Archiwa tagu: #Kingfisherprzykawie

Rośliny ruderalne

Wyrastają ze szczelin chodników, z betonowych rozpadlin, krawężnikowych rozstępów. Z dachów niezamieszkałych domów. Z żwirowych pagórków pozostawionych na niedokończonych budowach. Murkach po których już nie chodzą dzieci. Mienią się błękitami cykorii na przydrożach i żółcieniami mniszków na starych parkingach. Zieloną gąbczastą materią mchów rozpychają spojenia kostek brukowych. Wszędzie są. Istnieją. Zamieszkują. Bytują. Żyją wbrew wszystkim prawom natury. Zasiedlają betonowe osiedla tlą się w zapomnianych ruderach i ruinach.

„Rośliny ruderalne”. Są z nami od zawsze. Przychodzą nieproszone i żyją w naszych miastach. Jak nieposkromione fale dzikiej namiętności. Nawet rozlewając z uporem maniaka VALDORy, FLEXy czy inne herbicydy na tory i boiska, nie powstrzymamy tej siły. Tego uporu. One zawsze zostaną. Zawsze odrosną. Zawsze się ujawnią w niespodziewany sposób w nieoczekiwanym styku dwóch płaszczyzn. Są silne i uparte. Niezwyciężone. Na przekór wszystkiemu będą żyć.

Rośliny ruderalne

Roślinność ruderalna to rośliny, które rosną na terenach opuszczonych lub zdegradowanych przez działalność człowieka, takich jak nieużytki, skraje dróg, tereny po pożarach itp. Gatunki ruderalne często są szybko rozwijającymi się roślinami, które łatwo kolonizują nowe środowiska. Przykłady gatunków ruderalnych to mniszek lekarski, komosa biała, szczaw polny czy nawłoć pospolita. Ich zdolność do rozmnażania się i szybkiego wzrostu sprawia, że są często spotykane w obszarach miejskich i przemysłowych.

Procesy bagienne

Nie lubię powrotów z bagien. Zwłaszcza tych niedzielnych. Świat wraca wtedy do niechcianej normy betonowego środowiska. Procesy bagienne zamieniają się na procesy pyłotwórcze, kurzoniosłe, a przy spadkach temperatury nawet smogotwórcze. Kiedy temperatura rozkręca się na dobre ty musisz jak na rozkaz pakować torby i wbrew swojej intuicji wracać tam gdzie nie chcesz. Do kurzu kwadratowych pomieszczeń. Do miasta złożonego z pyłu. Do pracy. Paradoksalnie skład atomowy kurzu jest podobny do organizmów żywych, to m. in.: tlen, węgiel, wodór, azot, wapń i fosfor jednak wygląd jasnej, kudłatej szarości zlegający w kątach i zagięciach lamp ma się nijak do tętniących zielenią i świeżością drzew, mchów, pnączy i grzybów mokrej materii. Pierwsze zabija, drugie rozbudza i nasyca zmysły.

Bagno

Bagna to obszary, wilgotne lub podmokłe, z dominacją roślinności trzcin, sitowia, mchów i torfowców. Procesy bagienne obejmują gromadzenie się organicznej materii roślinnej, która ulega częściowej dekompozycji w warunkach niskiego tlenu, co prowadzi do tworzenia się torfu. Te ekosystemy są ważne dla retencji wody, oczyszczania środowiska oraz stanowią siedlisko dla wielu gatunków zwierząt i roślin.

Bagna mają wpływ na produkcję deszczu poprzez procesy jak parowanie wody z powierzchni bagien oraz transpiracja roślinności. Ta wilgotność dostaje się do atmosfery, gdzie kondensuje się i może tworzyć chmury. Dodatkowo, bagna mogą być źródłem wody dla rzek i strumieni, które przyczyniają się do cyrkulacji wody i cyklu opadowego.

Miasta produkują hałas i tony śmieci. Chmury smogu i nieczystości. Miasta produkują depresję i samotność. Tworzą toksyczne materie. Miasta produkują zmartwienia i wykluczenie a jednak w nich tkwimy i do nich wracamy. Pojedyncze drzewa wyrastające z betonowych dziur przypominają nam o innym wymiarze. To musi wystarczyć na pięć dni. Zanim znowu uciekniemy w chlorofilowe przestrzenie wypełnione ptakami i sarnami. Do mokrego z próżnego…

Eksploracja bezgranicznej kreatywności

Najlepiej jednak rankiem. Tak, jeśli chodzi o pisanie najlepiej robić to rano. Wtedy moje myśli jakby lepiej się sklejają ze sobą i wypływają ze mnie zapełniając białe kwadraty w tablecie szybciej niż wieczorem.

Pisanie to żmudny proces i jeszcze nie do końca nie zbadany ale wiem już chociaż, że myśli przychodzą niezależnie od naszej woli. Jakby z innego bytu, który mówi do nas z najgłębszych pokładów osobowości. Czasem nawet krzyczy. Upomina się o uwagę i o całkowite uwolnienie. Natychmiast. Czasem szepcze i płacze. Czasem wyzwala złe emocje by po czasie skupić się na tych dobrych. Tak czy owak, żyje w tym nieokreślonym wnętrzu i materializuje się raz po raz wysyłając ponaglające komunikaty.

