Archiwa tagu: #Kingfisherprzykawie

Wszechświat

Za oknem wieje. Wiatr sczesuje z uporem maniaka ostatnie żółte liście z brzozowych koron. Fala szumu przetacza się przez ulice i skrzyżowania. Pewnie zatrzymuje się przed Kościołem. Jeśli tak, to tylko po to żeby zawrócić, rozpędzić się na prostej i uderzać w moje szyby z niezrozumiałym gniewem. Później znowu milknie udając, że odszedł na dobre. Żeby wyskoczyć niespodziewanie koło Żabki.

Dzisiaj tylko desperaci i zawodowcy decydują się na wyjście. Na walkę z zimnym naporem złośliwych podmuchów, ciągów, tchnień miejskiego wietrzyska. Muszą dotrzeć na stanowiska biurek, kartek, ekranów, taśm, tasiemek i wyrobić na nich w pocie czoła normy, efekty, produkty końcowe i stworzyć początkowe plany następnych. Kołowrotek wielkiego chomika czasu musi się kręcić. Pod presją ciągłego niedoczasu należy wytwarzać dobra, które są częścią innych dóbr. Zasilać PKB. Dodawać mu mikro czynności, żeby rósł w siłę za sprawą naszych rąk i nóg, aż do upragnionego piątku albo do soboty. Kiedy jeden lub dla szczęściarzy nawet dwa wieczory będą wolne od wszelkich robót a mięśnie będą mogły bezkarnie wiotczeć przed kolorowymi platformami z trójkątami niedojedzonych ostatnich części usychających w płaskich pudełkach.

W Aldim czekoladowe Mikołaje uśmiechają się już zadziornie przez foliowe woalki leżąc rzucone przez rękę olbrzyma na druciane stoły. Czekoladowe prostokąty i kwadraty przylegają bokami w nieskończonej słodkiej mozaice. Jeszcze brzuchate okręgi z brązowym spodem kokosowych ciastek, w pudełeczkach z trzema przegródkami nie pozwalają myśleć logicznie w tej przeplatanej kiczem bajce. A my znowu nie damy się tak łatwo naciągnąć. Omamić soczystymi barwami i zapachami spod uchylonych papierków. Nie z nami takie numery. Marketingowe, podprogowe manipulacje. My proszę pani, przyszliśmy tylko po chipsy…

Zapomniałam, że mam dziś urodziny. J. Zawsze pamięta. I znajomi na FB. Algorytm raz napisany nie zawodzi. Powtarza się jak fazy księżyca. Ja jednak mam mieszane uczucia w celebrowaniu takich dni. Może dla tego, że tak naprawdę nie umiem świętować ani robić z nich użytek na cel własny jak reszta społeczeństwa. Nie umiem poświęcać sobie uwagi i jest mi nieswojo, że ktoś musi. Ostatnio świętowanie czegokolwiek przyjmuję z powątpiewaniem.

Dochodzi dziewiąta a cisza jeszcze trwa w swojej najpiękniejszej formie. Prawdziwy prezent od Wszechświata. Cisza i miarowy oddech niczego. Bez pośpiechu. Wolniutko przed śniadaniem. Bez przepychanek i roszczeń Wszechświat mi robi dobrze za darmo. Zanim rozdzwoni się telefon ze sztucznymi formułkami naczynie prawdy napełni się spokojem i umocni do obiadu. Przed kolacją zwiastuję wybuchy i perturbacje ale wieczorem wszystko się wyrówna. Ruszy posuwistym ruchem stopy w stronę harmonii. Niestety nie w tym tygodniu. Ten trzeba przetrwać i zapomnieć. Ale w następnym może zdarzy się cud.

