Archiwa tagu: #Kingfisherprzykawie

Błotolandy

Jeszcze ciemno i dobrze. Ktoś zajął łazienkę. Pan od rury nie zadzwonił. Gorąca woda nie ma czym się ochłodzić. Sytuacja awaryjna nie uległa zmianie. Jest zawieszona na czas nieokreślony. Słowa płyną wolnym strumieniem, rzeczy się dzieją, ktoś ma pretensję. Tym razem nie ja.

Dzisiaj przyjmuję wszystko z czułością i należytą uwagą składam słowa jak koc. Nie dziwię się bezczelności rzeczy martwych. Wybaczam im nie prawiąc kazań. Jest jak jest.

Autobus za oknem zatrzymał się na przystanku. Przez okna widać jego puste przestrzenie siedlisk i rurek zamkniętych w podłużnym akwarium. Ktoś rozpoczął swoją podróż. Ktoś nie zdążył. Ktoś zaspał. Ktoś zaczyna snuć opowieść o wczoraj.

Lęki. Pokasływania. Ciepło pościeli. Bulgocząca woda w rurach. Kapanie. Tykanie. Przemierzanie dróżkami w zaspanej pamięci spokojnych jeszcze części podświadomości. Dotykanie niemożliwego. Zaleganie w bezruchu. Bez snu i bez trybu działania. Niezaczynanie.

Wczoraj znalazłam nowe miejsca na błotnistej mapie mojego miasta. Okazało się, że istnieją przestrzenie, których nie znam! Ścieżki prowadzące w tajemnicze błotolandy zagęszczone rudymi chaszczami, wystającymi gałęziami nad usypiskami piasku, ziemi i cegieł z zardzewiałymi grubymi rurami przewodzącymi podejrzane substancje. Dróżki kończące się płotami i znakami zakazującymi przejścia pieszym i rowerzystom. Mostki prowadzące do torów i przez nie, obramowane biało czerwonymi poręczami. Kamienie poukładane w figury w przyzakładowe płotoprzejścia jak miniaturowe Stonehenge z obniżonymi ściankami bocznymi i wreszcie rude łąki z wystającymi z ziemi pustymi rurkami słomy i plackami podejrzanej zieleni. Nitki dróg ściągające przestrzeń jak w harmonii akordeonu w krótsze odległości oszczędzały krokominuty. Byłam tam. Widziałam nowe. Nowy świat na skraju starego, oklepanego powidoku przyniósł mi sporo nadziei. Jak wycieczka do innego miasta. A nawet świata ukrytego w stałym bycie ulepionym z błota błotobytu.

Nad ziemią wznosił się myszołów. Zataczał olbrzymie koła znanej tylko sobie podniebnej mandali. Wyciągnięte brązowo białe skrzydła połyskiwały w zimowym słońcu. Namiastka dzikości odebrana naturze na zawsze. Miasto połknęło już prawie wszystkie dolne i górne ekolandy. Tylko przyfabryczne obrzeża za płotem trzymają jeszcze starą strukturę roślinnego nieładu. Nieprzyciętego trawnika, nieuczesanego parku lub kilku brzóz ze ściółką po wyciętym lesie. Resztki antysmogowego systemu, człowieczo-zwierzęcego well-beingu trzyma się ostatkiem sił w morzu nienawistnego betonu. Tam jeszcze przelatuje polna ćma i nornica wystawia zalękniony ryjek spomiędzy brunatnych liści ziół i perzu. Ale lis już raczej się tu nie zapuszcza.

Zimna woda

I tym sposobem dotarliśmy do piątku. Jazda w tym tygodniu raczej spokojna. Żadnych zastojów ani niespodzianek. Tempo niezmienne. Trzymam się planu i nic się nie wymyka. Tyle że w łazience jakby skończyła się zimna woda i wszyscy mamy przymusową saunę. Pan od rury ma nas odwiedzić dzisiaj w godzinach nieznanych i to może być jakiś nieoczekiwany zwrot akcji w nudnym ale gorącym życiu naszej rodziny.