Czasem spowalnia, przystaje i cichnie. Nie odzywa się przez kilka dni, żeby po tej pustce wybuchnąć nagle płomieniami ognia piekielnego, w których można się tylko spalić, zatracić wpaść w cug. Lecieć na Flow bez poczucia czasu jak we śnie. Ten proces żyje własnym życiem i do końca nie ma co się z nim spierać. Trzeba raczej go obserwować i dopasować do siebie. Zaprzyjaźnić się z nim i stwarzać dogodną atmosferę. Zapraszać go na randki, rozpieszczać, całować a na koniec wyciskać go jak cytrynę.

Moje pomysły przychodzą nad ranem w nieprzytomnym otwarciu oczu. Kiedy ego jeszcze smacznie śpi. Gdy mam siłę i spokój piszę już od piątej. Wtedy myśli płyną nieprzerwanym strumieniem. Aktywne są te inne pokłady, których logiczny umysł jeszcze nie dogania. Fantazje wibrują w rytm swojej niezależnej energii, a ta z kolei wprowadza drgania w nieznane odmęty mojej jaźni. Wtedy rzeczy łączą się w pary, trójki, czwórki, setki z zupełnie nieoczywistych powodów by na koniec dać w miarę spójny i racjonalny zestaw narzędzi do kreowania narracji. Produkuje słowa, dawno zapomniane i kojarzy je w chmurach całkowicie nieintuicyjnych słów i nazw. To jakby wędrówka po nieznanym lesie, gęstym, pięknym i strasznym zarazem. Kolorowym i pachnącym. Niezwykłym i tajemniczy.

Kreatywność i olśnienia nie przychodzą tylko w kierowanych na cel zadaniach typu burze mózgu. Kreatywność przychodzi indywidualnie, niezależnie i w warunkach spokojnego wyciszenia. Oderwania od zajęć. W nieświadomej relaksacji. Na przerwie, pod prysznicem, w mieszaniu łyżką w zupie, w spojrzeniu przez okno na słupy wysokiego napięcia po lądowaniu szpaków. Tak, to się dzieje samo. Kiedy nie damy się zarżnąć do bólu pracą i zostawimy na to coś miejsce.

To musi być moment przełączenia. Odłączenia od planu. Wyjścia.

Nasz mózg przełącza się na fale alfa.

Automatyczne pisanie i kreatywność

Kreatywność to stan umysłu.

Po przeczytaniu kilku książek i artykułów o kreatywnym pisaniu i wpadłam w temat na dobre, zwłaszcza po książce pt. Pismo automatyczne Michaela Sandlera, którą polecam, wszystkim poszukiwaczom nowych poł,aczeń neuronalnych. Dobrą pozycją dla zabieganych jest również książka Dlaczego marzyciele uratują świat, czyli co nauka o mózgu mówi na temat kreatywności, Hilde Ostby.

Automatyczne pisanie czyli bezmyślne pisanie w lekko śniącym jeszcze relaksie przynosi mi najlepsze teksty, pomysły i niespodziewane rozwiązania. To dobra rozgrzewka przed dniem wymagającym wciąż nowych tematów. Choć metoda trąca szamaństwem i sceptycy mają z niej niezłą bekę jakby to powiedział P., u mnie się przyjęła i rozkręciła na dobre usuwając wcześniejsze blokady wciągnęła w proces twórczy, który cieszy, rośnie a nawet chwilami zadziwia.

Rozwija kręte rewiry, zwłaszcza te bez wcześniejszego dostępu. Jest formą medytacji, która codziennie lub z przerwami otwiera mnie na nowe, grupuje, motywuje, wzmacnia i ustala cele całej tej powiedzmy, działalności.

Alfa

Przełączanie się mózgu na fale alfa jest powiązane z relaksem i stanem odpoczynku, co może sprzyjać kreatywności poprzez zmniejszenie aktywności krytycznej kontroli myślenia. Badania sugerują, że ten stan umysłu może ułatwiać dostęp do nietypowych połączeń w mózgu, co prowadzi do nowatorskich pomysłów i olśnień. Jednakże, kreatywność jest złożonym procesem, który zależy od wielu czynników, więc inne fale mózgowe i czynniki psychologiczne także odgrywają istotną rolę.

Automatyczne pisanie i Manifest Pisarza André Bretona czyli Eksploracja bezgranicznej kreatywności

Automatyczne pisanie, znane również jako automatyzm literacki, jest praktyką polegającą na spontanicznym i nieświadomym zapisywaniu myśli, słów i obrazów. Jest to technika często stosowana w ramach eksperymentów artystycznych i literackich, której celem jest eksploracja głębszych warstw świadomości i wyzwalanie kreatywności bez ograniczeń. Jednym z pionierów tego podejścia był francuski pisarz André Breton, który w swoim Manifestie Surréalizmu (1924) zachęcał do wykorzystywania automatyzmu jako narzędzia do odkrywania autentycznej, nieświadomej twórczości.

