Świt obudził mnie za wcześnie. Energia mnie rozpiera, wybucha, rozkwita. Do piątej praca, praca, praca. Pisanina bez końca a później wyczerpanie. Szkoda mi tak pięknego dnia. Wychodzę po siedemnastej na krótki spacer. Trawa, kasztanowce kwitnące na biało, purpurowe bzy i mlecze w wysokiej jeszcze nieskoszonej trawie. Obłędne zapachy kwiatów aż kręci się w głowie i ta jasna zieleń.
Zostaliśmy sami z S. w mieście. Mieliśmy odpoczywać ale jakoś nie wychodzi. Może jutro. Dzisiaj przenudne filmy i seriale. Kiedyś oglądałabym do bólu, dzisiaj nudzą mnie po dziesięciu minutach.
Odpadło prasowanie i szykowanie P. na praktykę. Teraz porządkuje z J. dom na bagnach. Kiedyś bez zastanowienia dołączyłabym do nich. Ale teraz wolę ten spokój. Nawet w mieście. Z upływem lat wszystko się zmienia, może obojętnieje, blednie. Powtarzalność rzeczy znudzi największego entuzjastę życia. Wkrada się nieproszona, wypycha kolana, wyciera koszule na łokciach, strzępi nogawki. Zastyga. Nie oczekuje.
Błotniaki już nie budują gniazda na bagnach. Postępujące wycinki drzew utorowały drogę spacerowiczom w najgęstsze miejsca na mokradłach. To nie jest dobry czas dla ptaków.
Zasypiam o 21:00.