Za oknem jakby głośniej a nawet nerwowo. Śmieciarki informują o swoim istnieniu w pociągłych, ciężkich dźwiękach unoszących się i opadających części ruchomych przedsionka wielkiego brzucha trawiącego mieszane i niemieszane odpady naszego życia. W oddali śmiechy dzieci ciągniętych za rękę przez rodziców do szkoły. A dalej już tylko deszcz. Mokre ulice i za wysoka temperatura jak na tę porę roku. Tykanie zegara. Bezmiar niczego. Przenoszenie do świadomości listy zadań natychmiastowych, potrzebnych i tych przy okazji. Maszynka zaczyna działać w swoim rytmie ponaglając bieg tych samych zdarzeń… ale wrażenia codzienności jakby inne. Subtelne różnice pomagają umysłom nie zwariować. Jest tak samo, ale jednak… W powietrzu wisi nadzieja na zmianę. Może to tylko niewielkie „coś”zmaterializuje się dzisiaj tak dla poprawy samopoczucia. Nie żeby tam zaraz jakiś wielki wybuch ale malutkie pyknięcie nowego, świeżego rytmu jak nowego utworu, który zachwyci. Zagłuszy śmieciarkę myśli. Nastroi optymizmem zastałe struny. Powieje nadzieją. Wybaczy marazm i doda energii. Wyświetli na szarym komunikatorze entuzjazm. Zmotywuje do działania. Wygra na chwilę z obojętnością. Odkręci wreszcie zimną wodę!

Jak dobrze, że już sobie wszyscy poszli

Jak dobrze, że już sobie wszyscy poszli. Wyszli, pojechali na swoje poletka przepełnione czwartkowymi zadaniami zostawiając za sobą spokój i nie zaścielone łóżka.

Otwieram drzwi balkonowe na oścież wpuszczając do środka gęstą zimową mgłę. Powietrze jest przyjemne i świeże jak na smogowy czas. Jeszcze ciemno. Sino i blado. Słońce dzisiaj nie wzejdzie. To miejsce samo się o to prosi. Samochody wydają podłużne dźwięki opon w swoim miarowym, liniowym przejeżdżaniu. Ruch się nasila. Z nieba zaczynają spadać krople deszczu, które niewątpliwie miały być śniegiem. Brak wiatru zatrzymuje rzeczywistość w wielkiej stop klatce. Oddychanie. Tyle można zrobić. Oddychać mgłą.

W ciele gromadzi się stres. Niepokój z nadmiaru zadań. Bezlitosny, powtarzający się repertuar lęków. Jak się z tym wyrobić. Podzielić na cząstki niewymagające większej organizacji. Zebrać w pęczki. Przebrać przerobić, poukładać w skrzynkach i zapomnieć. Wyłączyć ponaglające myśli. Włączyć algorytm „nie czuję – robię”. I mieć wreszcie wywalone.

Ale nie da się. Nie da.

Zanim zacznę, przypomnę sobie kim jestem. Jeśli jeszcze mogę.

Mogę a nie muszę brzmi hasło. Przekłamane jak większość haseł. Zmieniające strukturę mózgu. Niestety tylko na chwilę. I tylko w optymistycznym przypływie radości. Muszę wyłania się z mgły na każdym skrzyżowaniu jak reklama MacDonalds . Wszechobecny przymus wszystkiego. Nie kowal losu lecz niewolnik. Muszę bo praca to pieniądze, muszę bo dzieci, muszę bo święta, muszę bo matka, mąż, teściowa, sąsiadka… Muszę bo nie zasnę, muszę bo boli, muszę bo pada, muszę bo za głośno, muszę bo nie wytrzymam, muszę bo muszę. I tak w kółko. Nie przerwiesz tej pętli. Może kiedyś, w równoległym świecie, gdy zmądrzejesz. Na zielonej trawie ze stokrotką w zębach i wzrokiem wbitym w obłoki będziesz wolny. Ale nie dziś. Dzisiaj wielka maszyna właśnie się włączyła za sprawą czerwonego przycisku naciskanego grubym paluchem wielkoluda. Nikt nie wyłączy tego monstrum aż do wieczora, kiedy przyjdzie ci złożyć swoje kości na tanim materacu w nadziei, że to już koniec twej udręki przyjdzie jutro. Jutro pod tytułem „Dzień świstaka”.