Breton, współzałożyciel ruchu surrealistycznego, wierzył w potencjał nieświadomości i podświadomości jako źródła autentycznej ekspresji artystycznej. Jego manifest zachęcał pisarzy i artystów do eksploracji „stanu czystego psychicznego automatyzmu”, który umożliwiałby im wyzwolenie się od ograniczeń racjonalnego myślenia i kontroli. W ten sposób tworzyliby dzieła, które byłyby bardziej autentyczne i głębokie, przekraczając granice norm społecznych i estetycznych.

Praktyka automatycznego pisania polegała na spontanicznym zapisywaniu myśli, marzeń, obrazów czy dialogów bez zastanowienia się nad ich logiczną poprawnością czy sensownością. Pisarze, często w stanie transu lub relaksu, pozwalali, by słowa płynęły swobodnie, odsłaniając nieświadome myśli i emocje. Efektem tego procesu było często dzieło zaskakujące, niekonwencjonalne i pełne niespodziewanych skojarzeń.

Wpływ praktyki automatycznego pisania na twórczość literacką był znaczący, zarówno w ramach ruchu surrealistycznego, jak i poza nim. Pisarze eksperymentowali z tą techniką, aby przełamać konwencje literackie i odkryć nowe sposoby wyrażania siebie. Dla niektórych było to narzędzie wyzwalające blokady twórcze, pozwalające na swobodniejsze i autentyczne wyrażanie myśli.

Jednak praktyka automatycznego pisania nie była pozbawiona kontrowersji. Niektórzy krytycy zarzucali, że prowadzi ona do chaotycznego i bezładnego tworzenia, pozbawionego struktury i sensu. Ponadto, istnieją wątpliwości co do autentyczności i wartości artystycznej tekstów wytworzonych w ten sposób, gdyż mogą one być postrzegane jako jedynie przypadkowe zapisy myśli, niezwiązane z prawdziwą kreatywnością.

Mimo tych kontrowersji praktyka automatycznego pisania pozostaje fascynującym eksperymentem artystycznym, który kontynuuje inspirację dla wielu twórców. Manifest André Bretona nadal stanowi istotny punkt odniesienia dla tych, którzy dążą do eksploracji granic kreatywności i odkrywania nowych sposobów wyrażania siebie poprzez literaturę i sztukę. Jego zaproszenie do odkrywania nieświadomego i swobodnego tworzenia nadal inspiruje do działań w duchu surrealistycznej rewolucji umysłu.

Trzeba widzieć

Po weekendzie niespiesznie. Słońce na twarzy namalowało brązowo czerwone plamy. Jest ciepło i przyjaźnie. Wszyscy jeszcze śpią. Część szczęściarzy ma wolne. Ci z mniejszym ładunkiem szczęśliwości wracają do swoich poniedziałkowych zajęć.

Wczoraj wróciliśmy z bagien do miasta. Całkiem spokojnie zmieniliśmy strefę komfortu na bezmiar obowiązków i niekończącej się krzątaniny. Rozpakowanie, pranie, obiad, kolacja, prasowanie… film.

Majowy początek, majowy koniec. Przeleci jak Izaura. Zniknie w wiosennym słońcu, pod powiekami. W locie, w natłoku zdarzeń. W codzienności niczego. W przesunięciach, w rozkładach, w dogodnych terminach, wizytach, zakupach, rachunkach, pracach, kolejkach. Zamieni się w nicość. Niezauważalność. Minie bezpowrotnie gdy liście zmienią kolor na ciemnozielony.

Trzeba chwytać się każdej chwili. Zatrzymać to co się da w głowie. Cząsteczki, minuty, sekundy. Odbicie światła w lustrze stawu; rosy na trawie; żaby na brzegu; jaszczurki na tarasie, żmije na asfalcie, kaczki z młodymi; konwalie, kaczeńce i niezapominajki w leśnej świeżości zapachów.

Wełniane kulki raniuszków na gałęziach iglaków. Rude ogony kopciuszków i poranny świergot kosów aż do późnych godzin wieczornych a nawet nocnych. Kolorowe pióra szczygłów na trawniku przed blokiem i taniec miłosny kruków nad kreską pól.

Majestatyczny przelot żurawi w niekończącej się przestrzeni sino białych chmur.

Trzeba widzieć i rejestrować postępujące po sobie klatki. Zmienność pór kwitnienia i dorastania ptaków. Latem wszystko wyhamuje. Latem stanie się już stałe. Bez nagłych wybuchów zieleni i purpury. Latem to wszystko się uspokoi i przysiądzie zmęczone przy brzegu obfitości.

Wstaję zielono soczyście

Wstaję wcześnie. Jest słonecznie. Zielono. Soczyście. Niedziela. Chce się żyć. Jak dotąd bez zmian. Jest dość łagodnie. Sny wytrwale przetaczają się przez głowę. Wypływa z nich nadmiar emocji i zamieniają się w ulgę i ulgę dają. Taki ich cel. To nasze antidotum to nasze lekarstwo. W taki sposób znajduje ujście gniew instrach a nawet złość, której tak się wstydzimy. Wstyd chowany do najgłębszej szafy również.

