Kwiaty i joga snu

5. 35. Pachnie świeżością. Chłodny poranek wpływa do kuchni przez uchylone okno i zahacza o sypialnię. Nie wstanę drugi raz żeby je przymknąć, bo mi się nie nie chce. Awaria cieplej wody wyznaczy nowe kierunki tego dnia. Będą kłopoty. P. nie cierpi zmian. Nie będzie chciał jechać na uczelnię. Jeszcze o tym pomyślę, ale o szóstej.

Co dzisiaj robić? Ranek zerwał mnie wcześniej. Ptaki piszczą w wiosennym uniesieniu. Nie ma szans już na drzemkę. Zaczynamy pierwszą część podróży. Woda niesie mnie przez zakamarki wspomnień. Przepływy pchają się w wydrążone korytarze. Fala myśli z którą walczyć się nie da przynosi swoje odkupienie. Nic się jeszcze nie wzmaga na tyle żeby wybudzić lęk jednak coś przysiada za uszami w niepewnym oczekiwaniu nie wiadomo na co.

Czwartek mierzy się ze sobą ale rozwija z małego pączka kierując głowę do światła. Wygra tę walkę ze sobą i ostatecznie stanie się pozytywnym. Kwiaty mi się nie przyśniły jak zakładałam. Panować nad snami to jedno ale je wywołać na życzenie, to już inna historia. W starych księgach istnieją wskazówki na ten temat, chociażby w jodze snu. Niestety egzemplarz wysprzedany. Magazyn księgarni jest pusty w temacie marzeń sennych zatem trzeba przybrać inną formę poszukiwań i uzbroić się w cierpliwość.

Kwiaty to symbol odrodzenia, siewu, rozwoju i przekwitania. Piękna i mocy dającej ukojenie. Kwiaty w zależności od wierzeń i nastawiania w naszych głowach mogą być wszystkim dobrym co nadejdzie. Dają ukojenie. Są zachwytem i uwolnieniem. Ich kolory dają wewnętrzną radość w śnieniu i jawie. Śniąc o kwiatach przechodzimy w stan radosnego spoczynku, który daje ten prawdziwy odpoczynek. To jak leżenie na trawie wśród główek kwiatów widzianych z perspektywy mrówki od dołu przez pryzmat promieni przenikających przez róże i fiolety, które odbijają się na twarzy w ciepłych refleksjach.

Symbole snów mogą różnić się w zależności od kultury i osobistych doświadczeń, ale kwiaty często symbolizują różnorodne emocje, stan umysłu i relacje. Na przykład, kwiaty mogą reprezentować piękno, radość, żal, tajemnicę, czy nawet miłość. Interpretacja snu z kwiatami zależy więc od kontekstu snu oraz uczuć i doświadczeń osoby śniącej.

Niektóre senniki wskazują, że rozkwitające kwiaty symbolizują rozwój osobisty, zarówno w obszarze prywatnym, jak i zawodowym. Dojrzałe mogą natomiast wróżyć osiągnięcie stanu absolutnego spokoju.

Absolutny spokój jest zawsze nagrodą. Ale to już wiemy.

Odkryj Jogę Snu: Techniki i korzyści

Joga snu, znana również jako yoga nidra, to praktyka, która prowadzi do głębokiego relaksu i spokoju umysłu. Podczas tej praktyki osoba pozostaje w stanie półświadomości między jawą a snem, co prowadzi do odprężenia ciała i umysłu. Choć może się wydawać, że sen to po prostu bierny stan, joga snu daje kontrolę nad tym procesem, co ma potężny wpływ na ogólne samopoczucie i zdrowie.

Jak praktykować Jogę Snu

  1. Znajdź ciche miejsce: Znalezienie cichego i spokojnego miejsca jest kluczowe do skutecznej praktyki jogi snu. Wybierz miejsce, gdzie nie będziesz zakłócany, i przygotuj wygodne miejsce do leżenia.
  2. Przygotuj się na relaks: Przed rozpoczęciem praktyki załóż wygodne ubrania i przygotuj się na głęboki relaks. Możesz również użyć poduszki lub koca, aby poczuć się jeszcze bardziej komfortowo.
  3. Skoncentruj się na oddechu: Rozpocznij praktykę jogi snu poprzez skoncentrowanie się na oddechu. Zanurzaj się w rytmie swojego oddechu, zwracając uwagę na wdech i wydech.
  4. Wizualizacje i Skanowanie Ciała: Podczas jogi snu można stosować różne techniki wizualizacyjne i skanowanie ciała, aby wprowadzić umysł w stan relaksacji. Możesz wizualizować spokojne miejsce lub skupić się na relaksujących uczuciach w różnych częściach ciała.
  5. Powtarzaj mantry:Powtarzanie mantra lub afirmacji może pomóc w uspokojeniu umysłu i wzmocnieniu relaksacji. Wybierz kilka krótkich, pozytywnych zdań i powtarzaj je w myślach lub na głos.
  6. Czuwaj nad Stanem Świadomości: Jedną z kluczowych cech jogi snu jest pozostawanie w stanie półświadomości. Pozwól umysłowi odpływać, ale zachowaj subtelną świadomość otoczenia i swojego stanu.