Jakim trzeba być ignorantem i ubogim umysłowo wizjonerem żeby sobie tak ułożyć taśmy życia. Tylko spierdolone umysły godzą się na to co inni sobie udumali, uknuli w tym grajdołku nieżycia ciesząc się marnymi ochłapami wakacji w Chorwacji i smartfonu pod choinkę hułajłeja czy innego wyzyskiwacza chińskich małych rączek. Gdzie prawdziwe ideały i serca pełne marzeń? Gdzie ludzie produkujący w sobie radość za sprawą dobrych uczynków przeznaczonych dla innych istot żywych bez gratyfikacji i oczekiwań w postaci bombonierek i medali. Gdzie oni? W jakim świecie się schowali? Zakopani w baśniach rybacy bez chęci zaspokajania pragnień. Gdzie teraz są? Gdzie łapią zasięgi?

Nie widzę. Życie ładuje się się w tle. Gdzieś trzaskają drzwi. Ktoś zbiega po schodach. Autobus odjeżdża za wcześnie. Znowu zostajesz sam we mgle. Nikt cię nie widzi. Nie zobaczy malutkiej duszy uwikłanej w maszynę czasu. Radź sobie sam robaczku. Nikt cię nie przytuli. Ale wytrzymasz z tym. Jesteś mistrzem w wstrzymywaniu. Wytrzymywanie masz we krwi. Jesteś dzielny. Przetrwasz.

Synchroniczność

Poszukuję jakichś prawd nieodkrytych wewnątrz umysłu, które kierują się innymi instynktami. Czymś odmiennym. Nieznanym. Przeznaczonym tylko dla uważnych badaczy nie skażonych wzorcami. Coś oryginalnego, nowego ale istniejącego od dawna. O czym nie wiemy. Ale to już jest, istnieje nie wyskakując z luster. Jest uśpione gotowe do odkrycia.

Anomalie, synchroniczność, prekognicja… to jest wyzwanie!

A nie kręcenie się w kółko na tym łez padole idąc wydeptanymi ścieżkami przez głupszych od siebie „myślicieli” w ciągłej depresji niezauważalności. W dźwiękach utartych powiedzonek. Mdłych porzekadeł. Dokąd zmierzasz? Do dupy. Tylko tam prowadzi droga.

Słucham wiadomości, kieruję się twoim zdaniem, myślą i mową. Kieruję się w wewnętrzne otwory niczego. Porozmawiam z tobą. I nic mi po tym doświadczeniu. Wszystko już było. Nic nowego. Wszystko już się zdarzyło. Wszystko widziało. Wszystko zachwycało. Nic nowego. Stare szablony myśli zatrzaśnięte w starych zachwytach. W tych samych nudnych dialogach, wymianach, wymiocinach, strategiach, wymuszeniach. Kiwanie głową, potakiwanie. Poświęcanie uwagi klonom starych rzeczy pod nowymi nazwami. Stare efekty nowej burzy mózgów. Nic się nie zmienia. Żadnych nowych zbiorów, zapasów, nadziei. Nic. Tylko angielskie nazwy nałożone na staropolskie terminy. Powielanie pustych synonimów jak pudełeczek z szarymi kamyczkami. Nic nieznaczące archetypy zagnieżdżone w schematach myśli. Wypalone w podświadomości. Niedopuszczające niczego świeżego. Dobro i zło. Miłość i nienawiść. Głupota i mądrość. Nic pomiędzy. Nic zamiast. Nic po tym ani przed tym. Beton myśli.

I jak tu sobie zrobić dobrze nowinkami. Gdzie je odkrywać. Zbierać i przetapiać na coś dzisiejszego, surowego. Skąd czerpać świeżą masę? Szukać tego „co się filozofom nie śniło”. Patrzeć głębiej i dalej. Iść tam gdzie woda nie ma nazw a ogień nie wypala entuzjazmu.