Emocje rządzą wszystkim. Naszym ciałem i światem. Nie dostrzegamy ich potęgi oraz faktu że jesteśmy ich niewolnikami. Tyle się o nich pisze a my dalej nie mamy świadomości ich sprawczości. Dalej uważamy, że należymy tylko do siebie. To takie smutne i naiwne. Przecież zawsze należymy do kogoś więc może lepiej…

Jestem niewolnicą tych zjawisk, tej magii bezwiedne, która toczy mnie od środka. Jestem wojownikiem cudzych wojen i myślicielem innych epok. Nie zataczam kręgów w ich kulturze. Szukam swoich w innych formatach i figurach ale na koniec i tak wracam do małego wylotu na końcu bryły, prześwitu jak dziura w skarpecie z którego mając szczyptę nadziei można uciec, wycisnąć się w inne przyjaźniejsze wymiary. Dokąd pędzę nie wiem, po co się ścieram z dniem nie wiem, po co mnie powołano do scenariusza tych zdarzeń, nie wiem. Po co piszę, nie wiem po co rejestruję na kwadratowych transzach chwile, które zatrzymują się w taśmie życia, nie wiem.

Prowadzą mnie siły, o których nic nie wiem. Dają nadzieję i narzędzia w niespodziewanych momentach.

Nie wiem kiedy się zdarzy następne olśnienie ale fakt że są daje nieprzerwaną radość. Może iskry przychodzą z zaświatów, a może tak po prostu z nas samych. To budujące być wodą. Zbierać, dokarmiać i docierać w najwęższe zakamarki. Leżeć pisać a później wychodzić do ptaków w najdziksze zakątki mojego miasta. Cieszyć się słońcem. Przyjmować fale optymizmu w niedzielne poranki. To dobre życie zwarzywszy na śmierć pod granicą i wszystkich tych, którzy od rana czują tylko lęk w rozwalonej rzeczywistości. Kto nas dzieli na te światy. Kto wybiera wybrańców. Kto rozdziela ciszę i bogactwo spokoju. Kto?

Tylko wdzięczność nas wyzwoli

Ósma wybiła jednostajnym denerwującym rytmem dzwonów kościelnych. Dzień raczej słoneczny ale gdy otwierałam okno na szybach pojawia się zimna para. Dzisiaj temperatura ma już rosnąć, tak obiecywali w telewizji ale czy ich prognozy się sprawdzą tego nie wiedzą nawet najstarsi górale. Na razie, jak widać jest zimno. Chociaż przestały nasilać się bóle głowy. Coś się zmienia. Ciśnienie rośnie Będzie dobrze.

Poranek znów pełen przepychanek i niedokończonych kłótni zaburzył nasz rytm serca. Ciągły brak bułek i mleka zaburza sielankę rodzinną a notoryczne spóźnienia świdrują w żołądkach nowe kratery. Stres objawia się krzykiem i pretensją. Wcześniejsze wstawanie znowu zakończyło się porażką. Czas nie chce spokojnie płynąć bez przyspieszeń. Czasu nie da się ujarzmić. Czas się nie poddaje żadnym kompromisom. Leci na złamanie karku a my razem z nim. Do dupy z tym wszystkim. Nie nadążam. Gdy w jeden dzień wykonam 100 procent planu na drugi nie mam już energii żeby zrobić połowę zadań. Nie umiem pogodzić się z nieliniową wydajnością, skokami rytmów, z nieprzewidywalnością natężenia sił w danym czasookresie.

Rzeczywistość jest rwana i popychana, nigdy płynna i spokojna. Energia wypala się po dwóch dniach i potrzeba trzech żeby ją odbudować i tak w kółko do znudzenia. Dobrze, że już czwartek. Czwartek jest dobry pochyla się nad tobą szepcząc spokojnym głosem, że zbliża się koniec, że nadchodzi dobra zmiana i nadzieja odpoczynku. Czwartek to mała obietnica cudu jak to śpiewała Kaśka Nosowska. Jednak tutaj w moim m2 cuda rzadko się zdarzają. Jednak czasem nieoczekiwanie nawiedzają mnie dobre sny i świadomość jak ciężko jest innym, co jest niemoralnym acz skutecznym pocieszeniem w tej wstydliwej biedzie umysłowej. Wszyscy mają gorzej! A ty znów narzekasz! Nawet Amerykanie muszą chodzić do trzeciej pracy po dwóch pierwszych, żeby starczyło im na chleb! Na chleb! Jezu. Jakie to podle. Trzy, kiedy ty masz tylko jedną niecałą. Jak ta gospodarka wytrzyma to zmęczenie materiału. Jak to dobrze, że mieszkam tutaj.

Tutaj mam czas ponarzekać. Tam, nie miałabym siły nawet mówić przy moim ciągłym przebodźcowaniu, a co dopiero pisać swoje dyrdymały. Jakie to szczęście, że jestem po właściwej stronie muszę jedynie bardziej rozwinąć mięsień wdzięczności.