Korzyści związane z Jogą Snu

  • Redukcja stresu i lepsze zarządzanie emocjami: Regularna praktyka jogi snu może zmniejszyć poziom stresu i uczucie lęku, pomagając lepiej radzić sobie z emocjami w codziennym życiu.
  • Poprawa snu: Joga snu może pomóc w poprawie jakości snu, przynosząc spokojny i głęboki sen.
  • Zwiększenie świadomości: Praktykowanie jogi snu może pomóc w zwiększeniu świadomości własnego ciała, umysłu i otoczenia.
  • Poprawa koncentracji i kreatywności: Dzięki jodze snu możesz doświadczyć zwiększonej koncentracji, co może prowadzić do poprawy efektywności w pracy lub w nauce.
  • Lepsze samopoczucie ogólne: Regularna praktyka jogi snu może przynieść ogólne poczucie spokoju, harmonii i dobrostanu.

Joga snu to nie tylko praktyka relaksacyjna, ale także technika samopoznania i rozwoju osobistego. Warto poświęcić czas na naukę i praktykę jogi snu, aby doświadczyć jej korzyści na własnej skórze.

Joga snu, znana również jako yoga nidra, ma długą i fascynującą historię sięgającą starożytnych tekstów jogi. Oto kilka kluczowych faktów dotyczących historii i istoty jogi snu:

Historia Jogi Snu:

  1. Korzenie: Joga snu ma swoje korzenie w starożytnych tekstach jogi, takich jak „Yoga Sutras” autorstwa Patanjalego, gdzie opisane są techniki medytacyjne mające na celu osiągnięcie stanu głębokiej relaksacji i wyższej świadomości.
  2. Tradycje Tantryczne: W tradycji tantrycznej joga snu była praktykowana jako forma medytacji, która miała prowadzić do osiągnięcia stanu samadhi – wyższego stanu świadomości.
  3. Rozwój w XX wieku: Współczesna forma jogi snu, jaką znamy dzisiaj, została rozwinięta w XX wieku przez mistrza jogi Swami Satyanandę Saraswatiego. Swami Satyananda przystosował starożytne techniki jogi nidra do bardziej dostępnej dla współczesnego człowieka formy, co zaowocowało powstaniem bardziej strukturyzowanych sesji jogi snu.

Wszystko będzie toczyć się kołami i cyklami do kolejnego zastygnięcia, zaśnięcia…

Dzisiaj jakby niestrawność po wczorajszym smażonym serze. Pokuta za przysmaki dopadła mnie już przy końcu spaceru a wiosna była malownicza tego roku. Ulice odziane w zielone wybuchy niespodziewanej zieleni. Jest przepięknie gdy czuć zapachy miodowego aromatu unoszącego się wzdłuż ulic prowadzących do sklepów w moim mieście. Pnącza kwitnące na fioletowo wypychają się poza płoty wylewają z nowymi jaskrawszymi falami zieleni. Wystają przez pręty dziurki od klucza starych metalowych bramek czyniąc z nudnych zakamarków zaczarowane ogrody. Teraz ptaki to istne szaleństwo śpiewów, pisków i krzyków. Nikną gawrony a na ich miejsce pojawiają się rudziki, dzwońcie, trznadel i jaskółki. Na polach dalej królują skowronki.

Słońce daje wreszcie światło, które zamienia kadry w kolorowe obrazki bardziej intensywne niż jeszcze przez paroma dniami. Światło przyspiesza każdy proces. Podbija scenariusze zwierzęcych perypetii w parkowych zakamarkach.

Motyle przywołują lato razem z niebieskawymi chaszczami wylegającymi na chodniki nie licząc czerwono czarnych mas nakrapianych wagoników przyklejonych do siebie na dolnych partiach drzew.

Wszystko ruszyło i zmienia jasnozielone na ciemnozielone. Jest jakby letnio. Jak w lecie. Wiosna znowu załapała się tylko na tydzień, no może na dwa i to wszystko. Pory roku zaczęły przeskakiwać, a nie jak wcześniej przepływać w kilku nawrotach jak fale oceanu. Teraz jest czas skoków. Zmian jak w metamorfozie koników polnych. Zrzucania powłok. Powiększania się. Skokowego przybierania na wadze. Poranki jeszcze rześkie ale już niedługo będą gorącym przedsionkiem upałów. Dobre deszcze będą odtąd przynosić parowe chmury zalegające nad rzepakiem. Obrazy same będą się produkować w kadrach bez udziału człowieka. Jedynie człowiek z zachwytem będzie mógł się nad nimi pochylić lub przejść obojętnie bez refleksji.

