Archiwa tagu: #RynekPrzeżyć

Fabryka sensu. Kto dzisiaj mówi nam, po co żyć?

Przez większą część historii człowiek nie musiał codziennie wymyślać siebie od początku.

Rodzina mówiła mu, kim jest. Religia — skąd przyszedł i dokąd zmierza. Miejsce urodzenia określało wspólnotę, język, obyczaj, często zawód. Kalendarz organizowały święta, rytuały i pory roku. Życie niekoniecznie było łatwiejsze ani bardziej sprawiedliwe. Było jednak osadzone w świecie, który posiadał gotową strukturę znaczeń.

Dzisiaj budzimy się w rzeczywistości pozornie odwrotnej.

Możesz być kim chcesz.

Możesz zmienić zawód, kraj, styl życia, światopogląd, partnera, dietę, sposób wychowywania dzieci, wygląd, nazwisko, społeczność. Możesz przestać wierzyć w to, w co wierzyli twoi rodzice. Możesz zaprojektować siebie od nowa.

Wydawałoby się: nigdy nie byliśmy bardziej wolni.

A jednak trudno oprzeć się wrażeniu, że nigdy wcześniej tak wielu ludzi nie pytało:

co właściwie powinienem zrobić ze swoim życiem?

Nie jest przypadkiem, że w badaniu Pew Research Center opublikowanym w 2025 roku 46 procent dorosłych Amerykanów deklarowało, że przynajmniej raz w tygodniu zastanawia się nad znaczeniem i celem życia. Aż 84 procent robi to przynajmniej kilka razy w roku. (Pew Research Center)

Być może sens nie zniknął.

Zmienił się tylko sposób jego produkcji.

Człowiek, który musi wymyślić siebie

Filozof Charles Taylor poświęcił znaczną część swojej pracy opisaniu tej historycznej zmiany.

Nowoczesny człowiek nie żyje już w jednym oczywistym porządku znaczeń. Żyje wśród konkurujących możliwości.

Można wierzyć albo nie wierzyć.

Założyć rodzinę albo pozostać samemu.

Poświęcić życie pracy albo uznać pracę jedynie za sposób finansowania prawdziwego życia.

Wyjechać albo zostać.

Gromadzić rzeczy albo wybrać minimalizm.

Budować karierę albo jechać w Bieszczady.

Nie istnieje już jedna powszechnie obowiązująca odpowiedź na pytanie, czym jest dobre życie.

I właśnie dlatego pytanie to staje się tak natarczywe.

Wolność posiada bowiem mniej romantyczną stronę.

Jeżeli rzeczywiście mogłem wybrać wszystko, muszę sobie również odpowiedzieć, dlaczego wybrałem właśnie to.

Człowiek współczesny stał się więc nie tylko bohaterem własnego życia.

Stał się jego scenarzystą, reżyserem i działem marketingu.

Musi wiedzieć, kim jest.

A jeśli nie wie — powinien siebie odnaleźć.

Jeżeli już siebie odnalazł — powinien się rozwijać.

Jeżeli się rozwija — powinien odnaleźć swoją „najlepszą wersję”.

Jeżeli ją osiągnie — zapewne zaraz pojawi się kolejna.

Niegdyś źródłem cierpienia mogła być niemożność wyrwania się z narzuconej roli.

Dzisiaj źródłem cierpienia może być konieczność nieustannego wybierania roli.

I właśnie w tym miejscu pojawia się rynek.

Kapitalizm odkrywa najdroższy produkt

Kapitalizm długo był zainteresowany naszymi potrzebami.

Jedzeniem.

Ubraniem.

Transportem.

Domem.

Potem odkrył nasze pragnienia.

Ale największe odkrycie nastąpiło później.

Okazało się, że można sprzedawać człowiekowi nie tylko rzeczy, których potrzebuje.

Można sprzedawać mu wersję samego siebie.

Samochód może opowiadać o wolności.

Zegarek — o statusie.

Buty do biegania — o dyscyplinie.

Ekologiczna kurtka — o moralności.

Telefon — o kreatywności.

Notes — o człowieku, który prowadzi świadome życie.

Kawa może przestać być kawą. Staje się elementem rytuału.

Podróż nie musi być podróżą. Staje się dowodem, że „wybieram doświadczenia zamiast rzeczy”.

Minimalizm również może zostać sprzedany.

Podobnie jak antykonsumpcjonizm.

Rynek okazał się zadziwiająco sprawny w sprzedawaniu nawet ucieczki przed rynkiem.

Badanie Edelman Trust Barometer z 2026 roku dobrze pokazuje, jak głęboko marki weszły w sferę tożsamości. Autorzy raportu piszą wprost, że marki zaczynają funkcjonować jako znaczniki tożsamości i przynależności. 54 procent badanych deklaruje poczucie więzi z ludźmi używającymi tych samych marek, a 88 procent uznaje zaufanie do marki za istotne kryterium zakupu — praktycznie na równi z ceną/wartością i jakością. (Edelman)

To już nie jest zwykła konsumpcja.