Poranek

Poranek przywitał nas śniegiem. Moje snucia o żółto czerwonej jesieni mogę sobie zamieść pod dywanami razem z innymi dżdżystymi rozważaniami. Jest biało. Nikt nie walczy z tym faktem. Wszystko wygląda inaczej i burzy wczorajsze struktury i faktury. Powietrze zmieniło zapach na zimowy. Zrobiło się jaśniej. Białe kontrastuje z soczystą zielenią dobrze nawodnionego trawnika. Dając złudzenie świeżości. Ale wszyscy wiedzą, że pod tą kołderką ukrywa się błotnisty potwór, który śmieszkując przykleja nam mięsiste drugie podeszwy do butów. Dla niewprawionych w tych bagnistych przeprawach może to zakończyć się nawet jednostronnym łokciowo-kolanowym upadkiem, zetknięciem z nieprzyjazną masą. Wtedy nikt nas nie uchroni przed jadem przekleństw i dodatkowym praniem. To nie jest dobra pora na spacerki. Lepiej przeczekać w zaciszu te akrobacje pogody zanim nadejdzie prawdziwa zima lub powróci spokojna przewidywalna jesień.

Dzisiaj raczej nie wyjdę. J. niech kupi brakujące herbaty zieloną i czarną, które skończyły się jednocześnie. Bagietki, szeroki szczypior, natkę pietruszki i coś jeszcze do tego, czego teraz nie mogę wygenerować.

Zgaszone światła pomagają poukładać wrażenia sensoryczne w spokojny nieatakujący przepływ. Brzęcząca lodówka nadaje cichy ton podróży w nieznane. Tupanie na klatce przechodzą z bardzo głośnego niepokojącego rytmu w cichnące, zanikające górne partie. Tylko dzwony piekieł przerywają szlachetną ciszę waleniem metalu o metal, zaznaczając swą martwą egzystencję o ósmej rano każdego dnia, wbijając się sztucznym antyrytmem w naturalne cykle dnia i pór roku krzycząc zaciekle wiernym do ucha jestem więc biję!

Tyko gawrony ucichły. Nie słyszę ich rozmów w trakcie monitorujących teren lotów nad głowami nieświadomych ludzi schowanych pod przezroczystymi daszkami przystanków autobusowych. Dzisiaj jakby zrezygnowały. Zostały w ukryciu. Na swoich miejscach. Może czekają na rozwój wypadków, korzystnych jak sądzę dla ich plemienia. Na zamieć lub chociaż bardziej intensywniejsze opady niż te aktualne. A może wyprowadziły się z naszego podwórka na dobre. Wtedy pozostaną nam tylko leniwe gołębie ze swoimi wiecznie pustymi brzuchami oraz operacyjne grupy szaro brązowych wróbli ukrywających się w pajęczynie gałązek żywopłotów, cierpliwie czekające na rozkaz do wrzaskolotu wybuchając zwartą chmurą znienacka przy twarzy bogu ducha winnym przechodniu w wełnianej czapce z matresa.

I tak zawsze to coś.

Skarby czasu

Śniadanie dokarmiło moje ciało i duszę. Rozgrzało zimne pajęczyny żył docierające do ukrytych zakamarków jeszcze innych nici przepływów. Ciepło. Energia do działania i uspokojenie. Wewnętrzne dziecko już nie wierzga się w ciągłej pretensji nad niesprawiedliwością monotonności. Nad szarym dniem. Nad niedolą przepracowania w dusznych przestrzeniach i brakiem współpracy domowników. Nad przeraźliwą autystyczną upartością nad którą ani groźbą, ani większą groźbą nie zapanujesz.