Tylko wdzięczność pomaga na przewlekłą chorobę zwaną potocznie narzekaniem, czarnowidztwem, czy ogólnie mentalnym gównem zatruwającym nasze umysły jak natręctwa. Tylko wdzięczność nas wyzwoli. Tylko we wdzięczności znajdziemy otuchę i pocieszanie. Tylko dzięki wdzięczności wyjdziemy z depresji i z dołka wyuczonej bezradności. Amerykańscy naukowcy już dawno ten temat przebadali opisali i zastosowali w praktyce odpowiednimi narzędziami psychologicznymi, stwierdzając jednogłośnie, że działa!

A tutaj wciąż wychodzą z kątów wątpliwości. W naszym kościele tego się tak nie uprawia. Nazwa jest jakby staroświecka i kojarzy się z oazą a nie poszerzaniem świadomości, na której pokazy trzeba było chodzić do sali gimnastycznej w trakcie lekcji i przysłuchiwać się zwierzeniom jasnej młodzieży, która jako jedyna na tym łez padole miała jakiś wyznaczony cel, plan, obraz rzeczy a nie tylko papieros za murkiem między Mickiewiczem a budową wnętrza kwiatu. I nawet w swoich historiach dziękowała za błogosławieństwa tylko Bogu. Bo tylko ON mógł takie cuda przeprowadzać. Nikt inny. Toteż sprawczość nad wdzięcznością od adolescencji była nam odebrana więc skąd mieliśmy czerpać wiedzę na jej temat. O tym już nie mówili, śpiewali.

Dzisiaj mogę być wdzięczna sąsiadom, że nie krzyczą na siebie od rana. Sąsiadce z góry, że nie donosi na sąsiadkę z dziećmi po swoim synu nieboszczyku do opieki społecznej ponieważ ta już się wyprowadziła lub jeszcze wyprowadza. Jestem wdzięczna, że oboje mamy pracę i mogę sobie zafundować e-booki w każdej chwili spadku nastroju nie patrząc na koszty.

Jestem wdzięczna, że mieszkam w Polsce a nie w stanach, jestem wdzięczna, że dzieci dzisiaj są zdrowe a mąż nie wściekał się długo dzisiejszym niesprzyjającym porankiem i poszedł po bułki i brakujące mleko i inne produkty. Jestem wdzięczna, że życie pozwoliło mi teraz przebywać w pozycji leżącej i pykać sobie w tablet zamiast obciążać kręgosłup w supermarkecie na kasie. Jestem wdzięczna, że moja praca nie wiąże się z przymusowymi podróżami na koniec miasta lub nie daj Boże innego miasta w korkach, smogu i frustracji zastoisk na drodze. Jestem wdzięczna za pełną rodzinę, która nie rozwaliła mi się po wyczerpaniu moich środków materialnych jak to wcześniej bywało. Jestem wdzięczna, że pozbyłam się zabieraczy czasu i zatruwaczy dupy a znajomości ograniczyłam tylko do tych wartościowych czyli prawie żadnych i niezobowiązujących. Ta zmiana przywróciła mi oddech i moje życie oraz mój osobisty wellbeing „na bagnach”, a nie grille z nudziarzami z tanimi kiełbaskami.

Jestem wdzięczna, za świadomość, że rodzina, starszyzna nie zawsze ci kibicuje i w wypadku życiowych wyborów stawia na zupełnie kogoś nieoczywistego. Tutaj reguła krew z krwi nie obowiązuje. Może dlatego że hektolitry innej krwi przemierzały korytarze moich żył zanim zdałam sobie sprawę z tej inności, nieprzysiadalności i nieukładalności minęło sporo czasu. Jestem wdzięczna za światło za oknem i wiosnę. Za pełny żołądek, ponieważ niedawno odsłuchiwałam Stachurę, gdzie w swoich opowiadaniach przywoływał ciągły niedosyt i burczenie w brzuchu przed snem w nieokreślonych zimnych, głodnych miejscach, szopach, domach i miastach. Zawsze niedojedzony, zawsze zmarznięty, zawsze zmęczony. Ze spojrzeniem, które patrzy w dół z mostu z papierosem w dłoni opartym o poręcz. Patrzy, a nie widzi wzrokiem niewidzącym, patrzy a nie czuje chociaż poczuć powinien. Ma się takie spojrzenie, kiedy świat się wywala i nie ma już powrotu do tego co było. Gdy wiesz, że już nie wrócisz. To jak podróż chodnikiem po nowym mieście. Jak po rozwodzie. Jak po przyjaciółce która zdradziła, jak po rodzinie która cię wypluła, jak po pandemii, która cię nie wzmocniła, jak po luce, fudze, wyrwie dzieciństwa nie zapełnionej żadnymi wspomnieniami kartce. Jak po psie, który wiernie ci służył przez 17 lat za nic, nie biorąc nic w zamian. A teraz płytko spoczywa pod ściółką, grzybnią w lesie pod wielkim dębem na skraju miasta płytko, bo ziemia była zamarznięta w lutym.