Zapytałam wczoraj chata GPT o synchroniczność. Może Jung wiedział więcej. Może znał odpowiedź. Miał narzędzia do podświadomości i wiedział, że przypadkowe spotkania w Biedronce z Beatą z przed wielu sezonów nie są już tylko dziełem przypadku, i że jeśli pomyślisz o nosorożcu, to zaraz zobaczysz go na parapecie między paprotkami twojej sąsiadki Jadzi spod piątki. Jakby twoje myśli bez jakiegokolwiek trybu materializowały się w oknach innych ludzi. Jeśli zaśpiewasz małomiasteczkowego, mniej świadomość, że od razu usłyszysz ten sam refren w nadjeżdżającym samochodzie… lub w Żabce.

O takich rzeczach Karol już wiedział. Nowość zatopiona w bursztynie starości. A jednak zachwyca. Namiastka tajemnicy pobudza zaklęte rewiry. Może jednak nasze myśli kształtują tę marną rzeczywistość. Może możemy ją dopasować do siebie po swojemu. Może mamy wpływ, którego jeszcze nie czujemy. Może warto się nad tym pochylić, pogrzebać w starych księgach.

Przywołać dobrą energię. Przyciągać myślą dobre rzeczy. Ćwiczyć optymizm. Kreować na nowo światy. Przyjąć do wiadomości swoją sprawczość w formie nie tylko fizycznej ale metafizycznej. Dać klapsa podświadomości za bzdury przeszłości i wymienić stereotypy na możliwości. Robić swoje. Działać. Oszukać przeznaczenie. Wizualizować bogactwo zamiast biedy umysłowej. Być ponad krytyką małych móżdżków zamkniętych w małych klatkach, kejczach próżności. Zacząć lubić a nie tylko chcieć. Smakować a nie tylko próbować na siłę. Pragnąć. Zatapiać się w całości i w bezczasie. Tworzyć. Pogłębiać. Czuć. Kreować.

Synchroniczność

Synchroniczność według Carla Junga to fascynujące pojęcie, które rozszerza granice zrozumienia ludzkiego doświadczenia i zjawisk psychicznych. Jung, szwajcarski psychiatra i twórca psychologii analitycznej, wprowadził ten termin, aby opisać niezwykłe zdarzenia, które zdają się być powiązane w sposób nielogiczny, ale posiadają głęboki sens dla jednostki.

Synchroniczność odnosi się do zjawiska współwystępowania dwóch lub więcej zdarzeń, które nie mają jasnej przyczyny logicznej, ale są ze sobą powiązane znaczeniowo. W przypadku synchroniczności, zdarzenia te nie są spowodowane przyczynowo, ale mają pewne znaczenie dla jednostki.

Jung użył terminu synchroniczność, aby opisać związki między wydarzeniami psychicznymi (takimi jak myśli, uczucia, marzenia) a wydarzeniami zewnętrznymi w sposób, który nie jest objaśniany przez zwykłą przyczynowość. Innymi słowy, synchroniczność sugeruje istnienie pewnego rodzaju połączenia między psychiką jednostki a otaczającym światem, które nie jest oparte na przyczynowości, ale na wspólnym znaczeniu.

Przykładem synchroniczności może być sytuacja, w której ktoś myśli o dawnej przyjaciółce, a następnie nagle otrzymuje od niej telefon. Brak bezpośredniej przyczyny między myślą a telefonem, ale obie te sytuacje mają znaczenie dla jednostki, tworząc doświadczenie synchroniczności. Jung uważał, że zjawisko to może prowadzić do rozwoju osobistego i zrozumienia głębszych aspektów psychiki.

W centrum koncepcji synchroniczności leży przekonanie, że niektóre zdarzenia, choć pozornie niepowiązane logicznie, mają znaczące powiązania dla jednostki doświadczającej ich. Jung wskazywał, że synchroniczność różni się od zwykłego zrządzenia losu, ponieważ jest to związane z równoczesnym wystąpieniem zdarzeń w sferze psychiki i rzeczywistości zewnętrznej.

