Archiwa kategorii: Zapiski z cienia

Przejrzystość w kadrze i w umyśle

Chodzę tam i marznę. Stojąc na pokrytym kożuchem szronu murku próbuję utrzymać równowagę między taflą podążającą w nurcie brunatną wodą a trzciną wyrastającą z zapadającego się bagniska. Jeden fałszywy ruch i wpadnę do rzeki. Wystraszę Ławicę czarnych ryb. Złamię nogę lub rękę, wolę nie myśleć .Wyrabiam zatem konsekwentnie harmonię ruchów. Powolne zintegrowane z ciałem kroki bez wychyleń na boki. Obroty z dostawianiem stopy do stopy na trzy, jak w wojsku. Kolana zgięte. Żadnych zbytecznych ruchów. Głębokie oddechy, Skanowanie ciała i terenu. Składanie mięśni i siatki ścięgien. Jestem gotowa.

Drzewa na przeciwległym brzegu są szare. Splątane tło dla mojej czarnej sylwetki. Mróz nic na nich nie namalował. Nie pokrył białym nalotem. Szkoda. Niektóre jak wierzby błyszczą brązami a inne nieznane mi gatunki przyjmują barwę rudą. To istny gąszcz. Patyki, kijki, badyle. Poskręcane zwarte nieprzepuszczalne struktury. Tylko ptaki mogą się w nich odnaleźć, w nich przemieszczać w różnych płaszczyznach, podskakiwać i lądować. Człowiek raczej traci wzrok w takiej plątaninie. Jego gałki oczne są prymitywne mogą reagować w tych warunkach tylko na ruch lub na zastygły obraz gdy coś już dłużej jest statyczne. I on sam jest stały. W biegu jest ślepy jak kret.

Dlatego moment siadania jest kluczowy. Lot i lądowanie. Lot i siadanie. Widzenie. Trzeba to sobie wyćwiczyć jak stanie na jednej nodze. Inaczej zawsze będzie za późno. Inaczej ptak skończy swój posiłek niezauważony. A to często się zdarza bo do tego poza godami jest stworzony. Do niewidzialności.

Przychodzę tu głównie dla niego. Pojawia się częściej niż w zeszłym roku. Jego pisk przecina powietrze. Ultra dźwięki przeszywają mózg jak skalpelem. Ten metaliczny przenikliwy ton to jego wizytówka, przecinający ostrzem rzeczywistość, wyrazisty prawie bolesny krzyk w przestrzeni.

Wpada do wody jak kamień by po sekundzie pojawić się ze srebrną rybą w dziobie na gałęzi. Następnie okłada ją z każdej strony rytmicznymi uderzeniami o drzewo do momentu aż ta wreszcie przestanie machać ogonem. Rytuał trwa kilka minut czasem dłużej wtedy jest idealny czas na robienie zdjęć. Wtedy jest szansa na uchwycenie tej dzikości, głodu życia. Później jeszcze chwila gdy oszołomiona ale jeszcze żywa ryba znika w jego wnętrzu. Wtedy jego ciałko porusza się w takt jej ostatnich podrygów jak zawiązany worek, który trzyma w środku wijącego się węża.

Tak wygląda jego życie. Przysmaki życia zatopione w mroźnej wodzie. Świeżość poranka i piękno błękitów, turkusów splecionych z rudobrązowym egzotycznym stylem w smutnym pseudozimowym śpiącym mieście.

Gdy się dobrze skupię mam mnóstwo zdjęć i wszechogarniający spokój. Flow. Ten obraz gwarantuje najwyższy stopień skupienia. Wszystko znika. Stop klatka. Jest tylko on. Manifestacja natury w najczystszej formie. Medytacja. Mroźna świeżość poranka. Oddech. I przejrzystość w kadrze. I w umyśle. Połączenie z Wszechświatem. Ukojenie.

I to jest właśnie spokój

Weekendy są jak woda. Przepływają jak widoki za oknem przez które spoglądam w trakcie jazdy, w szary pochmurny dzień. Ta niedziela była jak kolorowy ptak chociaż szara. Spokój był wybawieniem. Zmiana była ukojeniem. Stres ulotnił się jak wiatr. Przed nami mokra asfaltowa droga i las.

Stary las wypierał gonitwę z głowy. Wciągał, ochraniał wyganiał wszelkie niepokoje. Był naprawdę bardzo stary, wielki i tajemniczy. Drzewa bez liści spały ale widziały. Energia mnie wreszcie przytuliła.

Choroby przystanęły na zakręcie. Samochody się naprawiły a egzaminy się zdały. Niepokój odwrócił się na dłuższą chwilę. Mamy okno pogodowe spokoju. Możemy znów płynąć. Może czas nam odpuści i da trochę wolnego a gęsta masa rozrzedzi się na tyle, że zapomnę o ciężkich butach.

Przyszedł luty. Nie muszę się zrywać. Ferie. Jak dobrze pobyć sam na sam ze sobą w dusznym pokoju, kiedy jeszcze inni śpią lub są już w pracy czyli w trybie niewymagającym.

Porządkuję bałagan w głowie. Zapalam białą świecę by wypełnić wnętrze czystą energią. Utrzymać ten stan to priorytet na dziś. Nie przejmować się gównami, nie zarażać zarazami. Wytrwać w spokoju umysłu – oto plan na dziś. Wstajemy z kolan po raz czwarty. Dwa rozbite samochody i choroba S. wraz z nawrotami i błędnymi oraz trafionymi diagnozami za nami. Nastała jasność. Wiemy co robić. Zintegrowane działania nastawione na jeden cel układają klocki w jednej prostej linii. I to jest właśnie cisza. I to jest właśnie spokój.

Teraz wreszcie mogę zatęsknić za lasem.