Jestem wdzięczna za pokój na górze, za mądrość książek, za podświadomość produkująca prawdę poza moim ego i za niebieskie sny i te kolorowe o kwiatach, roślinach i podróżach. Jestem wdzięczna za doświadczenia, które paradoksalnie i za pomocą przewrotności świata przekułam w siłę. Za pierwszy i drugi i trzeci komputer od męża oraz a właściwie przede wszystkim za aparat fotograficzny z zoomem, narzędzia które inspirują mnie do tworzenia tego, na co kiedyś nie starczyło mi odwagi. Za tajemnice świata, które pokazują się niespodziewanie, wypływają przez pozatykane dziury umysłu w postaci błysków, olśnień, wzniesień materializując się w niespożytej kreatywności, o którą nigdy bym siebie nie posądzała zwłaszcza w wieku przed katafalkowym. Jestem wdzięczna za brak nienawiści za wykluczenie moich synów i siebie ale nie do końca. Jestem wdzięczna za wdzięczność, której się uczę. Ty też bądź.

Wdzięczność to uczucie docenienia i uznania za dobrodziejstwa, jakie otrzymujemy od życia, innych ludzi, czy nawet od siebie samego. Jest to gotowość do dostrzeżenia i cieszenia się drobnymi przyjemnościami, jak i głębszymi aspektami naszego istnienia. Istota wdzięczności leży w akceptacji tego, co mamy i doświadczamy, bez względu na to, czy są to rzeczy wielkie czy małe. ~ ChatGPT

Klejnot nudnej przestrzeni

Wczoraj siedział na drzewie wpatrzony w taflę wody. Turkusowy bożek dumny i skuteczny. Jak brzytwa błyskawicznie przecinający wodę. Klejnot nudnej przestrzeni. Niewytłumaczalne skupienie intensywnych kolorów na złość szarzyźnie.

Mróz trzyma trzeci dzień. Na latarniach zastygły szpiczaste sople przypominające woalki na twarzach dumnych kobiet. Zima tym razem zaskoczyła nie tylko drogowców. Nas czyli maszyny kroczące zaskoczyła najbardziej. To my odczuwamy opór pod stopami odzianymi w solidne buty. To nam śnieg włazi pod nogawki spodni kłując swoim zimnem w kostki. To my jesteśmy bezradni w obliczu marznących palców w za cienkich rękawiczkach. To nam się przytrafiają czerwone policzki i łzy cieknące z przesuszonych mrozem śluzówek. To nasze zmysły wystawione są na chłostę arktycznego wiatru a nie wasze zamknięte w blaszanych pudełkach i szybkami z muzyką radia es czy zet.

Podstawowa wibracja umysłu

Nie umiem odpoczywać. Nikt mi nigdy nie wyjaśnił czym jest owa dziwna czynność-bezczynność. Nikt nie nazwał tego stanu kiedy możesz sobie pozwolić na pauzę. Na lukę pomiędzy zadaniami, wytchnieniem, patrzeniem bez celu w okno.

Przerwy dla mnie nie istniały. Praca zaczynała się rano i kończyła późnym popołudniem ale to w czasach kiedy na świecie nie było jeszcze dzieci. W rzeczywistości po ich pojawieniu się wszelkie prace kończą się wraz z nadejściem snu. Wciąż uczę się robić przerwy na spokojny posiłek, podkast a nawet rozciąganie. Niestety szybko orientuję się, że znowu myślę jak dokończyć odłożone zadanie. Mój mózg nie potrafi się resetować, chce wciąż działać na najwyższych obrotach to głupie bo cel jest niewymierny, nieadekwatny do włożonej ilości pracy. Powinnam olać 1/3 tych czynności a jednak tego nie robię. Mój wewnętrzny pracownik chce wykonywać 200% normy zamęczając moje ciało do granic możliwości. Mam w sobie kata.

Żeby nie czuć się jak zwłoki podejmuję walkę. Skracam czas pracy skoro przerwy mi nie wychodzą próbuję finiszować wcześniej. Weekendy robię sobie wolne, odcinam się od komputera i pisania; telewizji i słabych seriali. Idę w plener. Do lasu. Za miasto do czegoś dzikiego, innego, cichego. Gdzie wyłącza się mózg lub chociaż przełącza na niższe obroty bez udziału świadomości. Spacer wymusza rytm i oddychanie a świeże powietrze usypia wewnętrznego krytyka. Prostuje myśli i przytula dźwiękami ptaków. Mózg odbiera fale, które sprzyjają odpływom i fiksacjom. To są fale odpoczynku.

Mózg odpoczywa głównie w trzech zakresach fal mózgowych: falach delta (0,5-4 Hz), falach theta (4-8 Hz) oraz falach alfa (8-12 Hz). Te różne zakresy fal mózgowych odpowiadają różnym stanom psychicznym, ale ogólnie są związane z relaksem, medytacją i snem.

