Niewyglądając przez okno czuję, że jest zimno. Szaro i jesień. Słońce nie spieszy się do wzejścia a może nie chce. Spokój. Nic się nie dzieje.
Szara gęsta mgła jakby wnikała przez szyby do wewnątrz mojego pomieszczenia przepełniając go wilgocią i zapachem mokrych liści. Pora blado szarości rozgościła się na dobre. Zapanował bezwład niewystawiania. Niezgłaszania ciała na umówioną godzinę. Nienadążania za umysłem. Buntowanie się kończyn do wykonywania rozkazów odgórnego centrum. Zaniechanie mięśni i ignorancja stawów do stawiania się do pionu. Nikt się dzisiaj do niczego nie zmusi. Dzisiaj odpoczywamy. Pozwalamy sobie na ten stan. Nasze miejsce jeż w łóżku choć godzina już wstydliwa. Ósma niezrobiona, ósma leniwa, ósma bezładna. O ósmej nic się nie zdarzy.
Pokoje rozpływają się w nicości zdarzeń. Żadna siła nie porusza krzesłami i talerzami. Niewłączony ekspres do kawy nie wpada w konwulsje. Ogień nad palnikiem nie powstaje od kręcenia metalowym kurkiem z czarną obwódką, z którego jak jad pulsacyjne strzela iskra.Nikt nie stawia na nim garnuszka z czarnymi uchwytami. Lewym nieznacznie zdeformowanym od niesfornego płomienia. Nikt nie wrzuci do niego jajek ani nie doda soli do gotującej wody. Mleko również nie zaznaczy swojej obecności białą plamą na czarnym blacie kuchenki. Nic się nie wydarzy zanim ciało nie zacznie swojej podróży. Teraz będzie tylko cicho. Na drugim piętrze nikt dzisiaj nie walczy z grawitacją. W tym dniu brakujące części rzeczy nie będą znalezione ani dołączone do swoich matek rzeczy. Nic istotnego nie powstanie. Ani się nie złoży, nie ułoży w oczekiwaną całość. Cząsteczki szarego gęstego powietrza nie będą wprawione w ruch, rozproszone westchnieniami i prawa fizyki też nie podziałają. Zostaną wyłączone. Oprócz grawitacji. Bez niej, przecież to by się bezładowi nie udało.