Jung wskazywał, że zrozumienie synchroniczności wymaga rozwinięcia indywidualnej świadomości oraz otwartości na znaki, które życie przekazuje w sposób subtelny.

Warto podkreślić, że koncepcja synchroniczności nie ma mocnych dowodów naukowych i jest często krytykowana przez sceptyków. Jednak dla wielu ludzi stanowi fascynujący sposób interpretacji zdarzeń, które wydają się wykraczać poza zwykłe prawa przyczynowości. Zrozumienie synchroniczności według Carla Junga otwiera drzwi do głębszego zrozumienia relacji między psychiką a zewnętrznym światem oraz ukazuje tajemniczy taniec symboli, który towarzyszy ludzkiemu doświadczeniu.

Zawieszenie

Trawi mnie wewnętrzny niepokój. Płytkie oddychanie. Pomiędzy lękami a czymś co nie może wydobyć się na powierzchnię. To „pomiędzy„ przeszkadza mi w spaniu ale nadaję mu status szybkiego zwalczenia przez chodzenie. Ale z chodzeniem mam zaległości. Od tamtego tygodnia tylko pisanie i obróbka części rzeczy w domu. Bez powietrza. Ociężałość wygrała. Niedobrze.

Może po południu wyjdę. Wygram z niemocą. Dodam sobie tlenu z roślin, które jeszcze nie wyzbyły się zieleni. Może to zwróci mnie na nowo. Nada moc i kierunek do działania. Jeśli nie, spróbuję znowu jutro.

Na razie cisza. Śnieg już całkiem stopniał i odkrył zgniliznę. Mokre pokłady zmieszanej rudej trawy z błotem przyklejonej pod podeszwami. Ta miękkość nie poprawia nastroju, ale kto by tam… Wychodzić nie trzeba. Wszystko z listy jest już na stole. Zaraz wciągnie mnie praca bez reszty. Koło zacznie się kręcić i ze spokoju nici. Ale zanim maszyna ruszy jest chwila nieważkości.

Skrzeczenie sroki. Szmer lodówki. Nic za drzwiami. Bezmiar dźwięków przegrywających z ciszą. Senność poranka. Zastyganie. Bezmyślenie. Zawieszenie.

Dobry

Dobrze, że już piątek i że wcześnie. Przede mną jeszcze wiele ale wczesność pokrzepia, daje nadzieję, że moja czek lista będzie odhaczona na czas. Uwieńczona obiadem a później kolacją i filmem. Najlepiej tym z Ethanem Hawkiem i Julią Roberts, wskakuje ponoć dzisiaj. No chyba, że innym zaskakującym nieobecnym w planach. Tylko te porządki. Ile bym dała, żeby ktoś zarobił to za mnie. Jakaś sztuczna inteligencja najlepiej, tak żeby nie mieć wyrzutów za to i owo na szafkach i pod nimi.

Za oknem biała mgła i resztki śniegu. Paruje cisza. Dźwięk łamanego lodu pod kołami wolno przejeżdżających samochodów. Odgłosy kroków na schodach szybkich i zbiegających oraz długich, ciężkich prawie słoniowych. I znów cisza. Nie rozpoznaję już wszystkich sąsiadów. Tyle się zmieniło od kiedy sześcioro przeniosło się na tamten świat za sprawą bezwzględnego wirusa na C. Wbrew teoriom spiskowym, że Pan C jest wytworem złośliwych koncernów farmaceutycznych. Nie pomogła również wiara w święconą wodę, która uzdrowi wszystkich uczestniczących w spotkaniach niedzielnych.

Cisza.