To symboliczna infrastruktura życia.

Kupując, odpowiadamy czasem na pytanie, którego nigdy sobie świadomie nie zadaliśmy:

do jakiego rodzaju ludzi należę?

Praca chce być czymś więcej niż pracą

Podobną przemianę przeszła praca.

Przez tysiące lat człowiek pracował przede wszystkim dlatego, że musiał przeżyć.

Nowoczesna kultura zawodowa oczekuje od pracy znacznie więcej.

Praca ma zapewniać pieniądze, bezpieczeństwo, rozwój, relacje, prestiż, samorealizację i poczucie wpływu.

A przede wszystkim ma mieć purpose.

Badanie Deloitte z 2025 roku obejmujące ponad 23 tysiące przedstawicieli pokolenia Z i millenialsów pokazało skalę tego oczekiwania. 89 procent badanych z Gen Z i 92 procent millenialsów uważa poczucie celu za ważne dla satysfakcji zawodowej i dobrostanu. 41 procent młodszych i 46 procent starszych respondentów mówi, że podstawowa praca jest centralną częścią ich tożsamości. 44 procent Gen Z i 45 procent millenialsów deklarowało nawet odejście z pracy, której brakowało sensu. (Deloitte)

To niezwykłe wymaganie wobec instytucji, która płaci nam pensję.

Firma ma dziś odpowiadać na pytanie, na które dawniej odpowiadała czasem religia:

po co to wszystko robię?

Dlatego korporacje posiadają już nie tylko strategie.

Posiadają misje.

Wartości.

Purpose.

Impact.

Kulturę.

Opowieść.

Nie sprzedają pracownikowi wyłącznie stanowiska.

Proponują mu rolę w większej historii.

Nie musi to oznaczać cynicznej manipulacji. Dobra praca rzeczywiście może być jednym z najważniejszych źródeł sensu.

Problem pojawia się wtedy, gdy granica między pracą a tożsamością znika.

Jeżeli wykonuję pracę — mogę ją zmienić.

Jeżeli jestem swoją pracą, utrata stanowiska przestaje oznaczać jedynie utratę dochodu.

Może oznaczać utratę siebie.

To jedna z najbardziej eleganckich pułapek późnego kapitalizmu:

człowiek nie musi już pracować tylko dlatego, że potrzebuje pieniędzy.

Może pracować ponad siły, ponieważ wierzy, że realizuje własne powołanie.

Potem pojawia się człowiek z telefonem

Dawniej wielkimi interpretatorami rzeczywistości byli duchowni, nauczyciele, filozofowie, lekarze, naukowcy, artyści i dziennikarze.

W XXI wieku dołączyła do nich nowa figura.

Influencer.

Słowo brzmi lekko, ale funkcja bywa poważna.

Influencer nie musi nam mówić wyłącznie, co kupić.

Mówi, jak interpretować świat.

Badanie Pew Research Center z 2025 roku pokazuje, że wśród ludzi korzystających z news influencerów 54 procent uważa, że pomagają im oni lepiej rozumieć wydarzenia i sprawy publiczne. 49 procent ceni ich za autentyczność. 39 procent za zgodność opinii i wartości. (Pew Research Center)

To istotne.

Człowiek nie potrzebuje już wyłącznie informacji.

Potrzebuje ramy interpretacyjnej.

Ktoś musi powiedzieć:

to jest ważne.

To powinno cię oburzyć.

To jest toksyczne.

To jest zdrowe.

To jest sukces.

To jest trauma.

To jest red flag.

Tak wygląda dobra relacja.

Tak wygląda świadome macierzyństwo.

Tak wygląda kobieta, która „wybrała siebie”.

Tak wygląda człowiek po czterdziestce, który „wreszcie zaczął żyć”.

Internet dostarczył nam milionów prywatnych filozofów życia.

Nie nazywamy ich filozofami.

Nazywamy ich twórcami.

A nad twórcą stoi coś jeszcze

Algorytm.

Jego władza jest subtelniejsza.

Algorytm rzadko mówi:

„tak powinieneś żyć”.

Robi coś bardziej podstawowego.

Decyduje, jakie wersje życia w ogóle zobaczysz.

Jeżeli zatrzymujesz się przy materiałach o produktywności, wkrótce świat może zacząć składać się z ludzi wstających o piątej rano, prowadzących firmy i biorących zimne prysznice.

Jeżeli zatrzymasz się przy slow living, pojawią się drewniane stoły, len, ceramika, ogród i chleb na zakwasie.

