Netfliksie i cydrze z chipsami. Ale najpierw piątek gospodarczy.

Kurze niewycierane od dwóch tygodni zalegają na półkach i podłogach. Dzisiaj dostaję baty za nieregularność prac ścieralniczo-porządkowych. kręgosłup pierdolnie jak nic. Najpierw jednak przygotowania szkolne. Śniadanie, ciuchy, kłótnia, łazienka… Później cisza. Lekka wibracja po wyjściu. Ptaków śpiew za oknem. Chwila zastanowienia. Ściągnięcie się w sobie i branie się w garść, odnajdowanie siły i branie się za to czego od lat nie cierpię.

Jak dorobię się godnych pieniędzy oddeleguję te czynności komuś innemu. Na te słowa zwykle wywołuję śmiech u J. , który wtedy mówi, że i tak sam to zrobi. Co się zwykle dzieje, kiedy nie ma siły zająć się domem na bagnach. Nie da zarobić pracowitym sprzątaczkom a zła karma dopada właśnie mnie. Gdyby nie posprzątał i nie zakonserwował wszystkich urządzeń rurowo-przepływowo-gazowych pewnie nie jeździlibyśmy tam na weekendy. Chwała mu za to. Sprzątanie dwóch chałup wykracza poza mój fizyczny potencjał. Sprzątanie wysysa ze mnie energię, pozbawia spokoju, męczy niemiłosiernie swoją cyklicznością i bezsensem powtarzalności, o niesprawiedliwości bycia kobietą nie wspomnę.

Jednak po wycieraniu, myciu, układaniu i szorowaniu przychodzi taki dziwny moment oczyszczenia, który przez krótki czas daje jakąś dziwną rekompensatę za włożony trud. Uczucie, że jednak Wszechświat mi sprzyja, że widzi moje zmagania i walkę, a nawet przytula moją rozedrganą i w kółko zmęczoną duszę do swojego wielkiego serca. Ale ta chwila jest stanowczo za krótka i stanowczo niewarta mojego wysiłku nawet, kiedy ruchy naprzemienne generują lepszą pracę mózgu. To stanowczo za mało.

Świat składa się z brudu. Z brudem walczymy nieustannie każdego dnia w naszych domach i umysłach; w pracy; w szkole i na ulicach. Kiedy skończysz ktoś znowu wszedł do sieni i narobił śladów z błota. Wściekasz się i zaczynasz cały proces od nowa. Zapominasz, że najpiękniejsze kwiaty wyrastają na błocie, na bagnie, na śmietnikach. Jednak to żadne pocieszenie kiedy sprzątaniu nie ma końca. Nie jesteś tym kwiatem tylko sprzątaczką. Chwytasz się myśli końcowej. Dalej szukasz pocieszenia i sensu. Tam też nic. Głucho.

Dlatego na prace gospodarcze wybieram piątek. Może to nieintuicyjne ale piątek sam w sobie jest pocieszeniem. Jest obietnicą wolności i zmiany. Po najgorszym przyjdzie lepsze, a wszystkie cykle przeciążeń i nadwyrężeń zamkną się w jednym dniu. Jutro jawić się będzie słonecznym odpoczynkiem i zakwasami. Bez sensu a jednak.

Dzikie łąki są jak sny

Dzień się rozkręca w rosnącej z minuty na minutę temperaturze. Szum aut przelatuje za oknem. Czasem cichnie i słychać nasilający się szczebiot ptaków. Tutaj królują miastowe kosy i szpaki. Leżę i patrzę na czarną tarczę zegara. Wskazówki stworzyły z białych wskazówek prostą prostopadłą dzieląc czarny okrąg na pół. Niby wcześnie a już w głowie za późno. Wtorek chichocze nadmiarem zadań. Poniedziałek sprawił się dobrze. Płynnie wypełnił całą przestrzeń i odhaczyłam wszystkie zadania. Dzisiaj czuję zmęczenie. A jednak wczoraj za dużo wszystkiego. Spadek energii. Mobilizuję siły ale dalej tkwię w miejscu. Może za chwilę uda mi się zacząć ale jeszcze jeszcze… Przepływam myślami. Znowu jestem wodą. Wylewam się z zakamarków i docieram do najmniejszych zagięć w ścianach. Zaraz mnie nie będzie, zaraz się rozpłynę zaraz rozpuszczę. Wspominam łąkę. Dzikie łąki są jak kolorowe sny.