Nic się nie dzieje. Trzymam ten stan. Tylko tablet i ja w małej ciemnej przestrzeni pokoju typu cela z widokiem na blokowisko i karykaturę krzyża na trójkątnej betonowej bryle kościoła. Jak tu brzydko i ciasno. Jedynie łóżko służące do spania i pracy jest już wygodne bo dołożyliśmy drugi materac i nasze kręgosłupy poczuły wreszcie ulgę. Czytałam, że łóżko nie powinno być miejscem pracy, ponieważ wtedy kumuluje się na nim inna energia, ta niepozwalającą spokojnie spać. Może to i prawda. Energia rządzi się swoimi prawami. Jednak biurko kojarzy mi się z obciążeniem, bólem i sztywnym siedzeniem od którego już odwykłam. Nie umiem już siedzieć przy nim spokojnie, godzinami jak kiedyś. Kupiłam sobie regulowany stolik pod laptop, który od roku spełnia wszystkie moje zachcianki jednak całe to ustrojstwo nie wygra z tabletem, najlepszą rzeczą na ziemi. Można leżeć i pisać! To jest dopiero rewolucja! Kręgosłup odpoczywa kiedy mózg się przegrzewa. Bądź zmianą, której pragniesz!

Dobra energia spływa na nas spokojem po całym dniu pracy bez względu od miejsca. Jeśli nic nowego, trudnego się nie wydarzy zasypiamy nad przysłowiową zupą. Jesteśmy spokojni gdy wszystkie dziury są połatane, zwłaszcza te finansowe a źródełko nie wysycha ale płynie miarowym strumieniem dając orzeźwienie spragnionym umysłom wzmagając poczucie bezpieczeństwa bez którego trudno tworzyć nowe rzeczy. A co dopiero patrzeć w przyszłość. Dobre wyrabia się w systematycznym przetwarzaniu nowych danych, w trudzie, w pracy na swój koszt bez wciągania innych. Tylko to gwarantuje spokojny sen… Dobrą energię. I dobry poranek…

Lśnienie

Zadawać sobie pytania mroźnym rankiem o cel istnienia to trudne i zabierające energię. Ciepło marnuje się na zbędne myśli i komentarze. Nie można tak działać od rana. Pytania o cele zostawić należy na później. Zawsze może się okazać, że nie istnieją, że ich po prostu nie ma. I co wtedy? Gdzie pójść z czymś takim. Komu się wyżalić, przyznać że cel nie istnieje… komu wypłakać, że nie ma sensu. Jakie to żałosne. Nawet sens się nie klaruje w tej masie niczego. Czynności i zadania się spiętrzają, kumulują i rosną a sens się nie materializuje. Jakie to przykre. Żyć bez sensu i celu. Sklep, dom, drzewo, dziecko, pies, kot, ptak, miłość, zgoda i niezgoda. Godzenie się na nic. Godzenie się po stracie. Przyzwyczajanie się do niemocy i braku sprawczości. O co w tym chodzi?

Zapał mija. Nie wiem dlaczego entuzjazm nie bywa stały. Pojawia się chwilami w formach przebłysków jak dobra wróżka – pomysł. Jasne, klarowne światełko. Impuls. Chwila. Tętno przyspiesza i mija w przemilczeniu. Wracam do tworzenia tego samego. A przecież…

Trzeba sięgać po nowe! Ale gdzie? Gdzie bywa to nowe? Przebłysk i cyk jest sobie. I już go nie ma. Nie daje się złapać i wycisnąć. Po chwili rozsypuje się jak piasek, który porwany przez podmuch skręca się małym twisterem wokół własnej osi znikając w otchłani podświadomości. Znowu nie ma. Milczy.

Lśnienie to krótkotrwałe, intensywne światło odbite od czegoś niematerialnego. Ale czego? Pomysły rzeczy. Niebywałe koncepcje, nowatorskie instalacje błysków i olśnień do tworzenia nowego na grobie starego, które już się wszystkim znudziło, jak na przykład śmierć. Ale nie mogę tego utrzymać na dłużej. Marnują się u mnie te dary pomimo, że ziarna zostają. Zbieram je sobie… te ziarenka. Suszę i układam na gazie w kapsule przyszłości. Szczelnie zakręcam. Może skorzystam. Może zacznę… ale nie dzisiaj.