Jeżeli zainteresuje cię psychologia relacji, rzeczywistość może wypełnić się narcyzami, stylami przywiązania, traumą i granicami.

Jeżeli klikniesz astrologię — Wszechświat zacznie mówić znakami.

Każdy z tych światów istnieje.

Ale żaden nie jest całym światem.

Algorytm dokonuje więc czegoś niezwykłego.

Nie musi przekonywać człowieka do konkretnego światopoglądu.

Wystarczy, że zdecyduje, które światopoglądy będą dla niego stale obecne.

Granica między wyborem a podsuniętym wyborem zaczyna się zacierać.

Człowiek mówi:

„zainteresowałem się tym”.

Algorytm odpowiada:

„więc pokażę ci tego tysiąc razy więcej”.

Po kilku miesiącach zainteresowanie może wyglądać jak rzeczywistość.

Rynek interpretacji siebie

W tym samym czasie eksploduje inna gospodarka.

Psychoterapia.

Coaching.

Mindfulness.

Journaling.

Biohacking.

Manifestacja.

Astrologia.

Shadow work.

Retreaty.

Aplikacje medytacyjne.

Duchowość bez religii.

Nie należy oczywiście stawiać między nimi znaku równości. Ich podstawy naukowe są skrajnie różne.

Łączy je jednak kulturowa funkcja.

Wszystkie odpowiadają na jedno z najstarszych ludzkich pytań:

co właściwie się ze mną dzieje?

Niegdyś cierpienie mogło być próbą zesłaną przez Boga.

Dziś może zostać nazwane traumą.

Niegdyś powtarzający się sen mógł być znakiem.

Dzisiaj może stać się materiałem dla psychoterapii, neuronauki albo journalingu.

Niegdyś niepokój mógł prowadzić do kapłana.

Dzisiaj prowadzi do psychologa, aplikacji, podcastu albo TikToka.

Zmieniają się języki.

Potrzeba interpretacji pozostaje.

Co ciekawe, sekularyzacja nie usunęła doświadczeń, które człowiek określa jako duchowe. Badanie Pew z 2025 roku pokazuje, że 61 procent Amerykanów doświadcza zachwytu nad pięknem natury przynajmniej raz w tygodniu. 40 procent deklaruje równie częste doświadczenie duchowego spokoju, 34 procent głębokiej więzi z ludzkością. (Pew Research Center)

Być może człowiek nie przestał potrzebować transcendencji.

Przestał jedynie korzystać z jednego dostawcy.

Najnowszy interpretator siedzi już na biurku

A teraz do tej fabryki wchodzi sztuczna inteligencja.

Wyszukiwarka odpowiadała na pytanie:

gdzie znajdę informację?

AI coraz częściej odpowiada na inne:

co ta informacja oznacza dla mnie?

To fundamentalna różnica.

Można powiedzieć chatbotowi:

nie wiem, czy kocham swojego partnera.

Nie wiem, czy powinnam odejść z pracy.

Dlaczego ciągle wybieram podobnych ludzi?

Dlaczego czuję, że moje życie nie ma sensu?

Kim właściwie jestem?

W tym momencie technologia przestaje pełnić funkcję encyklopedii.

Zaczyna przypominać interpretatora biografii.

Badania nad antropomorficznymi chatbotami pokazują, że ludzie potrafią tworzyć z nimi rzeczywiste więzi emocjonalne. Analiza opublikowana w 2025 roku, obejmująca ponad 6 tysięcy wątków i niemal 48 tysięcy komentarzy z internetowych społeczności użytkowników, opisywała jednocześnie doświadczenie towarzystwa i ryzyko emocjonalnego uwikłania oraz zależności. (ScienceDirect)

Nie oznacza to, że AI stanie się nową religią.

Ale może wydarzyć się coś historycznie równie interesującego.

Po raz pierwszy ogromna liczba ludzi może posiadać prywatnego, całodobowego rozmówcę, który pomaga im tworzyć narrację własnego życia.

Zawsze dostępnego.

Nieznużonego.

Dopasowanego.

Pamiętającego poprzednią rozmowę.

Potrafiącego powiedzieć:

„to, co opisujesz, przypomina pewien wzór”.

A człowiek jest istotą niezwykle podatną na wzory.

Świat rozpada się na mniejsze światy

W 2026 roku Edelman nazwał obserwowane zjawisko age of insularity — epoką zamykania się we własnych kręgach.

W globalnym badaniu 70 procent respondentów deklarowało nieufność albo wahanie wobec ludzi różniących się od nich wartościami, źródłami informacji, sposobem rozwiązywania problemów lub kulturowym zapleczem. (Edelman)

To może tłumaczyć jeden z paradoksów współczesnego internetu.

Miał stworzyć globalną wioskę.

Stworzył miliony małych wiosek.

Każda posiada własny język.