W niedzielę przywitałam świt na dzikiej łące. W zasadzie to pole rzepaku przeplatane czerwienią maków i błękitem chabrów. Na pędach pojawiły się rurkowate strąki z nasionami, którymi obżerają się ptaki różnej maści. Grubodzioby, dzwońcie, szczygły, makolągwy, trznadle cytrynowe, szare a nawet mazurki. Nad wszystkim unosi się mgła. Trawa chlupie od rosy. Wlewa się z każdym krokiem do moich kaloszy. Błotniak a może myszołów kołuje nad głową. W oddali kłócą się kruki. Czasem słychać od strony Dzierżoniowa klangor żurawi. Niestety nigdy ich nie widzę.

Czaple lecą parami nad staw polować. Z nad rzepaku gdzie nie gdzie unoszą się rogi z czujnymi uszami koziołków i saren. Ich maluchy jeszcze nie wystają nad powierzchnię zielonej masy więc bezpiecznie buszują w zbożu. Na końcu polnej ścieżki zagulgotał bażant. Zawsze w bezpiecznej odległości. Zawsze czujny i nadmiernie spanikowany. Gotowy do wrzaskliwego chaotycznego lotu w ciągłym lęki i popłochu. Najgłośniejsze stworzenie mglistego poranka.

Żołny dzisiaj nie siedzą na drutach, szkoda. Przede mną i tak morze możliwości. Przestrzeń wypchana jest ptakami po brzegi. Coś zawsze wpadnie. Kadr rozciąga się aż pod Ślężę – górę mgieł. Nie mam kiedy na nią się wdrapać. Żałuję ale nieznacznie. Wolę po zdjęciach rozciągać kości na tarasie w promieniach słońca. Medytować w zieleniach moich świerków. Nagrzewać się do czerwoności aż stawy zaczną działać jak nowe. Pozwalam nastrojowi podnosić się i wibrować na najwyższym możliwym poziomie. Podziwiać siłę rozkręcającego się poranka aż do południa kiedy wszyscy ruszą do swoich mniej lub bardziej potrzebnych weekendowych zajęć. Ja już jestem po…

Kos dla dusz

Podobno ptaki zastygające na gałęziach przechowują ludzkie dusze.

Mojego kosa obserwuję na czubku drzewa przed oknem. Siada tam każdego ranka, od tygodnia. Próbowałam już nie raz sfotografować jego czarne ciałko ale gdy wracam z aparatem już go nie ma.

Podobno ptaki przenoszą ludzkie dusze. Transportują je z naszego świata do innego. Są naczyniami. Pojemnikami na zużytą jaźń. Mam nadzieję, że nie jest im cieżko w tym procesie, w tej wędrówce.

Tak, istnieją legendy, baśnie i wierzenia z różnych kultur, w których ptaki są uważane za istoty, które przenoszą ludzkie dusze po śmierci. Na przykład w mitologii greckiej istnieje wiara, że dusze zmarłych mogą przekształcać się w ptaki, takie jak sowy lub jastrzębie. W mitologii egipskiej wierzyło się, że dusze zmarłych podróżują do krainy zmarłych na barkach prowadzonych przez boginię o imieniu Maat. W wielu kulturach również wierzono, że ptaki, zwłaszcza orły, są pośrednikami między ludźmi a bogami. Te wierzenia odzwierciedlają różnorodność kulturową i sposób, w jaki ludzie interpretują życie i śmierć.