Kosy nadal będą szaleć w dołkach ściółki wygrzebując podziemne stworzenia, którymi napchają brzuchy swoich dzieci. Wszystko będzie toczyć się kołami i cyklami do kolejnego zastygnięcia, zaśnięcia. Dobrze, że to początek rozkwitu. Po bzach przyjdą maki. A później czereśnie. Przyszłość jawi się w czerwieniach.

Rośliny ruderalne

Wyrastają ze szczelin chodników, z betonowych rozpadlin, krawężnikowych rozstępów. Z dachów niezamieszkałych domów. Z żwirowych pagórków pozostawionych na niedokończonych budowach. Murkach po których już nie chodzą dzieci. Mienią się błękitami cykorii na przydrożach i żółcieniami mniszków na starych parkingach. Zieloną gąbczastą materią mchów rozpychają spojenia kostek brukowych. Wszędzie są. Istnieją. Zamieszkują. Bytują. Żyją wbrew wszystkim prawom natury. Zasiedlają betonowe osiedla tlą się w zapomnianych ruderach i ruinach.

„Rośliny ruderalne”. Są z nami od zawsze. Przychodzą nieproszone i żyją w naszych miastach. Jak nieposkromione fale dzikiej namiętności. Nawet rozlewając z uporem maniaka VALDORy, FLEXy czy inne herbicydy na tory i boiska, nie powstrzymamy tej siły. Tego uporu. One zawsze zostaną. Zawsze odrosną. Zawsze się ujawnią w niespodziewany sposób w nieoczekiwanym styku dwóch płaszczyzn. Są silne i uparte. Niezwyciężone. Na przekór wszystkiemu będą żyć.

Rośliny ruderalne

Roślinność ruderalna to rośliny, które rosną na terenach opuszczonych lub zdegradowanych przez działalność człowieka, takich jak nieużytki, skraje dróg, tereny po pożarach itp. Gatunki ruderalne często są szybko rozwijającymi się roślinami, które łatwo kolonizują nowe środowiska. Przykłady gatunków ruderalnych to mniszek lekarski, komosa biała, szczaw polny czy nawłoć pospolita. Ich zdolność do rozmnażania się i szybkiego wzrostu sprawia, że są często spotykane w obszarach miejskich i przemysłowych.

Procesy bagienne

Nie lubię powrotów z bagien. Zwłaszcza tych niedzielnych. Świat wraca wtedy do niechcianej normy betonowego środowiska. Procesy bagienne zamieniają się na procesy pyłotwórcze, kurzoniosłe, a przy spadkach temperatury nawet smogotwórcze. Kiedy temperatura rozkręca się na dobre ty musisz jak na rozkaz pakować torby i wbrew swojej intuicji wracać tam gdzie nie chcesz. Do kurzu kwadratowych pomieszczeń. Do miasta złożonego z pyłu. Do pracy. Paradoksalnie skład atomowy kurzu jest podobny do organizmów żywych, to m. in.: tlen, węgiel, wodór, azot, wapń i fosfor jednak wygląd jasnej, kudłatej szarości zlegający w kątach i zagięciach lamp ma się nijak do tętniących zielenią i świeżością drzew, mchów, pnączy i grzybów mokrej materii. Pierwsze zabija, drugie rozbudza i nasyca zmysły.

Bagno

Bagna to obszary, wilgotne lub podmokłe, z dominacją roślinności trzcin, sitowia, mchów i torfowców. Procesy bagienne obejmują gromadzenie się organicznej materii roślinnej, która ulega częściowej dekompozycji w warunkach niskiego tlenu, co prowadzi do tworzenia się torfu. Te ekosystemy są ważne dla retencji wody, oczyszczania środowiska oraz stanowią siedlisko dla wielu gatunków zwierząt i roślin.

Bagna mają wpływ na produkcję deszczu poprzez procesy jak parowanie wody z powierzchni bagien oraz transpiracja roślinności. Ta wilgotność dostaje się do atmosfery, gdzie kondensuje się i może tworzyć chmury. Dodatkowo, bagna mogą być źródłem wody dla rzek i strumieni, które przyczyniają się do cyrkulacji wody i cyklu opadowego.