Własnych ekspertów.

Własne rytuały.

Własne herezje.

Własne produkty.

Własną wersję rzeczywistości.

W jednej z nich prawdziwe życie zaczyna się po odejściu z korporacji.

W drugiej prawdziwe życie zaczyna się po zbudowaniu firmy.

W jednej człowiek powinien się wyciszyć.

W drugiej przekraczać własne granice.

W jednej kluczem jest akceptacja.

W drugiej dyscyplina.

W jednej trzeba zaufać Wszechświatowi.

W drugiej Excelowi.

Każda posiada swój system sensu.

Tymczasem sens okazuje się zadziwiająco staromodny

I tutaj pojawia się najbardziej przewrotna część tej historii.

Po całej tej technologii, filozofii, marketingu, terapii, AI i gospodarce samorealizacji badania prowadzą nas z powrotem do bardzo prostych rzeczy.

Do stołu.

World Happiness Report 2025 przeanalizował dane ze 142 krajów i terytoriów dotyczące wspólnego jedzenia.

Wynik okazał się zaskakująco silny.

Ludzie częściej jedzący z innymi deklarowali większą satysfakcję z życia, więcej pozytywnych emocji i mniej negatywnych. Związek między wspólnymi posiłkami a dobrostanem był porównywalny z zależnościami obserwowanymi dla dochodu czy bezrobocia. (Raport o Szczęściu na Świecie)

Nie dowodzi to jeszcze prostego związku przyczynowego — autorzy raportu bardzo wyraźnie to zaznaczają.

Ale przypomina o czymś, co w epoce technologicznej łatwo przeoczyć.

Jednym z najpotężniejszych źródeł znaczenia pozostaje drugi człowiek.

Ktoś, kto pyta, czy wrócisz na kolację.

Ktoś, komu robisz kawę.

Ktoś, kto zauważa twoją nieobecność.

Ktoś, komu możesz opowiedzieć historię, której algorytm nie musi ocenić, sklasyfikować ani spieniężyć.

Może właśnie dlatego wielkie pytanie o sens życia tak często prowadzi do małych rzeczy.

Nie chodzi o odnalezienie misji.

Czasem sens powstaje dlatego, że rano trzeba nakarmić psa.

Napisać do dziecka.

Podlać roślinę.

Dokończyć książkę.

Przygotować obiad dla dwóch osób.

Fabryka działa bez przerwy

Współczesny człowiek żyje więc w osobliwym położeniu.

Z jednej strony słyszy:

sam zdecyduj, kim jesteś.

Z drugiej — każdego dnia tysiące systemów podpowiadają mu odpowiedź.

Rodzina.

Szkoła.

Firma.

Rynek.

Marka.

Influencer.

Podcast.

Psychologia.

Religia.

Społeczność.

Algorytm.

AI.

Każdy produkuje fragment opowieści.

Niektóre są piękne.

Niektóre użyteczne.

Niektóre wyzwalające.

Niektóre mają model biznesowy.

Najbardziej niepokojący paradoks naszych czasów może więc wyglądać tak:

im bardziej kultura mówi człowiekowi, że powinien sam nadać swojemu życiu sens, tym większy powstaje rynek gotowy mu ten sens sprzedać.

Wtedy nawet bunt można kupić.

Autentyczność można zasubskrybować.

Duchowość ma miesięczny abonament.

Minimalizm ma sklep.

„Życie poza systemem” posiada kanał na YouTube.

A „bycie sobą” staje się jedną z najbardziej dochodowych kategorii marketingowych świata.

Może więc najważniejszym pytaniem nie jest już:

jaki jest sens mojego życia?

Może najpierw warto zapytać:

skąd właściwie wiem, że to właśnie powinno być dla mnie ważne?

Kto podsunął mi tę opowieść?

Rodzice?

Epoka?

Klasa społeczna?

Rynek?

Algorytm?

Ktoś, kogo obserwuję od pięciu lat?

A może rzeczywiście ja?

Nie istnieje życie wolne od cudzych znaczeń.

Nigdy nie istniało.

Ale można nauczyć się zauważać moment, w którym cudza opowieść zaczyna udawać naszą własną.

I być może właśnie tam — pomiędzy historiami, które nam sprzedano, a doświadczeniem, które naprawdę nas porusza — zaczyna się coś, co Hartmut Rosa nazwałby rezonansem.

Nie kontrola świata.

Nie optymalizacja.

Nie kolejny projekt „ja”.

Tylko moment, w którym coś odpowiada.

Człowiek.

Muzyka.

Las.

Praca.

Zdanie w książce.

Dziecko śpiące w drugim pokoju.

Świat na chwilę przestaje być katalogiem możliwości.

I staje się czymś, z czym jesteśmy w relacji.

Może sensu nie trzeba wtedy produkować.