Odpoczynek a fale mózgowe: Znaczenie harmonii

Odpoczynek jest kluczowym elementem utrzymania zdrowia psychicznego i fizycznego. W utkanym z pracy, zabieganym świecie, gdzie tempo życia często jest nieustanne, znajduje się coraz mniej czasu na prawdziwy odpoczynek. Jednak zrozumienie roli fal mózgowych w procesie odpoczynku może pomóc nam bardziej świadomie zarządzać naszymi praktykami relaksacyjnymi.

Fale Mózgowe: Podstawowa wibracja umysłu

Nasze mózgi generują różne rodzaje fal elektrycznych, które można podzielić na kilka zakresów częstotliwościowych. Każdy z tych zakresów ma swoje unikalne właściwości i jest związany z określonymi stanami psychicznymi. W kontekście odpoczynku, trzy kluczowe zakresy fal mózgowych są szczególnie istotne:

  1. Fale Delta (0,5-4 Hz): To najwolniejsze fale mózgowe, związane głównie z głębokim snem, regeneracją organizmu i odpoczynkiem fizycznym. W trakcie snu fale delta pomagają w procesie naprawy tkanek, wzmacniają układ odpornościowy i odnowę energetyczną.
  2. Fale Theta (4-8 Hz): Fale te występują podczas lekkiego snu, głębokiej medytacji, kreatywności oraz stanów relaksu. Są związane z procesami twórczymi, wyobraźnią oraz dostępem do podświadomości. W tym stanie umysł jest otwarty na nowe pomysły i inspiracje.
  3. Fale Alfa (8-12 Hz): To fale obecne podczas stanów relaksu, lekkiego snu oraz medytacji. Są one związane z wewnętrznym spokojem, koncentracją oraz stanem zanurzenia. Fale alfa mogą pomóc w redukcji stresu, poprawie koncentracji i zwiększeniu kreatywności.

Odpoczynek i harmonia fal

Istotą prawdziwego odpoczynku jest osiągnięcie harmonii pomiędzy różnymi rodzajami fal mózgowych. Chociaż każdy z tych stanów ma swoje własne korzyści, to ich synergia jest kluczowa dla całkowitego odprężenia i regeneracji.

Praktyki takie jak medytacja, głęboki oddech, joga i terapia dźwiękiem mogą pomóc w stymulowaniu odpowiednich fal mózgowych, aby osiągnąć pożądane stany relaksu i spokoju. Regularna praktyka tych technik może prowadzić do zwiększonego poczucia równowagi, lepszego snu i ogólnej poprawy zdrowia psychicznego.

Dać sobie szansę, nauczyć się siebie… i znowu sny

Kupiłam mech a może to porost. Nie jednak mech. Sama nie wiem. Taki stroik na święta w żółtej osłonce z wbitym na kijku różowym zajączkiem z białym ogonkiem. Żółtą doniczkę od razu wymieniłam na białą kamionkę – pozostałość po innym stroiku.

Przy piątkowym sprzątaniu wyciągnęłam wykałaczkowatego zajączka z ziemi i ze zdziwieniem zauważyłam, ze roślina żyje. Chociaż żyje to mało powiedziane. Zazieleniała, rozrosła się i wdzięcznie wznosi się ku górze. Alive, Alive! Z naganą dla swojego wcześniejszego zachowania czyli braku opieki i wyrzutami podarowałam jej porcję wody i pochwaliłam, jej wygląd. Rzadko coś rośnie na tym stole, w tym ciemnym pomieszczeniu przesyconym pospiesznymi słowami i emocjami i w ogóle tym mieszkaniu. A tu proszę coś żyje. Coś zupełnie wyparte, zapomniane. Coś czemu nie poświęciło się ani cząstki nadziei na udaną przyszłość, ani grama uwagi. Wszystkie wcześniejsze zielone nadzieje oprócz kaktusów skończyły swój żywot na śmietniku zaraz po świętach a ten proszę. Przeżył i ma się dobrze. Moja niewiara zmaterializowała się cudem. Odwdzięczyła darem natury.

Zwykle słabo wierzę. Wierzę w pracę w jej ciężar i świadomy efekt finalny. Chociaż przesadnego ciężaru się oduczam bo nie raz przemęczenie zaowocowało smutkiem, wypaleniem i depresją. Uczę się zatem robić przerwy, mniej myśleć, nie przejmować się i nie kończąc natychmiast rzeczy, które nie potrzebują teraz tyle uwagi. Walczę z natręctwami całkowicie ukończonego planu, odhaczania wszystkiego co znajduje się na liście dnia. Uczę się zapominać, ponieważ później choruję. Moja głowa nie pozwala mi odpocząć więc uczę się ją oszukiwać. Nie jest to proste ale czasem się udaje. Nowe nawyki wymuszają zmianę. Dwa spacery i przerwy w publikowaniu oraz dłuższy sen skłaniają do nowego lżejszego dnia. Prezenty dla wewnętrznego dziecka w postaci e-booków nie tylko o mózgu, psychologi i autyzmie ale te przyjemniejsze; powieści, opowiadania, reportaże wprowadzają mnie na nowy etap relacji ze światem. Literatura odrywa mnie od kołowrotka prac. Odrywa jej dobre słowo. Wymusza przerwę na życie. To dobry czas na siebie w tym pędzie. Uzupełnia leksykon słów. Wymusza różnorodność, wielokierunkowość co napełnia mnie spokojem otwierając worek z kreatywnością. Dzięki temu staję się poszukiwaczką i kolekcjonerką nowych słów i wciąż rośnie mi apetyt na więcej i więcej.