Echa wrzasków wirują w gęstości poranków. Nic nie wróży zmian na lepsze mimo tego maszyna niedbale, powoli posuwa się do przodu. Ruch odbywa się mozolnie przez ciasne tunele miarowo, z trudem, nieładem na głowie i spoconym czołem usianym nowymi wrzodziankami. Tłustymi włosami na głowie i brodzie przeciska się w kierunku światła. Gdy pokona cudem jeden wąski kanalik zaraz pojawiają się następne jeszcze węższe i węższe. Ich nitki oplatają całą strukturę podłogi i ścian. Wyzwanie nie do przejścia obrastają bluszczem wnikając tam, gdzie nigdy byś nie przypuszczał. Wnikają w betonowe pory ścianek działowych dając upust przy zakurzonych szarym potem plastikowych kratkach wywietrzników. Czasem na ich łodygach pojawiają się kwiaty. Ale na bardzo krótko i zawsze przed sezonem. Zanim się nimi nacieszysz już opadają ich różowe, delikatne płatki i z powrotem dorastają ciasne kłącza. Jedyny sposób to ich nie zauważać. Ignorować fakty z finezją jak to robią toksyczne matki. Przykryć płaszczem wytresowanej niewiedzy. Powiedzieć nic się przecież nie dzieje i wyjść spokojnie do sklepu zostawiając bezładną masę niepokojów i braków rozwiązań z niedokończonymi sprawami pierwszemu lepszemu domownikowi. Trzaskając po cichu drzwiami, żeby nie obudzić sąsiadów. Przejść po oskubanej z łososiowych płatów farby klatką na zewnątrz jak gdyby nigdy nic. Udać się bezkarnie na drugi brzeg normalności. Łykając jedną z martrixowskich tabletek udawać normalnego człowieka zatopionego w normalnych sprawach idącego do tradycyjnej pracy i siadając przy tradycyjnej maszynie.

Zwierzać się na papierosowej przerwie przy kawie w plastikowym kubku jak to się od rana wszystko pierdoli w tym mozolnym trudzie znikąd wsparcia i pomocy ani na chwilę na tym łez padole i święta za pasem a już na samą myśl rzygać się chce od nadmiaru czynności i oczekiwań innych a przecież już nie te lata i kręgosłup żeby wszystkim wchodzić do dupy za marnych parę groszy kiedy tak naprawdę ma się ochotę tylko na filmy i wino na kanapie z dzieciakami a nie obsługiwanie w pocie czoła nienażartych mord w imię Jezuska pana naszego co się właśnie narodził tej nocy, które i tak za główne zadanie tego świętego wieczoru mają zmieszać cię z błotem w formie werbalnej lub niewerbalnej jak wolisz oraz pogrążyć cię do końca chudego stycznia w metafizycznym niepokoju, że ty w zasadzie do dupy się nadajesz i wszystko co robisz też jest o kant dupy zawsze byłaś nikim i nic z tego nie masz ale teraz wspięłaś się na wyżyny duponadawlności i zaświecisz jasnym światłem bezmiaru swojej z dupy działalności i przekonań, które lepiej zachowaj dla siebie razem ze swoimi z dupy znajomościami, które nas tu obecnych obchdzą tyle co zeszłoroczny śnieg, którego przecież jeśli pamiętasz swoim wąskim móżdżkiem wcale nie było ani w grudniu ani w styczniu. Dokrój sałatki i zrób kapustę zamiast filozofować o przepływach jaśniepaństwo jest głodne i spragnione herbatek czarnych w niestygnących dzbanuszkach z Ikei, które jako jedyne narzędzie do zaspokajania herbatkowych skrytopijców wyszło ci fantastycznie. Jeszcze postój sześć godzin nad kapustą z bakaliami a bozia cię uleczy z twoich czarnych myśli, wybije ci z głowy to wieczne ponuractwo i może wreszcie znormalniejesz i przykleisz uśmiech z właściwej strony twarzy ty marny odrzucie społeczeństwa uwikłanego we własne światopoglądy, na które każdy tu z obecnych nie ma ochoty najmniejszej ochoty.

A ty spokojnie wysłuchasz tych sugestii pójdziesz do kuchni i poukładasz ładnie naczynia w jasnoszarych drucikowych przegródkach zgodnie z wielkościami i kształtami, w małej zmywarce like Bosch – aktualnie jednym z boskich istnień, które cię dzisiaj wesprze czynem i myślą oraz przepływem. Przytuli twoje wewnętrzne dziecko i rozbudzi wewnętrznego krytyka niestety nie na tyle, żeby wystrzelić srebrne tudzież złote kule jak nakazuje tradycja prosto w twarze zanim otrą z kącików ust krew twojego skarbu czasu przeznaczonego tylko dla siebie i prawdziwej rodziny. Zrobisz kilka wdechów przez nos i zakończysz cudowny wieczór obiecując, że nigdy więcej się nie powtórzy.

Om.