Może wystarczy zauważyć, że już się wydarza.

Rynek przeżyć. Czy w przyszłości będziemy kupować cudze życie?

Nie kupisz filmu z wyprawy na Everest. Kupisz strach przed ostatnim krokiem. Nie obejrzysz czyjegoś zauroczenia. Dostaniesz jego przyspieszony puls, zachwyt i ten szczególny rodzaj światła, w którym przez kilka tygodni istnieje tylko ta jedna osoba.

Na razie brzmi to jak literatura science fiction. Ale

czy technologia potrafi już przesłać człowiekowi cudze wspomnienie.

I dlaczego tak wiele technologii rozwija się właśnie w kierunku zmniejszenia odległości między cudzym przeżyciem a moim?

I co się stanie, kiedy ktoś odkryje, że na tej odległości można zarobić?


Nie chcemy już wiedzieć. Chcemy poczuć

Jacek Dukaj w wydanym w 2019 roku zbiorze esejów Po piśmie zaproponował pojęcie, które kilka lat później brzmi znacznie mniej fantastycznie:

bezpośredni transfer przeżyć.

Nie oznacza ono wyłącznie jakiegoś przyszłego kabla łączącego dwa mózgi.

Dukaj widzi znacznie dłuższy proces.

Fotografia.

Fonograf.

Radio.

Kino.

Telewizja.

Internet.

Virtual reality.

Każda z tych technologii skraca drogę pomiędzy tym, co przeżywa jeden człowiek, a tym, czego może doświadczyć drugi. (Dukaj)

Pismo działa inaczej.

Jeżeli napiszę:

stałam na brzegu morza podczas sztormu,

musisz wykonać pracę.

Znak zamienić w znaczenie. Znaczenie w obraz. Obraz połączyć z własnymi wspomnieniami morza, wiatru, chłodu i lęku.

Nigdy nie dostaniesz mojego sztormu.

Zbudujesz swój sztorm z moich słów.

Dukaj nazywa to transferem symbolicznym: przeżycie zostaje zakodowane w znakach, a odbiorca musi je ponownie skonstruować. W rozmowie o Po piśmie przeciwstawiał temu filmowanie tej samej sceny: odbiorca nie musi już wyobrażać sobie koloru samochodu czy jego dźwięku — część doświadczenia otrzymuje bezpośrednio przez zmysły. (Rzeczpospolita)

To zasadnicza różnica.

I prawdopodobnie jedna z najważniejszych różnic dla przyszłości kultury.


A teraz wyobraźmy sobie, że odległość znika dalej

Najpierw dostaliśmy obraz.

Potem ruchomy obraz.

Potem obraz przestrzenny.

Potem możliwość wejścia do wirtualnej przestrzeni.

Następny krok to ciało.

Dotyk.

Pozycja ciała.

Reakcje fizjologiczne.

A jeszcze dalej — aktywność układu nerwowego.

Nie jesteśmy dziś blisko „wgrywania cudzego życia”. Warto powiedzieć to wyraźnie.

Ale jesteśmy coraz lepsi w czymś subtelniejszym:

w konstruowaniu warunków, w których mózg zaczyna traktować sztuczne doświadczenie jak doświadczenie własne.

Badania nad poczuciem ucieleśnienia pokazują, że mózg potrafi w pewnych warunkach doświadczać wirtualnego awatara czy sztucznej kończyny jako części własnego ciała. Współczesny przegląd badań EEG nad sense of embodiment opisuje właśnie to niezwykłe zjawisko: poczucie „to jest moje ciało” nie jest tak nieruchome i oczywiste, jak intuicyjnie sądzimy. (Frontiers)

Jeszcze ciekawsze są badania opublikowane w Nature: samo obserwowanie dotyku drugiego człowieka angażuje mechanizmy związane z reprezentacją dotyku we własnym mózgu. Granica między „widzę, że ktoś czuje” i „mój mózg symuluje to czucie” okazuje się fascynująco przepuszczalna. (Nature)

I właśnie w tej szczelinie zaczyna się przyszły rynek.


Skoro można sprzedawać przedmioty, dlaczego nie sprzedawać stanów świadomości?

Przez większość historii gospodarki kupowaliśmy rzeczy.

Dom.

Buty.

Samochód.

Książkę.

Potem coraz większą część rynku zaczęły zajmować usługi.

A teraz coraz częściej płacimy za coś jeszcze:

za doświadczenie.

Koncert.

Podróż.

Degustację.

Escape room.

Festiwal.

Immersyjną wystawę.

Spotkanie.

Przygodę.