Miasta produkują hałas i tony śmieci. Chmury smogu i nieczystości. Miasta produkują depresję i samotność. Tworzą toksyczne materie. Miasta produkują zmartwienia i wykluczenie a jednak w nich tkwimy i do nich wracamy. Pojedyncze drzewa wyrastające z betonowych dziur przypominają nam o innym wymiarze. To musi wystarczyć na pięć dni. Zanim znowu uciekniemy w chlorofilowe przestrzenie wypełnione ptakami i sarnami. Do mokrego z próżnego…

Eksploracja bezgranicznej kreatywności

Najlepiej jednak rankiem. Tak, jeśli chodzi o pisanie najlepiej robić to rano. Wtedy moje myśli jakby lepiej się sklejają ze sobą i wypływają ze mnie zapełniając białe kwadraty w tablecie szybciej niż wieczorem.

Pisanie to żmudny proces i jeszcze nie do końca nie zbadany ale wiem już chociaż, że myśli przychodzą niezależnie od naszej woli. Jakby z innego bytu, który mówi do nas z najgłębszych pokładów osobowości. Czasem nawet krzyczy. Upomina się o uwagę i o całkowite uwolnienie. Natychmiast. Czasem szepcze i płacze. Czasem wyzwala złe emocje by po czasie skupić się na tych dobrych. Tak czy owak, żyje w tym nieokreślonym wnętrzu i materializuje się raz po raz wysyłając ponaglające komunikaty.

Czasem spowalnia, przystaje i cichnie. Nie odzywa się przez kilka dni, żeby po tej pustce wybuchnąć nagle płomieniami ognia piekielnego, w których można się tylko spalić, zatracić wpaść w cug. Lecieć na Flow bez poczucia czasu jak we śnie. Ten proces żyje własnym życiem i do końca nie ma co się z nim spierać. Trzeba raczej go obserwować i dopasować do siebie. Zaprzyjaźnić się z nim i stwarzać dogodną atmosferę. Zapraszać go na randki, rozpieszczać, całować a na koniec wyciskać go jak cytrynę.

Moje pomysły przychodzą nad ranem w nieprzytomnym otwarciu oczu. Kiedy ego jeszcze smacznie śpi. Gdy mam siłę i spokój piszę już od piątej. Wtedy myśli płyną nieprzerwanym strumieniem. Aktywne są te inne pokłady, których logiczny umysł jeszcze nie dogania. Fantazje wibrują w rytm swojej niezależnej energii, a ta z kolei wprowadza drgania w nieznane odmęty mojej jaźni. Wtedy rzeczy łączą się w pary, trójki, czwórki, setki z zupełnie nieoczywistych powodów by na koniec dać w miarę spójny i racjonalny zestaw narzędzi do kreowania narracji. Produkuje słowa, dawno zapomniane i kojarzy je w chmurach całkowicie nieintuicyjnych słów i nazw. To jakby wędrówka po nieznanym lesie, gęstym, pięknym i strasznym zarazem. Kolorowym i pachnącym. Niezwykłym i tajemniczy.

Kreatywność i olśnienia nie przychodzą tylko w kierowanych na cel zadaniach typu burze mózgu. Kreatywność przychodzi indywidualnie, niezależnie i w warunkach spokojnego wyciszenia. Oderwania od zajęć. W nieświadomej relaksacji. Na przerwie, pod prysznicem, w mieszaniu łyżką w zupie, w spojrzeniu przez okno na słupy wysokiego napięcia po lądowaniu szpaków. Tak, to się dzieje samo. Kiedy nie damy się zarżnąć do bólu pracą i zostawimy na to coś miejsce.

To musi być moment przełączenia. Odłączenia od planu. Wyjścia.

Nasz mózg przełącza się na fale alfa.

Automatyczne pisanie i kreatywność

Kreatywność to stan umysłu.

Po przeczytaniu kilku książek i artykułów o kreatywnym pisaniu i wpadłam w temat na dobre, zwłaszcza po książce pt. Pismo automatyczne Michaela Sandlera, którą polecam, wszystkim poszukiwaczom nowych poł,aczeń neuronalnych. Dobrą pozycją dla zabieganych jest również książka Dlaczego marzyciele uratują świat, czyli co nauka o mózgu mówi na temat kreatywności, Hilde Ostby.

Automatyczne pisanie czyli bezmyślne pisanie w lekko śniącym jeszcze relaksie przynosi mi najlepsze teksty, pomysły i niespodziewane rozwiązania. To dobra rozgrzewka przed dniem wymagającym wciąż nowych tematów. Choć metoda trąca szamaństwem i sceptycy mają z niej niezłą bekę jakby to powiedział P., u mnie się przyjęła i rozkręciła na dobre usuwając wcześniejsze blokady wciągnęła w proces twórczy, który cieszy, rośnie a nawet chwilami zadziwia.

Rozwija kręte rewiry, zwłaszcza te bez wcześniejszego dostępu. Jest formą medytacji, która codziennie lub z przerwami otwiera mnie na nowe, grupuje, motywuje, wzmacnia i ustala cele całej tej powiedzmy, działalności.