Deszcz

Wolność. Czym jest wolność? Latającym ptakiem. Swobodną myślą. Przepływem. Rzeką bez końca. Wiatrem na twarzy. Westchnieniem ulgi. Doznaniem spokoju. Niezależnością. Nietoksycznością. Bezmiarem. Mądrością.

Czasem się przytrafia w piątki i znika w poniedziałkowym pociągu pospiesznym do granic niczego mojego. Tam z kolejnymi przesiadkami i ustawiam blisko kolan bagaże żeby nikt nie ukradł tego co ważne, trafia się okienko zadumy. Może by tak wysiąść. Uciec. Nie zmierzać… Przestać. Wykoleić się.

Pamiętam wielką łąkę w zielonej dolinie otoczonej lasem. Rosły pierwiosnki. Mnóstwo pierwiosnków. Zbierałam je łapczywie do bukieciku, który zawijała w ścisły rulonik z gazety sąsiadka Jadzia. Były tam jeszcze dwie dziewczynki. Wnuczki. Wymyślały rozmaite zabawy. Były wolne i radosne. Turlałam się z nimi z leśnych górek do pomieszania zapachu trawy i wiosennego nieba. Do utraty tchu. Skrawek dzieciństwa wolnego. Pięknego. Bezmiar radości. Błogość. Połączenie. Dlaczego wciąż mi się to wspomnienie odtwarza?

Idąc do sklepu w poniedziałkowym natłoku z listy zadań mam do kupienia warzywa na rosół. Pomarańczowe marchewki na które pada intensywne światło udają świeżość natury i mają podstępnie niską cenę. Obok jarzynka w zamglonej, wilgotnej folii. Wewnątrz przezroczystego pudełka poukładane jak zabawkowe walce zielone pory, biało szare pietruszki i kula chropowatego selera z położonym na wierzchu niedbale źdźbłem natki. Marchew schowana pod spodem jak najcenniejszy skarb. Biorę bo karotenu nigdy za wiele. Później makaron i kostki rosołowe. Makaron oczywiście ten Staśkowy. Innego nie trawi oraz chusteczki do okularów bo te z aldiego tylko rozmazują się na szkle jak tłuszcz. Następnie pikanie kasy obsługowej i pakowanie wszystkiego do czarnej torby zakupowej. Z powrotem w deszcz. Jeszcze ciemno. Ale spokojnie. Mokre liście na asfalcie. Blask latarni odbija się w kałużach. Spokój na chwilę przenika mój umysł. Deszcz wytwarza dobrą częstotliwość. Za każdym głębokim wdechem oddalam od siebie nieuchronność poniedziałkowego stresu. Nieskończoność czynności z uwzgędnieniem logicznej kolejności tak, żeby pod łazienką nie ustawiła się kolejka. Oto wyzwanie. Ale zaraz sobie wszyscy pójdą. Rozejdą się jak mróweczki do swoich zajęć. Gdy wyjdą warzywa już będą pływać w garnku. Makaron wyschnie na sitku a brudne naczynia wylądują w zmywarce. Krople deszczu na parapecie za kuchennym oknem, małe czerwone, zielone a nawet zielone liście żywopłotu pod modrzewiem błyszczą od nadmiaru wilgoci. Ich intensywne kolory odbijają się od szarzyzny choć właściwie o tej porze już dawno powinno ich nie być. Listopad jest nadzwyczaj ciepły. Dzisiaj znowu 9 stopni. Ale w tygodniu straszą wiatrami. Przytulam się w myślach. Dzisiaj deszcz jest moim sprzymierzeńcem. Jeszcze tylko czarne pranie z odrobiną płynu wprawię w kolisty ruch za pomocą magicznego bębna. Jak nikt mi nie przeszkodzi pierwsza część dnia będzie odhaczona.