W 2025 roku badanie Mastercard pokazywało wyraźne przesunięcie europejskich konsumentów w stronę wydawania pieniędzy na doświadczenia; dwie trzecie ankietowanych deklarowało chęć zrealizowania w tym roku jakiegoś dużego doświadczenia z własnej „bucket list”. W Polsce odsetek takich deklaracji należał do najwyższych w badaniu. (Mastercard)

Raport Gensler Research Institute i Immersive Experience Institute z 2025 roku opisuje z kolei dojrzewający rynek doświadczeń immersyjnych. Aż 73 procent badanych odbiorców deklarowało gotowość podróżowania specjalnie po doświadczenie, które wystarczająco ich zainteresuje. (Gensler)

To jeszcze nie Dukajowski transfer przeżyć.

Ale pokrewny, interesujący kierunek.

Towarem coraz częściej nie jest to, co zabierasz do domu.

Towarem jest:

co się z tobą stanie.


Następny produkt: przeżycie zaprojektowane specjalnie dla ciebie

Tutaj do gry wchodzi sztuczna inteligencja.

Tradycyjne kino wyświetla ten sam film tysiącu osób.

Ale wyobraźmy sobie doświadczenie generowane w czasie rzeczywistym.

System widzi, gdzie patrzysz.

Wie, kiedy tracisz uwagę.

Rozpoznaje napięcie.

Mierzy reakcje fizjologiczne.

Zna twoją historię.

Wie, czego się boisz.

Wie, co cię wzrusza.

I na bieżąco przebudowuje doświadczenie.

Nie oglądasz więc horroru.

Horror obserwuje ciebie.

Badania nad tak zwanymi neuroadaptacyjnymi systemami haptycznymi już eksperymentują z wykorzystaniem sygnałów neuronalnych i fizjologicznych do automatycznej modyfikacji doświadczenia XR. System może dostosowywać bodźce dotykowe do reakcji użytkownika, zamiast czekać na świadome naciśnięcie przycisku czy ocenę. (Frontiers)

To ma ogromne znaczenie.

Bo po raz pierwszy pojawia się możliwość stworzenia medium, które nie tylko przekazuje doświadczenie.

Medium reaguje na doświadczenie odbiorcy i zmienia samo siebie.


Maszyna zaczyna uczyć się twojego ciała

Interfejs również przesuwa się coraz bliżej człowieka.

W 2025 roku Meta opisywała rozwój urządzeń wykorzystujących powierzchniową elektromiografię — sEMG — czyli odczytywanie sygnałów związanych z aktywnością mięśni na nadgarstku. Badania firmy zmierzają do sterowania urządzeniami poprzez coraz subtelniejsze ruchy. (Engineering at Meta)

To nadal nie jest czytanie myśli.

I właśnie tutaj łatwo popaść w technologiczny mistycyzm.

Ale kierunek jest interesujący:

ekran → gest → mikroruch → sygnał biologiczny.

Technologia przestaje czekać na wyraźną komendę człowieka.

Coraz bardziej zbliża się do momentu, w którym intencja dopiero zamienia się w działanie.

A interfejsy mózg–komputer przesuwają tę granicę jeszcze dalej. Dzisiejsze zastosowania implantowanych BCI koncentrują się przede wszystkim na niezwykle ważnych celach medycznych — przywracaniu komunikacji i kontroli osobom z poważnymi ograniczeniami ruchowymi. Neuralink prowadzi badania kliniczne nad implantem rejestrującym aktywność neuronów, a sama firma mówi również o dalszych, znacznie bardziej ambitnych możliwościach interfejsów mózgowych. (Neuralink)

Między tym a przesyłaniem wspomnienia istnieje gigantyczna przepaść.

Ale po obu jej stronach znajduje się ten sam obiekt.

Układ nerwowy człowieka.


A gdyby można było kupić strach?

Wyobraźmy sobie rynek roku 2055.

Nie kupujesz gry zatytułowanej Everest.

Wybierasz doświadczenie:

Everest / poziom 3 / pierwsza osoba / umiarkowany lęk / bez doświadczenia odmrożenia.

Przez czterdzieści minut twój mózg otrzymuje wystarczająco przekonujący zestaw bodźców, aby skonstruować poczucie:

jestem tam.

W innym katalogu znajdujesz:

Pierwszy pocałunek — nostalgia, lato 1998.

Lot nad Jowiszem — doświadczenie niemożliwe.

Ostatni dzień na Ziemi.

Bycie inną płcią przez 24 godziny.

Samotność astronauty.

Narodziny dziecka.

Umieranie — wersja kontemplacyjna.

Mistyczne doświadczenie jedności.

I już Netflix wypada słabo.

Bo Netflix sprzedaje historię.

Przyszły przemysł może sprzedawać:

stan człowieka podczas historii.


I wtedy pojawi się przemysł cudzych żyć

Tutaj zaczyna się najciemniejsza część tej historii.

Bo jeżeli doświadczenie ma wartość, wartość ma również człowiek, który potrafi je wytworzyć.