Alfa

Przełączanie się mózgu na fale alfa jest powiązane z relaksem i stanem odpoczynku, co może sprzyjać kreatywności poprzez zmniejszenie aktywności krytycznej kontroli myślenia. Badania sugerują, że ten stan umysłu może ułatwiać dostęp do nietypowych połączeń w mózgu, co prowadzi do nowatorskich pomysłów i olśnień. Jednakże, kreatywność jest złożonym procesem, który zależy od wielu czynników, więc inne fale mózgowe i czynniki psychologiczne także odgrywają istotną rolę.

Automatyczne pisanie i Manifest Pisarza André Bretona czyli Eksploracja bezgranicznej kreatywności

Automatyczne pisanie, znane również jako automatyzm literacki, jest praktyką polegającą na spontanicznym i nieświadomym zapisywaniu myśli, słów i obrazów. Jest to technika często stosowana w ramach eksperymentów artystycznych i literackich, której celem jest eksploracja głębszych warstw świadomości i wyzwalanie kreatywności bez ograniczeń. Jednym z pionierów tego podejścia był francuski pisarz André Breton, który w swoim Manifestie Surréalizmu (1924) zachęcał do wykorzystywania automatyzmu jako narzędzia do odkrywania autentycznej, nieświadomej twórczości.

Breton, współzałożyciel ruchu surrealistycznego, wierzył w potencjał nieświadomości i podświadomości jako źródła autentycznej ekspresji artystycznej. Jego manifest zachęcał pisarzy i artystów do eksploracji „stanu czystego psychicznego automatyzmu”, który umożliwiałby im wyzwolenie się od ograniczeń racjonalnego myślenia i kontroli. W ten sposób tworzyliby dzieła, które byłyby bardziej autentyczne i głębokie, przekraczając granice norm społecznych i estetycznych.

Praktyka automatycznego pisania polegała na spontanicznym zapisywaniu myśli, marzeń, obrazów czy dialogów bez zastanowienia się nad ich logiczną poprawnością czy sensownością. Pisarze, często w stanie transu lub relaksu, pozwalali, by słowa płynęły swobodnie, odsłaniając nieświadome myśli i emocje. Efektem tego procesu było często dzieło zaskakujące, niekonwencjonalne i pełne niespodziewanych skojarzeń.

Wpływ praktyki automatycznego pisania na twórczość literacką był znaczący, zarówno w ramach ruchu surrealistycznego, jak i poza nim. Pisarze eksperymentowali z tą techniką, aby przełamać konwencje literackie i odkryć nowe sposoby wyrażania siebie. Dla niektórych było to narzędzie wyzwalające blokady twórcze, pozwalające na swobodniejsze i autentyczne wyrażanie myśli.

Jednak praktyka automatycznego pisania nie była pozbawiona kontrowersji. Niektórzy krytycy zarzucali, że prowadzi ona do chaotycznego i bezładnego tworzenia, pozbawionego struktury i sensu. Ponadto, istnieją wątpliwości co do autentyczności i wartości artystycznej tekstów wytworzonych w ten sposób, gdyż mogą one być postrzegane jako jedynie przypadkowe zapisy myśli, niezwiązane z prawdziwą kreatywnością.

Mimo tych kontrowersji praktyka automatycznego pisania pozostaje fascynującym eksperymentem artystycznym, który kontynuuje inspirację dla wielu twórców. Manifest André Bretona nadal stanowi istotny punkt odniesienia dla tych, którzy dążą do eksploracji granic kreatywności i odkrywania nowych sposobów wyrażania siebie poprzez literaturę i sztukę. Jego zaproszenie do odkrywania nieświadomego i swobodnego tworzenia nadal inspiruje do działań w duchu surrealistycznej rewolucji umysłu.

Trzeba widzieć

Po weekendzie niespiesznie. Słońce na twarzy namalowało brązowo czerwone plamy. Jest ciepło i przyjaźnie. Wszyscy jeszcze śpią. Część szczęściarzy ma wolne. Ci z mniejszym ładunkiem szczęśliwości wracają do swoich poniedziałkowych zajęć.

Wczoraj wróciliśmy z bagien do miasta. Całkiem spokojnie zmieniliśmy strefę komfortu na bezmiar obowiązków i niekończącej się krzątaniny. Rozpakowanie, pranie, obiad, kolacja, prasowanie… film.

Majowy początek, majowy koniec. Przeleci jak Izaura. Zniknie w wiosennym słońcu, pod powiekami. W locie, w natłoku zdarzeń. W codzienności niczego. W przesunięciach, w rozkładach, w dogodnych terminach, wizytach, zakupach, rachunkach, pracach, kolejkach. Zamieni się w nicość. Niezauważalność. Minie bezpowrotnie gdy liście zmienią kolor na ciemnozielony.