Na biało

Poranki samotności ciągłych ćwiczeń nad sobą i nad światem. Zmieniam w nich nastrój na dobry, wylewając wiadro wody na ten spuchnięty alkoholem świat. Dzieje się dobrze gdy rzeka ze mnie wypłynie otwartym strumieniem, ale czy dobrze dla innych. Tego już nie wiem. Lepiej nie wiedzieć. Praca nad sobą uszlachetnia wszystkie pokłady mojego umysłu. Te z przodu i te w najdalszych otchłaniach, zakamarkach samotności. Bywa dobrze na tym łez padole jeśli zmienimy perspektywę. Przyjmiemy inne prawdy niż te zakodowane na dzisiaj. Trzeba coś zmienić. Tylko zmiana nas uwolni. Wolny czas nie jest do zmarnowania. Trzeba go poukładać w interwały i ciągi. Poskładać w kwadraty i ponumerować okienka. Posegregować zielonym do góry. Będzie dobrze. I dobrze…

Nicość nas nie dopadnie jeśli Klub Piąta Rano wygra. Wybawi nas z lenistwa i odkładania rzeczy na później. Wychowa nas na godnych obywateli. Ta rzeczywistość musi być taśmą pożytecznych zdarzeń. Wtedy życie bywa znośne. A nawet zwieńczone sukcesem wpływającym na ogólny dobrostan splątanej jednostki ludzkiej.

Dzisiaj będzie dobrze, bo tak być musi.

Spadł śnieg. Dużo śniegu. Otulił drzewa i ulice. Biało jak w bajkowym disneyowskim wieczorze wigilijnym. Słychać łopaty odśnieżające chodnik przy klatkach żeby obywatel wychodzący nie wywrócił się na śliskiej powierzchni. Praca wre od siódmej rano. Bez zbędnych rozmów i głupich komentarzy. Prosta czynność bez ideologi. Automatyczna. Nie warta nazywania i określania. Korygowania wyrazami i dźwiękami. Dzieje się i już.

Chciałabym wyjść na to piękno i napawać się białością. Iść w miejsca gdzie jeszcze nie dotarły łopaty ale jeszcze jeden zawodnik śpi do utraty tchu. Naspać się musi przed nie tak rannymi zajęciami. Sam nie ogarnie szczegółów poranka. Później pewnie będzie za późno. Jednak jest możliwe. Myśl ta staje się bardziej ponaglająca wraz z przeczuciem, że zimna woda w rzece przyciągnęła już pierwsze zimorodki. Może zimna ryba jest już dobra. Dojrzała w lodowatej wodzie. Kto wie…

Na razie jeszcze błogie ciepło koca rozpływa się po kościach. Zaraz kawa i śniadanko. Później krojenie warzyw na leczo. Następnie pisanie… praca, praca, praca. Ale jeszcze jeszcze…

Energia

Początki tygodnia pomimo nadmiaru zadań skrywają w sobie obietnicę spokoju. Zwłaszcza dzisiaj kiedy księżyc migocze za zasłoną jak gwiazda północy. Jeszcze ciemno i nic prócz tabletu nie rozprasza ciemności. Wewnętrzny krytyk jeszcze chrapie więc gęste szare powietrze otula mnie jak ciepły koc. Tylko wiatr za oknem zagłusza silnik pierwszego samochodu przejeżdżającego wolno przez naszą ulicę. Śnieg nie stopniał. Zalega na dachach i chodnikach niezobowiązującą cienką warstwą. Można zaczynać dzień. Tylko jak przerywać tak błogą ciszę? Rytmiczne chrapanie obok mnie przywodzi na myśl sen zimowy potężnych grizli w wilgotnych ciemnych gawrach.