Dzisiaj influencer sprzedaje dostęp do obrazu swojego życia.

Jutro mógłby sprzedawać samo jego przeżywanie.

Pierwszy skok ze spadochronem.

Rozstanie.

Orgazm.

Poród.

Żałoba.

Strach podczas wojny.

Pierwsze wejście na scenę.

Moment zdobycia złotego medalu.

Ostatnie godziny umierającego człowieka.

Nie kupowalibyśmy już nagrania.

Kupowalibyśmy:

„jak to było nim być”.

Tu pojawia się problem, którego ekonomia doświadczeń jeszcze właściwie nie zna.

Kto jest właścicielem przeżycia?

Człowiek, który je przeżył?

Firma, która je zarejestrowała?

Algorytm, który je przetworzył?

Twórca, który zwiększył intensywność emocji?

A może klient, który zapłacił za jego zapis?


Cudze cierpienie Premium

Rynek prawdopodobnie szybko odkryłby jeszcze jedną rzecz.

Najcenniejsze doświadczenia nie muszą być najprzyjemniejsze.

Mogą być najrzadsze.

Rzadkość podbija cenę.

Jak wyglądałby rynek, na którym można kupić doświadczenie:

ocalenia z katastrofy,

wojny,

głodu,

więzienia,

ekstremalnego bólu,

utraty dziecka?

Czy człowiek miałby prawo sprzedać własną traumę?

Oczywiście można odpowiedzieć:

to jego doświadczenie.

Ale co, jeśli trauma dotyczy również innych ludzi?

Czy można sprzedać wspomnienie śmierci drugiej osoby?

Czy można odziedziczyć prawa do doświadczeń zmarłego?

Czy rodzina może zabronić dystrybucji ostatnich chwil człowieka?

A może powstanie nowy rodzaj piractwa:

kradzież przeżyć?


Najbogatsi nie będą mieli więcej rzeczy. Będą bardziej przeżyci

To chyba jedna z najbardziej niepokojących konsekwencji.

Dzisiaj bogactwo oznacza dostęp.

Do przestrzeni.

Do ludzi.

Do podróży.

Do edukacji.

Do czasu.

W gospodarce przeżyć bogactwo może zacząć oznaczać dostęp do większej liczby możliwych sposobów bycia człowiekiem.

Wyobraźmy sobie kogoś, kto w ciągu jednego biologicznego życia może doświadczyć subiektywnie:

wspinaczki na Everest,

lotu na Marsa,

życia w ciele innego człowieka,

setek symulowanych romansów,

historii generowanych specjalnie dla jego psychiki,

tysięcy sztucznych wspomnień.

Naprzeciwko niego stoi człowiek posiadający tylko jedno życie.

Własne.

Czy są jeszcze tym samym rodzajem człowieka?


Najważniejszym luksusem może stać się niemożliwe

Jest jeszcze jeden paradoks.

Kiedy technologia nauczy się sprzedawać doświadczenia rzeczywiste, szybko odkryje, że największy rynek znajduje się gdzie indziej.

W doświadczeniach, których nikt nigdy nie przeżył.

Nie wspomnienie astronauty.

Lot przez wnętrze gwiazdy.

Nie doświadczenie nurka.

Oddychanie pod oceanem Europy.

Nie cudze ciało.

Ciało posiadające sześć kończyn.

Nie ludzki wzrok.

Widzenie ultrafioletu.

Nie życie człowieka.

Bycie czymś, co człowiekiem nigdy nie było.

I tutaj AI może okazać się ważniejsza od VR.

Nie dlatego, że odtworzy rzeczywistość.

Ale dlatego, że zacznie produkować nieistniejące doświadczenia.


Czy można tęsknić za miejscem, którego nigdy nie było?

To pytanie wydaje mi się bardziej interesujące niż sama technologia.

Wyobraź sobie, że spędziłaś tydzień w perfekcyjnie wygenerowanym świecie.

Miałaś tam dom.

Znałaś zapach ogrodu po deszczu.

Każdego ranka wychodziłaś nad jezioro.

Był ktoś, kogo kochałaś.

Potem doświadczenie się kończy.

Zdejmujesz urządzenie.

Pokój jest ten sam.

Ogród nigdy nie istniał.

Domu nigdy nie było.

Człowiek, którego kochałaś, został wygenerowany.

Ale twoja tęsknota jest prawdziwa.

Za czym tęsknisz?

To właśnie tutaj pytanie technologiczne zmienia się w filozoficzne.

Bo jeśli doświadczenie pozostawia prawdziwy ślad w człowieku, coraz trudniej powiedzieć, że było „nierzeczywiste”.


Dukaj nazywa to przeżywactwem

W rozmowie z 2019 roku powiedział coś niezwykle ważnego o człowieku bezpośredniego transferu przeżyć.