Trzeba chwytać się każdej chwili. Zatrzymać to co się da w głowie. Cząsteczki, minuty, sekundy. Odbicie światła w lustrze stawu; rosy na trawie; żaby na brzegu; jaszczurki na tarasie, żmije na asfalcie, kaczki z młodymi; konwalie, kaczeńce i niezapominajki w leśnej świeżości zapachów.

Wełniane kulki raniuszków na gałęziach iglaków. Rude ogony kopciuszków i poranny świergot kosów aż do późnych godzin wieczornych a nawet nocnych. Kolorowe pióra szczygłów na trawniku przed blokiem i taniec miłosny kruków nad kreską pól.

Majestatyczny przelot żurawi w niekończącej się przestrzeni sino białych chmur.

Trzeba widzieć i rejestrować postępujące po sobie klatki. Zmienność pór kwitnienia i dorastania ptaków. Latem wszystko wyhamuje. Latem stanie się już stałe. Bez nagłych wybuchów zieleni i purpury. Latem to wszystko się uspokoi i przysiądzie zmęczone przy brzegu obfitości.

Wstaję zielono soczyście

Wstaję wcześnie. Jest słonecznie. Zielono. Soczyście. Niedziela. Chce się żyć. Jak dotąd bez zmian. Jest dość łagodnie. Sny wytrwale przetaczają się przez głowę. Wypływa z nich nadmiar emocji i zamieniają się w ulgę i ulgę dają. Taki ich cel. To nasze antidotum to nasze lekarstwo. W taki sposób znajduje ujście gniew instrach a nawet złość, której tak się wstydzimy. Wstyd chowany do najgłębszej szafy również.

Emocje rządzą wszystkim. Naszym ciałem i światem. Nie dostrzegamy ich potęgi oraz faktu że jesteśmy ich niewolnikami. Tyle się o nich pisze a my dalej nie mamy świadomości ich sprawczości. Dalej uważamy, że należymy tylko do siebie. To takie smutne i naiwne. Przecież zawsze należymy do kogoś więc może lepiej…

Jestem niewolnicą tych zjawisk, tej magii bezwiedne, która toczy mnie od środka. Jestem wojownikiem cudzych wojen i myślicielem innych epok. Nie zataczam kręgów w ich kulturze. Szukam swoich w innych formatach i figurach ale na koniec i tak wracam do małego wylotu na końcu bryły, prześwitu jak dziura w skarpecie z którego mając szczyptę nadziei można uciec, wycisnąć się w inne przyjaźniejsze wymiary. Dokąd pędzę nie wiem, po co się ścieram z dniem nie wiem, po co mnie powołano do scenariusza tych zdarzeń, nie wiem. Po co piszę, nie wiem po co rejestruję na kwadratowych transzach chwile, które zatrzymują się w taśmie życia, nie wiem.

Prowadzą mnie siły, o których nic nie wiem. Dają nadzieję i narzędzia w niespodziewanych momentach.

Nie wiem kiedy się zdarzy następne olśnienie ale fakt że są daje nieprzerwaną radość. Może iskry przychodzą z zaświatów, a może tak po prostu z nas samych. To budujące być wodą. Zbierać, dokarmiać i docierać w najwęższe zakamarki. Leżeć pisać a później wychodzić do ptaków w najdziksze zakątki mojego miasta. Cieszyć się słońcem. Przyjmować fale optymizmu w niedzielne poranki. To dobre życie zwarzywszy na śmierć pod granicą i wszystkich tych, którzy od rana czują tylko lęk w rozwalonej rzeczywistości. Kto nas dzieli na te światy. Kto wybiera wybrańców. Kto rozdziela ciszę i bogactwo spokoju. Kto?

Tylko wdzięczność nas wyzwoli

Ósma wybiła jednostajnym denerwującym rytmem dzwonów kościelnych. Dzień raczej słoneczny ale gdy otwierałam okno na szybach pojawia się zimna para. Dzisiaj temperatura ma już rosnąć, tak obiecywali w telewizji ale czy ich prognozy się sprawdzą tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Na razie, jak widać jest zimno. Chociaż przestały nasilać się bóle głowy. Coś się zmienia. Ciśnienie rośnie Będzie dobrze.

Poranek znów pełen przepychanek i niedokończonych kłótni zaburzył nasz rytm serca. Ciągły brak bułek i mleka zaburza sielankę rodzinną a notoryczne spóźnienia świdrują w żołądkach nowe kratery. Stres objawia się krzykiem i pretensją. Wcześniejsze wstawanie znowu zakończyło się porażką. Czas nie chce spokojnie płynąć bez przyspieszeń. Czasu nie da się ujarzmić. Czas się nie poddaje żadnym kompromisom. Leci na złamanie karku a my razem z nim. Do dupy z tym wszystkim. Nie nadążam. Gdy w jeden dzień wykonam 100 procent planu na drugi nie mam już energii żeby zrobić połowę zadań. Nie umiem pogodzić się z nieliniową wydajnością, skokami rytmów, z nieprzewidywalnością natężenia sił w danym czasookresie.