Słowa są ważne

Słowa są ważne. Można je odkrywać i podziwiać. Można się nimi bawić, lepić jeśli znajdzie się te właściwe na określenie aktualnych uczuć lub widocznych przedmiotów i zjawisk. Można się wściekać jeśli nie znajduje się takowych. Można zupełnie powierzyć się podświadomości i niech ona podpowiada nam co dalej. Niech daje nam na tacy wyszukane frazy jak obrazy ze snów, które podpowiadała również Salvadorowi Daliemu i jemu podobnym. Niech wysypie z rękawa całą resztę niewiedzy, która tkwi jak pestka i przekuje się w coś logicznego, ważnego, niespodziewanego. W zrozumiałą całość rzeczy, których nigdy w życiu nie wymyślilibyśmy świadomie. Sięgać do pudła nieświadomości jest tożsame z godzeniem się ze swoimi przeczuciami, godzenie się z instynktami, których się boimy i wypieramy je żeby nie wyjść na głupców i nawiedzonych wróżbitów.

Gdy będziemy szukać prawd objawionych tylko u gadających głów nie słuchając swojej intuicji nie wyrwiemy się z toksycznej masy bzdur i nie poczujemy swojej autentyczności. Zawsze będziemy tym kimś ale nigdy sobą. Zawsze ten ktoś będzie wyznaczał bieguny. Ale to nigdy nie będą nasze kierunki. To nie zmieni naszego samopoczucia. Zatem trzeba trochę pogrzebać w sobie. Pochylić się nad snami i nastrojami. Nauczyć się siebie od nowa. Dać sobie szansę jak roślinie, w której życie nigdy nie wierzyliśmy.

Zacznij od snów czyli emocji

Nauczenie się samego siebie to długi i fascynujący proces samopoznania. Możesz zacząć od refleksji nad swoimi wartościami, celami, mocnymi stronami i obszarami do rozwoju. Psychologia oferuje wiele narzędzi i technik, takich jak mindfulness, introspekcja i terapia, które mogą pomóc ci lepiej zrozumieć siebie. Czy jest jakaś konkretna dziedzina psychologii, która cię interesuje? Poszukaj. Może terapia snów?

Sny są fascynującym obszarem badań psychologicznych i zrozumienia ludzkiego umysłu. W psychologii sny są często badane jako sposób na lepsze zrozumienie procesów myślenia, przetwarzania emocji oraz nierozwiązanych konfliktów w naszym życiu. Interpretacja snów może być użyteczna jako narzędzie do introspekcji i samopoznania, choć różnią się opinie na temat dokładności i wartości takich interpretacji. W każdym razie, świadome badanie swoich snów może być ciekawym sposobem na głębsze zrozumienie siebie.

Sny i twórczość

Twoje sny mogą mieć znaczący wpływ na Twoją twórczość. Często sny są źródłem inspiracji dla pisarzy, artystów i twórców wszelkiego rodzaju. Możesz wykorzystać swoje sny jako materiał do tworzenia opowieści, wierszy, obrazów lub innych form wyrazu artystycznego. Analiza swoich snów może również pomóc Ci lepiej zrozumieć swoje głębsze emocje, pragnienia i obawy, co może prowadzić do bardziej autentycznej i głębokiej twórczości. Jakie sny utkwiły Ci najbardziej w pamięci? Czy próbujesz wykorzystać je w swojej twórczości? A może w życiu?

Istnieje wielu twórców, którzy czerpali inspirację ze swoich snów i używali ich jako materiału do swojej twórczości. Oto kilku z nich:

1. Salvador Dalí – Słynny malarz surrealistyczny często korzystał ze swoich snów jako inspiracji do swoich prac. Jego obrazy, takie jak „Persistencja pamięci”, są często oparte na surrealistycznych wizjach, które miał podczas snu.

2. Friedrich Nietzsche – Filozof i pisarz znany jest z wykorzystywania swoich snów do rozwijania swoich koncepcji filozoficznych. W swojej książce „Ecce Homo” opisał nawet, jak pewne pomysły przyszedł mu do głowy podczas snu.

3. Stephen King – Sławny autor horrorów często mówił o tym, jak jego koszmary snów stały się inspiracją dla niektórych z jego najbardziej znanych powieści, takich jak „Lśnienie” czy „Misery”.

4. William Blake – Poeta i malarz romantyczny często opisywał w swoich dziennikach i listach swoje sny oraz wizje, które później przekładał na swoje dzieła artystyczne.

Opisani twórcy to tylko kilka przykładów osób, które wykorzystywały swoje sny jako źródło inspiracji w swojej twórczości.