Taki człowiek zaczyna inaczej odnosić się do prawdy.

Nie pyta przede wszystkim:

czy to wydarzyło się naprawdę?

Liczy się:

czy zostało przeżyte.

Dukaj określa ten sposób funkcjonowania mianem kultury „przeżywactwa”. Przeżycie zaczyna odrywać się od miejsca, czasu i osoby, która pierwotnie go doświadczyła. (Teologia Polityczna)

To jedna z najbardziej niepokojących tez Po piśmie.

Bo kultura pisma zmuszała nas do tworzenia rozróżnień.

Prawda.

Fałsz.

Argument.

Dowód.

Fikcja.

Opis.

Interpretacja.

Ale doświadczenie działa inaczej.

Ból boli również wtedy, kiedy jego przyczyna jest sztuczna.

Strach jest strachem.

Wzruszenie jest wzruszeniem.


I właśnie tutaj może nastąpić prawdziwe „po piśmie”

Nie wtedy, gdy ludzie przestaną czytać.

To byłoby banalne.

„Po piśmie” zaczyna się wtedy, kiedy przestajemy potrzebować symbolicznej drogi do cudzego doświadczenia.

Pisarz mówi:

wyobraź sobie kobietę stojącą na peronie, która właśnie zrozumiała, że człowiek, na którego czekała, już nigdy nie przyjedzie.

Musisz ją stworzyć.

Jej twarz.

Peron.

Zimno.

Światło.

Rozczarowanie.

Ale przyszłe medium mogłoby powiedzieć:

proszę.

I nacisnąć play.


Czy wtedy literatura umrze?

Niekoniecznie.

W 2024 roku Sebastian Stodolak zwrócił uwagę na ciekawy kontrargument wobec wizji Po piśmie: w czasie, gdy mieliśmy masowo wejść do metawersum, ogromną popularność zdobył technologicznie znacznie prostszy format — podcast.

Ludzie nadal chcieli słuchać.

Historii.

Rozmowy.

Argumentu.

Głosu drugiego człowieka. (Warsaw Enterprise Institute)

Możliwe więc, że przyszłość nie wygląda:

pismo → postpismo.

Może wyglądać:

pismo + obraz + doświadczenie + AI + ciało + opowieść.

Stare media nie umierają.

Zmienia się ich funkcja.


Być może literatura stanie się luksusem

Bo literatura posiada cechę, której doskonały transfer przeżyć mógłby nas pozbawić.

Nie daje gotowego doświadczenia.

Pozostawia szczelinę.

Czytelnik musi wejść w nią sam.

Musi sobie wyobrazić.

Dopowiedzieć.

Przypomnieć.

Porównać.

Odrzucić.

Zatrzymać się.

Pismo stawia opór.

Może właśnie dlatego w świecie coraz doskonalszych doświadczeń stanie się czymś niezwykle cennym.

Nie dlatego, że jest szybsze.

Dlatego, że jest wolniejsze.

Nie dlatego, że przekazuje więcej.

Dlatego, że nie przekazuje wszystkiego.


A może największym luksusem przyszłości będzie własne życie

Wyobraźmy sobie ostatnią konsekwencję rynku przeżyć.

Możesz przeżyć wszystko.

Każde miejsce.

Każdą historię.

Każde ciało.

Każdą miłość.

Każdy strach.

Każdą możliwą wersję siebie.

Biblioteka doświadczeń jest nieskończona.

I pewnego dnia ktoś wyłącza system.

Wychodzi z domu.

Pada deszcz.

Jest zimno.

Autobus się spóźnia.

Kawa jest lurą.

Nikt nie dostosował świata do jego preferencji.

Nic nie zostało wygenerowane.

Nic nie optymalizuje emocji.

Nic nie próbuje go zachwycić.

To wydarzenie nie zostanie zapisane.

Nie będzie można go odtworzyć.

Nie można go sprzedać.

Człowiek przyszłości odkryje wtedy coś, co dla nas jest jeszcze banalne:

to jest moje życie.

Tylko moje.

Nie zostało zaprojektowane.

Nie zostało wygenerowane.

Nie zostało kupione.

I nie można nacisnąć replay.


Pytanie na koniec

Wyobraź sobie sklep z przeżyciami.

Możesz wybrać jedno.

Nie przedmiot.

Nie podróż.

Nie informację.

Jedno doświadczenie dowolnego człowieka, który kiedykolwiek żył.

Możesz przez chwilę zobaczyć świat jego oczami.

Poczuć to, co czuł.

Nie przeczytać jego wspomnienia.

Nie obejrzeć filmu.

Być nim.

Czyje przeżycie kupujesz?

A teraz trudniejsze pytanie:

którego własnego przeżycia nigdy nie zgodziłabyś się sprzedać?