Rzeczywistość jest rwana i popychana, nigdy płynna i spokojna. Energia wypala się po dwóch dniach i potrzeba trzech żeby ją odbudować i tak w kółko do znudzenia. Dobrze, że już czwartek. Czwartek jest dobry pochyla się nad tobą szepcząc spokojnym głosem, że zbliża się koniec, że nadchodzi dobra zmiana i nadzieja odpoczynku. Czwartek to mała obietnica cudu jak to śpiewała Kaśka Nosowska. Jednak tutaj w moim m2 cuda rzadko się zdarzają. Jednak czasem nieoczekiwanie nawiedzają mnie dobre sny i świadomość jak ciężko jest innym, co jest niemoralnym acz skutecznym pocieszeniem w tej wstydliwej biedzie umysłowej. Wszyscy mają gorzej! A ty znów narzekasz! Nawet Amerykanie muszą chodzić do trzeciej pracy po dwóch pierwszych, żeby starczyło im na chleb! Na chleb! Jezu. Jakie to podle. Trzy, kiedy ty masz tylko jedną niecałą. Jak ta gospodarka wytrzyma to zmęczenie materiału. Jak to dobrze, że mieszkam tutaj.

Tutaj mam czas ponarzekać. Tam, nie miałabym siły nawet mówić przy moim ciągłym przebodźcowaniu, a co dopiero pisać swoje dyrdymały. Jakie to szczęście, że jestem po właściwej stronie muszę jedynie bardziej rozwinąć mięsień wdzięczności.

Tylko wdzięczność pomaga na przewlekłą chorobę zwaną potocznie narzekaniem, czarnowidztwem, czy ogólnie mentalnym gównem zatruwającym nasze umysły jak natręctwa. Tylko wdzięczność nas wyzwoli. Tylko we wdzięczności znajdziemy otuchę i pocieszanie. Tylko dzięki wdzięczności wyjdziemy z depresji i z dołka wyuczonej bezradności. Amerykańscy naukowcy już dawno ten temat przebadali opisali i zastosowali w praktyce odpowiednimi narzędziami psychologicznymi, stwierdzając jednogłośnie, że działa!

A tutaj wciąż wychodzą z kątów wątpliwości. W naszym kościele tego się tak nie uprawia. Nazwa jest jakby staroświecka i kojarzy się z oazą a nie poszerzaniem świadomości, na której pokazy trzeba było chodzić do sali gimnastycznej w trakcie lekcji i przysłuchiwać się zwierzeniom jasnej młodzieży, która jako jedyna na tym łez padole miała jakiś wyznaczony cel, plan, obraz rzeczy a nie tylko papieros za murkiem między Mickiewiczem a budową wnętrza kwiatu. I nawet w swoich historiach dziękowała za błogosławieństwa tylko Bogu. Bo tylko ON mógł takie cuda przeprowadzać. Nikt inny. Toteż sprawczość nad wdzięcznością od adolescencji była nam odebrana więc skąd mieliśmy czerpać wiedzę na jej temat. O tym już nie mówili, śpiewali.

Dzisiaj mogę być wdzięczna sąsiadom, że nie krzyczą na siebie od rana. Sąsiadce z góry, że nie donosi na sąsiadkę z dziećmi po swoim synu nieboszczyku do opieki społecznej ponieważ ta już się wyprowadziła lub jeszcze wyprowadza. Jestem wdzięczna, że oboje mamy pracę i mogę sobie zafundować e-booki w każdej chwili spadku nastroju nie patrząc na koszty.

Jestem wdzięczna, że mieszkam w Polsce a nie w stanach, jestem wdzięczna, że dzieci dzisiaj są zdrowe a mąż nie wściekał się długo dzisiejszym niesprzyjającym porankiem i poszedł po bułki i brakujące mleko i inne produkty. Jestem wdzięczna, że życie pozwoliło mi teraz przebywać w pozycji leżącej i pykać sobie w tablet zamiast obciążać kręgosłup w supermarkecie na kasie. Jestem wdzięczna, że moja praca nie wiąże się z przymusowymi podróżami na koniec miasta lub nie daj Boże innego miasta w korkach, smogu i frustracji zastoisk na drodze. Jestem wdzięczna za pełną rodzinę, która nie rozwaliła mi się po wyczerpaniu moich środków materialnych jak to wcześniej bywało. Jestem wdzięczna, że pozbyłam się zabieraczy czasu i zatruwaczy dupy a znajomości ograniczyłam tylko do tych wartościowych czyli prawie żadnych i niezobowiązujących. Ta zmiana przywróciła mi oddech i moje życie oraz mój osobisty wellbeing „na bagnach”, a nie grille z nudziarzami z tanimi kiełbaskami.