Pierwszy telefon wyrywa mnie z zamyślenia. Odbieram. Nic takiego. Urząd do J. Podaję numer przerywając P. wykład. Pokazuje mi w swojej komórce ciąg liczb, których nigdy nie mogę zapamiętać. Wracam do siebie. Zaczyna się. Ktoś zawsze coś chce. Dzisiaj jednak nienachalnie. Wszechświat mi odpuszcza. Pozwala mi myśleć. A nawet wymyślać. Deszcz się wzmaga. Miarowo dzwoni, kołysze,wibruje. Mogę zacząć drugą część podróży…

Ścieżki

Pewne rzeczy się nie zmieniają. Jak pory roku podążają za nami bezwiednie. Stwierdzenia, przyzwyczajenia pozostają z nami przez całe życie. Stereotypy zagnieździły się w głowach na stałe i nie chcą się zmieniać pomimo racjonalnych wyjaśnień. Istnienie dobra i zła jest wdrukowane w kod genetyczny każdego Polaka. To prawda objawiona i niezmienna. Nikt nie przypuszcza, że mogłaby nie istnieć. Nikt z tym nie walczy bo i po co. Kochamy dobrych i nienawidzimy złych. To proste. A gdyby tak dobro i zło nie istniało? Czym byśmy sobie to zastąpili. Do jakich zbiorów grupowało ludzi i rzeczy. Na jakie kategorie rozdzielali cechy, zachowania i zdarzenia?

Rzeczywistość jest tworem. Nabyta w dzieciństwie jak nowa para butów jest niezmienna z jednej perspektywy. W niej wszystko jest nazwane i dopasowane do norm jakie stworzyli dorośli i system. Gdy normy nie uwierają nic się nie zmienia. Rośniemy i umieramy. Godzimy się na wytyczone ścieżki, którymi kroczyli dorośli. Stajemy na ich początku i podążamy automatycznym nurtem. Nie wkraczamy na zielone trawniki nawet jeśli trasa wydaje się ciekawsza i krótsza. W naszych głowach są tylko wydeptane szare dróżki ze znanym zakończeniem. Okienka dopasowane do naszych twarzy w szablonie zdjęć przeznaczonych dla innych twarzy w machinie ocen sprowadzonych do dobra lajków i zła braku uwagi zajmują lwią część aktywności dnia, a często nawet nocy. Bez względu na wcześniejsze ścieżki rozwoju wybieramy sztuczne twarze w sztucznej masie sztucznych pozdrowień i sztucznie krótkich rozmów, paradoksalnie w ciągłej obawie przed sztuczną inteligencją, w której już od dawna jesteśmy zatopieni po uszy.

Bezład

Niewyglądając przez okno czuję, że jest zimno. Szaro i jesień. Słońce nie spieszy się do wzejścia a może nie chce. Spokój. Nic się nie dzieje.

Szara gęsta mgła jakby wnikała przez szyby do wewnątrz mojego pomieszczenia przepełniając go wilgocią i zapachem mokrych liści. Pora blado szarości rozgościła się na dobre. Zapanował bezwład niewystawiania. Niezgłaszania ciała na umówioną godzinę. Nienadążania za umysłem. Buntowanie się kończyn do wykonywania rozkazów odgórnego centrum. Zaniechanie mięśni i ignorancja stawów do stawiania się do pionu. Nikt się dzisiaj do niczego nie zmusi. Dzisiaj odpoczywamy. Pozwalamy sobie na ten stan. Nasze miejsce jeż w łóżku choć godzina już wstydliwa. Ósma niezrobiona, ósma leniwa, ósma bezładna. O ósmej nic się nie zdarzy.

Pokoje rozpływają się w nicości zdarzeń. Żadna siła nie porusza krzesłami i talerzami. Niewłączony ekspres do kawy nie wpada w konwulsje. Ogień nad palnikiem nie powstaje od kręcenia metalowym kurkiem z czarną obwódką, z którego jak jad pulsacyjne strzela iskra.Nikt nie stawia na nim garnuszka z czarnymi uchwytami. Lewym nieznacznie zdeformowanym od niesfornego płomienia. Nikt nie wrzuci do niego jajek ani nie doda soli do gotującej wody. Mleko również nie zaznaczy swojej obecności białą plamą na czarnym blacie kuchenki. Nic się nie wydarzy zanim ciało nie zacznie swojej podróży. Teraz będzie tylko cicho. Na drugim piętrze nikt dzisiaj nie walczy z grawitacją. W tym dniu brakujące części rzeczy nie będą znalezione ani dołączone do swoich matek rzeczy. Nic istotnego nie powstanie. Ani się nie złoży, nie ułoży w oczekiwaną całość. Cząsteczki szarego gęstego powietrza nie będą wprawione w ruch, rozproszone westchnieniami i prawa fizyki też nie podziałają. Zostaną wyłączone. Oprócz grawitacji. Bez niej, przecież to by się bezładowi nie udało.