Kiedy w po covidowych powikłaniach nasz sąsiad leżał w śpiączce. Na czubek świerku przed moim balkonem przylatywał kos. Siedział dumny i jakiś taki spokojny. Patrzyłam w jego czarne oczka z charakterystyczną żółtą obwódką gdy wywieszała pranie. On siedział i milczał. Energia zastygała na chwilę razem z nim. Robiło się dziwnie. Być może tylko mojej głowie. Takie duże stop. Pauza w przewijające się taśmie życia.

Po tygodniu zobaczyłam klepsydrę na drzwiach wejściowych do naszej klatki. Sen farmakologiczny zamienił,się w sen wieczny. Nigdy nie zobaczymy już sąsiada.

Kos więcej się nie pojawił. Teraz zastępują go zielone sikorki.

W niektórych folklorach kosy są postrzegane jako przewoźnicy dusz zmarłych do zaświatów lub krainy zmarłych. Na przykład, w mitologii słowiańskiej kosy czasem były uważane za istoty, które przewoziły dusze zmarłych do świata zaświatów.

Nie odnalazłam żadnych potwierdzeń. Kto wie, może jeszcze nie trafiłam na właściwe księgi. Tak niewiele wiemy o mitologii Słowian. Dopiero wraca do łask.

Wszystko będzie toczyć się kołami i cyklami do kolejnego zastygnięcia, zaśnięcia…

Dzisiaj jakby niestrawność po wczorajszym smażonym serze. Pokuta za przysmaki dopadła mnie już przy końcu spaceru a wiosna była malownicza tego roku. Ulice odziane w zielone wybuchy niespodziewanej zieleni. Jest przepięknie gdy czuć zapachy miodowego aromatu unoszącego się wzdłuż ulic prowadzących do sklepów w moim mieście. Pnącza kwitnące na fioletowo wypychają się poza płoty wylewają z nowymi jaskrawszymi falami zieleni. Wystają przez pręty dziurki od klucza starych metalowych bramek czyniąc z nudnych zakamarków zaczarowane ogrody. Teraz ptaki to istne szaleństwo śpiewów, pisków i krzyków. Nikną gawrony a na ich miejsce pojawiają się rudziki, dzwońcie, trznadel i jaskółki. Na polach dalej królują skowronki.

Słońce daje wreszcie światło, które zamienia kadry w kolorowe obrazki bardziej intensywne niż jeszcze przez paroma dniami. Światło przyspiesza każdy proces. Podbija scenariusze zwierzęcych perypetii w parkowych zakamarkach.

Motyle przywołują lato razem z niebieskawymi chaszczami wylegającymi na chodniki nie licząc czerwono czarnych mas nakrapianych wagoników przyklejonych do siebie na dolnych partiach drzew.

Wszystko ruszyło i zmienia jasnozielone na ciemnozielone. Jest jakby letnio. Jak w lecie. Wiosna znowu załapała się tylko na tydzień, no może na dwa i to wszystko. Pory roku zaczęły przeskakiwać, a nie jak wcześniej przepływać w kilku nawrotach jak fale oceanu. Teraz jest czas skoków. Zmian jak w metamorfozie koników polnych. Zrzucania powłok. Powiększania się. Skokowego przybierania na wadze. Poranki jeszcze rześkie ale już niedługo będą gorącym przedsionkiem upałów. Dobre deszcze będą odtąd przynosić parowe chmury zalegające nad rzepakiem. Obrazy same będą się produkować w kadrach bez udziału człowieka. Jedynie człowiek z zachwytem będzie mógł się nad nimi pochylić lub przejść obojętnie bez refleksji.

Kosy nadal będą szaleć w dołkach ściółki wygrzebując podziemne stworzenia, którymi napchają brzuchy swoich dzieci. Wszystko będzie toczyć się kołami i cyklami do kolejnego zastygnięcia, zaśnięcia. Dobrze, że to początek rozkwitu. Po bzach przyjdą maki. A później czereśnie. Przyszłość jawi się w czerwieniach.