Jestem wdzięczna, za świadomość, że rodzina, starszyzna nie zawsze ci kibicuje i w wypadku życiowych wyborów stawia na zupełnie kogoś nieoczywistego. Tutaj reguła krew z krwi nie obowiązuje. Może dlatego że hektolitry innej krwi przemierzały korytarze moich żył zanim zdałam sobie sprawę z tej inności, nieprzysiadalności i nieukładalności minęło sporo czasu. Jestem wdzięczna za światło za oknem i wiosnę. Za pełny żołądek, ponieważ niedawno odsłuchiwałam Stachurę, gdzie w swoich opowiadaniach przywoływał ciągły niedosyt i burczenie w brzuchu przed snem w nieokreślonych zimnych, głodnych miejscach, szopach, domach i miastach. Zawsze niedojedzony, zawsze zmarznięty, zawsze zmęczony. Ze spojrzeniem, które patrzy w dół z mostu z papierosem w dłoni opartym o poręcz. Patrzy, a nie widzi wzrokiem niewidzącym, patrzy a nie czuje chociaż poczuć powinien. Ma się takie spojrzenie, kiedy świat się wywala i nie ma już powrotu do tego co było. Gdy wiesz, że już nie wrócisz. To jak podróż chodnikiem po nowym mieście. Jak po rozwodzie. Jak po przyjaciółce która zdradziła, jak po rodzinie która cię wypluła, jak po pandemii, która cię nie wzmocniła, jak po luce, fudze, wyrwie dzieciństwa nie zapełnionej żadnymi wspomnieniami kartce. Jak po psie, który wiernie ci służył przez 17 lat za nic, nie biorąc nic w zamian. A teraz płytko spoczywa pod ściółką, grzybnią w lesie pod wielkim dębem na skraju miasta płytko, bo ziemia była zamarznięta w lutym.

Jestem wdzięczna za pokój na górze, za mądrość książek, za podświadomość produkująca prawdę poza moim ego i za niebieskie sny i te kolorowe o kwiatach, roślinach i podróżach. Jestem wdzięczna za doświadczenia, które paradoksalnie i za pomocą przewrotności świata przekułam w siłę. Za pierwszy i drugi i trzeci komputer od męża oraz a właściwie przede wszystkim za aparat fotograficzny z zoomem, narzędzia które inspirują mnie do tworzenia tego, na co kiedyś nie starczyło mi odwagi. Za tajemnice świata, które pokazują się niespodziewanie, wypływają przez pozatykane dziury umysłu w postaci błysków, olśnień, wzniesień materializując się w niespożytej kreatywności, o którą nigdy bym siebie nie posądzała zwłaszcza w wieku przed katafalkowym. Jestem wdzięczna za brak nienawiści za wykluczenie moich synów i siebie ale nie do końca. Jestem wdzięczna za wdzięczność, której się uczę. Ty też bądź.

Wdzięczność to uczucie docenienia i uznania za dobrodziejstwa, jakie otrzymujemy od życia, innych ludzi, czy nawet od siebie samego. Jest to gotowość do dostrzeżenia i cieszenia się drobnymi przyjemnościami, jak i głębszymi aspektami naszego istnienia. Istota wdzięczności leży w akceptacji tego, co mamy i doświadczamy, bez względu na to, czy są to rzeczy wielkie czy małe. ~ ChatGPT

Klejnot nudnej przestrzeni

Wczoraj siedział na drzewie wpatrzony w taflę wody. Turkusowy bożek dumny i skuteczny. Jak brzytwa błyskawicznie przecinający wodę. Klejnot nudnej przestrzeni. Niewytłumaczalne skupienie intensywnych kolorów na złość szarzyźnie.

Mróz trzyma trzeci dzień. Na latarniach zastygły szpiczaste sople przypominające woalki na twarzach dumnych kobiet. Zima tym razem zaskoczyła nie tylko drogowców. Nas czyli maszyny kroczące zaskoczyła najbardziej. To my odczuwamy opór pod stopami odzianymi w solidne buty. To nam śnieg włazi pod nogawki spodni kłując swoim zimnem w kostki. To my jesteśmy bezradni w obliczu marznących palców w za cienkich rękawiczkach. To nam się przytrafiają czerwone policzki i łzy cieknące z przesuszonych mrozem śluzówek. To nasze zmysły wystawione są na chłostę arktycznego wiatru a nie wasze zamknięte w blaszanych pudełkach i szybkami z muzyką radia es czy zet.

Strona o magii natury, sztuce życia w zgodzie z rytmem świata Fotografia Pisanie Magia Spokój Poezja Wild Inspiracje Intuicja Kreatywność Zmysły