Podświadomość

Temperatura spadła do pięciu. Piątek pojawił się tak szybko, jak gdyby następował zaraz po poniedziałku z pominięciem harmonijki pozostałych dni, które schowały się w zagięciach powtarzalnych czynności. Tydzień za tygodniem, godzina za godziną, minuta po minucie. W porach roku i w porach dnia. Bez przestanków na wdechu… Gdy wreszcie stwierdzamy, że tak się nie da… Doszukujemy się czegoś więcej. Czegoś wyjątkowego. Czegoś nad czym można się pochylić i wykrzyknąć: naprawdę!? Potrzeba zmiany jest ogromna. Zaczynamy działać.

Szukamy punktów zaczepienia. Staramy się usprawniać małe rzeczy, żeby zaczęły działać na naszą korzyść i zaowocowały czymś większym. Entuzjazm mija zwykle po tygodniu. Nie szkodzi bo od następnego zaczynamy kołowrotek od nowa. Walczymy z uzależnieniami przyzwyczajeń, złymi nawykami marnotrawstwa pieniędzy i czasu. Nieświadomością i bólem manipulacji toksycznych ludzi. Staramy się nie dać. Staramy się ulepszać. Przewidywać. Już nie błądzić. Działać po swojemu.

Wszystkie nowe wyzwania układają wyższe plotki w naszych umysłach. Wspinamy się na nie. Patrzymy z góry. W taki sposób się zmieniamy. I takimi zmianami zarażamy innych. To jest dobre. Daje ukojenie. Pojawia się spokój czasem nawet harmonia. Zaczynamy płynąć. Osiągamy cele. Jeśli nikt nas nie wytrąci z rytmu spełnią się nasze marzenia. Dobre intencje i praca otwierają nowe furtki. Za nimi jest nowy lepszy świat. I znów nowe marzenia…

Jednak prawdziwe drzwi percepcji uchylą się wtedy gdy dotrzemy do naszej podświadomości. Do tajemniczego skarbca z narzędziami minionej rzeczywistości, która jak wyrocznia wie o nas wszystko czego sami nie odważymy się wiedzieć. Zbioru dóbr, których nikt nam nie zabrał ani nie podmienił przez te wszystkie lata. Do światła, które czeka na właściwy ruch. Podświadomość patrzy, obserwuje, jest.

Tylko czym ona tak naprawdę jest? Czy naprawdę istnieje. Jeśli tak, jak można się do niej dostać i wyciągnąć ją na powierzchnię. Spotkać się z nią jak z bliźniaczym bratem, który ma tyle do powiedzenia, że nie wie od czego zacząć. Jest szczery i czerpie radość z samej rozmowy. Z samego bycia tu i teraz. Z mojego, naszego towarzystwa. Energia wolna od roszczeń. Energia bycia tak po prostu. Zwyczajna treść, dialog, wymiana siebie bez lokowania produktu. Darmowa lemoniada w upalny dzień.

Podobno w ciszy i w kolokwialnych porach relaksu objawia się niespodziewanie…

Chcę słuchać.