Dobry sen jak braciszek śmierci pozwala na odłączenie od świata doczesnych pragnień. Na falach dobrych częstotliwości otwiera nowe tunele jak drogi do innych lepszych miejsc. Jest wybawieniem lub wylęgarnią obaw w majaczących szponach odrętwiałego bezruchu. Zastygniętym biegiem przed siebie i bezgłośnym krzykiem na opuszczonych podwórkach. Czasem spotyka nas na mokradłach w szaleńczym biegu, w ucieczce przed beztwarzowymi złoczyńcami, którzy dopadają nas i rzucają o ściółkę w szaleńczej nienawiści niewiadomo za co. Jednak zdarzają się te świetliste momenty pełne intensywnych kolorów, kwiatów i ptaków skąpanych w ciepłym słońcu, które swoją intensywnością przypominają o lepszych światach. Są jak skuteczna terapia dla starganych nerwów. Ukojenie. Symulacja dobrych chwil dla naładowanych stresem umysłów. Tak bronią się nasze mózgi przed szaleństwem. Ale jak długo?

Mam w sobie zaczątki słów, które nie chcą wypłynąć za sprawą jakiejś niewidzialnej blokady. Może pisząc te słowa lepiej być w całkowitym odcięciu od chrapiących organizmów? Samotność pisania bardziej mi służy nawet gdy nieświadome istoty pogrążone są we śnie. Mimo wszystko obecność jest podkreślona za bardzo. Jak gość w autobusie, który świdruje wzrokiem twoje plecy. Ta energia jest namacalna. Ba! Nawet drażniąca. Materializuje się z każdym zakrętem kołującego transportu humanoidów. Zatem, czym właściwie jest ta energia?! I czy można ją zbagatelizować?

To nie czas na szukanie sensu

I znowu piątek. Tydzień z szybkością błyskawicy znalazł się w punkcie kulminacyjnym. Podświadomie wyzwala się dobra energia pomimo chuligańskich wybryków wiatru za oknem. Jest jakby optymistycznie. Pozostaje dokończyć sprawy biurowe i z lekkością baleriny wskoczyć w wir radosnego weekendu. Jeszcze tylko czarne widmo porządkowania zakurzonej tygodniem przestrzeni podstępnie nazywanej „dwupokojowej”, kiedy naprawdę z przedpokojem, łazienką i kuchnią, wyłączając balkon, mamy do czynienia z pięcioma powierzchniami do mycia, przecierania, zamiatania, przesuwania i układania. Ale kogo teraz obchodzą te rozliczenia. Lepiej zacząć wcześniej i mieć szybciej z głowy. Włączyć sobie myślenie strategiczne, a wyłączyć roszczeniowe i zacząć działać zanim obudzi się ta część mózgu, która zacznie mieć wątpliwości i znowu zacznie zastanawiać się dlaczego, po co i właściwie czy teraz to naprawdę ma sens?

To nie czas na szukanie sensu. Nie można słuchać tych wrogich podszeptów bo skończymy na sofie ze smartfonem w ręku scrollując zawartość ekranu na TikToku od Madsa Mikkelsena po Stromae. Zabierając sobie szansę na wykonywanie pozytywistycznej pracy u podstaw, pomnażającej bogactwo ogólnoradowe.

Teraz trzeba sobie raczej wizualizować i manifestować „Co bogaci ludzie robią przed śniadaniem?” Oczywiście nie później niż o piątej rano. Stworzyć plan głębokiej pracy. Wypowiedzieć intencję, że się ten bajzel na pewno ogarnie z przyzwoitym spokojem umysłu i bez pretensji do Wszechświata i mężczyzn. Włączyć teorie fizyczne Dragana rozszerzającą mechanikę klasyczną, potrzebną do poprawnego opisu mikroświata, tj. pojedynczych cząstek elementarnych i układów jak atomy czy jony by z właściwie dostrojoną energią przystąpić do działań konserwacji powierzchni za pomocą starego mopa, którego posklejanych frędzli po dziś dzień nikt nie wymienił na nowe. Ze świadomością, że sztuczna inteligencja nie przyjdzie nam z pomocą, ponieważ robot mopujący i myjący z funkcją mocowania Roborox czy Xiaomi nie zdoła zrobić nawet półobrotu na powierzchni tak małej jak cela osadzonego.

Oprócz głębokiej motywacji potrzebna będzie również guma do żucia, gorzka czekolada i dobry ebook na pocieszenie.