Rośliny ruderalne

Wyrastają ze szczelin chodników, z betonowych rozpadlin, krawężnikowych rozstępów. Z dachów niezamieszkałych domów. Z żwirowych pagórków pozostawionych na niedokończonych budowach. Murkach po których już nie chodzą dzieci. Mienią się błękitami cykorii na przydrożach i żółcieniami mniszków na starych parkingach. Zieloną gąbczastą materią mchów rozpychają spojenia kostek brukowych. Wszędzie są. Istnieją. Zamieszkują. Bytują. Żyją wbrew wszystkim prawom natury. Zasiedlają betonowe osiedla tlą się w zapomnianych ruderach i ruinach.

„Rośliny ruderalne”. Są z nami od zawsze. Przychodzą nieproszone i żyją w naszych miastach. Jak nieposkromione fale dzikiej namiętności. Nawet rozlewając z uporem maniaka VALDORy, FLEXy czy inne herbicydy na tory i boiska, nie powstrzymamy tej siły. Tego uporu. One zawsze zostaną. Zawsze odrosną. Zawsze się ujawnią w niespodziewany sposób w nieoczekiwanym styku dwóch płaszczyzn. Są silne i uparte. Niezwyciężone. Na przekór wszystkiemu będą żyć.

Rośliny ruderalne

Roślinność ruderalna to rośliny, które rosną na terenach opuszczonych lub zdegradowanych przez działalność człowieka, takich jak nieużytki, skraje dróg, tereny po pożarach itp. Gatunki ruderalne często są szybko rozwijającymi się roślinami, które łatwo kolonizują nowe środowiska. Przykłady gatunków ruderalnych to mniszek lekarski, komosa biała, szczaw polny czy nawłoć pospolita. Ich zdolność do rozmnażania się i szybkiego wzrostu sprawia, że są często spotykane w obszarach miejskich i przemysłowych.

Procesy bagienne

Nie lubię powrotów z bagien. Zwłaszcza tych niedzielnych. Świat wraca wtedy do niechcianej normy betonowego środowiska. Procesy bagienne zamieniają się na procesy pyłotwórcze, kurzoniosłe, a przy spadkach temperatury nawet smogotwórcze. Kiedy temperatura rozkręca się na dobre ty musisz jak na rozkaz pakować torby i wbrew swojej intuicji wracać tam gdzie nie chcesz. Do kurzu kwadratowych pomieszczeń. Do miasta złożonego z pyłu. Do pracy. Paradoksalnie skład atomowy kurzu jest podobny do organizmów żywych, to m. in.: tlen, węgiel, wodór, azot, wapń i fosfor jednak wygląd jasnej, kudłatej szarości zlegający w kątach i zagięciach lamp ma się nijak do tętniących zielenią i świeżością drzew, mchów, pnączy i grzybów mokrej materii. Pierwsze zabija, drugie rozbudza i nasyca zmysły.

Bagno

Bagna to obszary, wilgotne lub podmokłe, z dominacją roślinności trzcin, sitowia, mchów i torfowców. Procesy bagienne obejmują gromadzenie się organicznej materii roślinnej, która ulega częściowej dekompozycji w warunkach niskiego tlenu, co prowadzi do tworzenia się torfu. Te ekosystemy są ważne dla retencji wody, oczyszczania środowiska oraz stanowią siedlisko dla wielu gatunków zwierząt i roślin.

Bagna mają wpływ na produkcję deszczu poprzez procesy jak parowanie wody z powierzchni bagien oraz transpiracja roślinności. Ta wilgotność dostaje się do atmosfery, gdzie kondensuje się i może tworzyć chmury. Dodatkowo, bagna mogą być źródłem wody dla rzek i strumieni, które przyczyniają się do cyrkulacji wody i cyklu opadowego.

Miasta produkują hałas i tony śmieci. Chmury smogu i nieczystości. Miasta produkują depresję i samotność. Tworzą toksyczne materie. Miasta produkują zmartwienia i wykluczenie a jednak w nich tkwimy i do nich wracamy. Pojedyncze drzewa wyrastające z betonowych dziur przypominają nam o innym wymiarze. To musi wystarczyć na pięć dni. Zanim znowu uciekniemy w chlorofilowe przestrzenie wypełnione ptakami i sarnami. Do mokrego z próżnego…