Kreatywność

Mój przewodniku i Byty Świetliste podarujcie mi garść kreatywności. Niech nad martwym wzlecę światem do doliny rozkoszy gdzie wszystko w złoto się zamienia jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Pomysł nie przychodzi z niczego. Rodzi się w bólach jak tytuł udanej książki. Takiej, której napisanie jednej strony kosztuje cię przeczytanie ośmiu innych. Do tego umysł musi być wypoczęty i wypieszczony ruchem na świeżym powietrzu. Dotleniony czystym tlenem z lasu lub z gór. Ruch musi być systematyczny i męczący tak by krew przyspieszała swój przepływ w pajęczynach mózgu i pozbywała się nadprodukcji trucizn i toksycznych myśli. Oczy nakarmione zielenią, tak by świadomość ustąpiła choć na chwilę podświadomości a ta zaczęła wreszcie budować kryształowe zamki tam gdzie nikt się nie spodziewa. Myśli muszą być wolne od rozkazów kierownika, któremu nie kończy się lista zadań.

Tę wolność swobodnego przepływu trzeba sobie wyhodować jak pogodę na starość. Wcześniej raczej nie ma szans na coś budującego. Tamto „wcześniej” należało bardziej do destrukcji, którą trudno z powrotem oddelegować do piwnicy zmartwień. Ale jest to jak najbardziej możliwe. Wystarczy tylko nietoperze zamienić na jaskółki. I tak zamieniać, aż ta czynność stanie się całkowicie automatyczna jak mycie zębów czy wchodzenie po schodach. Zamienianie trzeba wyćwiczyć. Dobre zamienianie wykształca się długo, ale to właśnie ten trening często ratuje nam życie. Czas zawsze zniechęca. Czasowi na nas nie zależy. Czas nie uczy cierpliwości. Czas jest bezwzględny. Nic nie czuje. Nie można z nim negocjować. Zatem trzeba go oszukać.

Jesteśmy sami i sami jesteśmy odpowiedzialni za produkcję i jakość swoich myśli. Dopuśćmy do głosu te naprawdę nasze, źródłowe bez szumu. Bez echa cudzych. Bez sztucznych potrzeb i poglądów. Bez cudzych marzeń i spojrzeń. Tylko swoje. Potem odważnie to „swoje” pielęgnować i bronić. Wtedy musi się udać. Oczywiście odrobina magii nie zaszkodzi. Dobre intencje pomagają. Kreatywność je lubi. Dokarmiajmy siebie. Pozwólmy sobie oddychać.

Przepływ

Już późno ale jeszcze cisza. Słychać wodę przelewającą się u sąsiadki na górnym pokładzie. Woda płynie z kranów na przemian jakby ktoś napełniał tysiące wanien. Strumienie wody dudnią w metalowe ściany. Jakbyśmy żyli w wielkim zbiorniku uzupełnianym regularnie płynem. Czasem jakiś niesforny strumień przedostaje się do mnie w postaci pykających kropel wody za zegarem. Wtedy nie wiem, czy to zegarowa wskazówka przesuwa się skokowo po czarnej tarczy odmierzając sekundy czy jednak krople wody spływające gdzieś po rurach w nieznane zaściankowe przestrzenie. Kiedyś to wszystko buchnie wielkim wodospadem.

Listopadowe poranki są coraz cichsze. Ta pora roku naturalnie wymusza spokój. Rozleniwienie idzie w parze szaro sinym tłem za oknem. Wyczuwalnej wilgoci w coraz krótszych dniach. Chciałoby się zapaść w sen zimowy i obudzić się dopiero z pierwszym żółtym pierwiosnkiem przebijającym się spod brązowych liści dębu gdyby nie było szkoda tej tajemniczej atmosfery. Obietnicy dobrej opowieści utkanej z deszczu, mroku i lęku. To dobry czas na książkę i dreszczowiec.

Łatwiej jest sobie przyswajać zdarzenia malując je w umyśle w swój unikalny sposób. Łatwiej jest być uważnym gdy świat spowalnia. Włącza się przepływ. Dla pisarzy to najlepszy czas na tworzenie nowych historii, malarzom sprzyjają ostatnie żółte liście brzóz i klucze szarych gęsi. Fotograf znajdzie ostatnie jesienne astry przy wąskich dróżkach działkowych a przy odrobinie szczęścia usiądzie na nich modraszka. Kreatywność przychodzi w ciszy. Cisza to dobro. Magnez tworzenia. Esencja delikatnych aktywności, których efekt objawia się często spektakularnym efektem a wtedy najbardziej depresyjny miesiąc może stać się dla niektórych wybawieniem.

Czas tworzenia i czas przepływu to jedno. Tak samo szybko mija. Przelewa się jak krystalicznie czysta woda. Uzdrawia. Daje moc. Tyko tworząc jesteśmy wzmacniani. Tworząc jesteśmy coś warci. Tworząc wyrywamy kraty. Tworząc leczymy lęki. Tworząc rodzimy się na nowo.

Umniejszanie

Jak znaleźć spokój w kolejnym poniedziałkowym hardcorowym poranku?

Nie wiem.

Myśli pędzą na oślep. Lista zadań wydłuża się brakiem oddechu. Zakupy, zupy, pranie, sranie, pisanie, publikowanie, szukanie zdjęć, wybieranie, krzyki niezadowolonych młodych głów oraz wspomnienie chujowego weekendu. Pretensje do świata przewijają się w głowie z prędkością światła. Oddech nie pomaga. Przytłacza nieuchronność zdarzeń i zawsze to samo przyprawione umniejszane gówno. Popaprane święta tuż tuż. I znów wystąpię w roli aktora z przyklejonym uśmiechem, lokaja, kelnera, kucharza i sprzątaczki. Niby nic. Ale czekam końca takiej formy dla siebie. W dupie mam ich celebrowanie. Święta są wtedy gdy nic się nie robi. Albo gdy fajnie jest robić coś co daje radość wszystkim a nie jaśnie wielmożnemu obsługiwanemu państwu za marnych parę groszy. Tyle lat bez ucieczki, kara, ignorancja, brak odwagi. Klatka. Mesjasz nie nadchodzi.

Wdech, wydech.

Moja dusza unosi się na oparach wyimaginowanej wolności. Mam ją w głowie. Złudzenie. Obietnica zmiany. Pojawia się jak tunel ze światełkiem na końcu gdy już ciało nie chce działać. Wtedy można przeskoczyć w inny wymiar. Wracają marzenia. Świat idealny. Bez przymusu. Pracoholiczej pracy, usługiwania, wygaszania emocji innych wciąż niezadowolonych. Udawania, że wszystko jest tylko chwilą i zaraz się skończy. Bycia tylko po swojej stronie. Łapania światła.

Nadmiar gówna przychodzi niespodziewanie. Pędzi jak zła wiadomość, jak sztylet po drucie. W kolejce do kasy. Nerwowym stukaniu kluczem o blat stołu. Pogardliwym spojrzeniu. Kolejnym Znudzonym westchnieniu. Umniejszaniu.

Umniejszanie jest najgorsze.

Umniejszanie jest jak jad. Zatruwa pomału jasne skupiska neuronów, które mogłyby jeszcze spokojnie pożyć w błogiej nieświadomości poranka. Umniejszanie bezlitośnie zamyka drzwi na klucz. Trzyma nóż przy gardle. Nie pozwala oddychać.

Ale to przecież nic takiego…, To tylko chwilka…, Nic się nie dzieje…, To tylko jeden wieczór…, Przetrzymasz…, Damy radę…, Jakoś się zorganizujesz…, Nie zdajesz sobie sprawy jakie ludzie mają problemy…, Przesadzasz…, Nic ci nie będzie…, Znowu przesadzasz…

Umniejszanie nie ma nawet porządniej definicji. Przecież uczynić coś, kogoś mniej ważnym to umniejszenie umniejszania. Umniejszaniu umniejszono nawet rangę. Umniejszanie nie ma struktury. Umniejszanie samo się umniejsza. Nad umniejszaniem nikt się nie pochyla ani nie zamiata jej pod dywan. Umniejszanie jest niewidzialne.

Umniejszanie objawia się tylko spierdolonym umysłom. W jakiś magiczny sposób nie dotyka ich ale napierdala regularnie jak pijaną patomatkę za jej ciągle grzechy. Umniejszania się nie spotyka ale zderza się z nim jak ze ścianą pogardy. Umniejszanie nie śmie zaprzeczać swej małości. Na umniejszanie się umiera.