Archiwa kategorii: Kingfisher przy kawie

Dobry

Dobrze, że już piątek i że wcześnie. Przede mną jeszcze wiele ale wczesność pokrzepia, daje nadzieję, że moja czek lista będzie odhaczona na czas. Uwieńczona obiadem a później kolacją i filmem. Najlepiej tym z Ethanem Hawkiem i Julią Roberts, wskakuje ponoć dzisiaj. No chyba, że innym zaskakującym nieobecnym w planach. Tylko te porządki. Ile bym dała, żeby ktoś zarobił to za mnie. Jakaś sztuczna inteligencja najlepiej, tak żeby nie mieć wyrzutów za to i owo na szafkach i pod nimi.

Za oknem biała mgła i resztki śniegu. Paruje cisza. Dźwięk łamanego lodu pod kołami wolno przejeżdżających samochodów. Odgłosy kroków na schodach szybkich i zbiegających oraz długich, ciężkich prawie słoniowych. I znów cisza. Nie rozpoznaję już wszystkich sąsiadów. Tyle się zmieniło od kiedy sześcioro przeniosło się na tamten świat za sprawą bezwzględnego wirusa na C. Wbrew teoriom spiskowym, że Pan C jest wytworem złośliwych koncernów farmaceutycznych. Nie pomogła również wiara w święconą wodę, która uzdrowi wszystkich uczestniczących w spotkaniach niedzielnych.

Cisza.

Nic się nie dzieje. Trzymam ten stan. Tylko tablet i ja w małej ciemnej przestrzeni pokoju typu cela z widokiem na blokowisko i karykaturę krzyża na trójkątnej betonowej bryle kościoła. Jak tu brzydko i ciasno. Jedynie łóżko służące do spania i pracy jest już wygodne bo dołożyliśmy drugi materac i nasze kręgosłupy poczuły wreszcie ulgę. Czytałam, że łóżko nie powinno być miejscem pracy, ponieważ wtedy kumuluje się na nim inna energia, ta niepozwalającą spokojnie spać. Może to i prawda. Energia rządzi się swoimi prawami. Jednak biurko kojarzy mi się z obciążeniem, bólem i sztywnym siedzeniem od którego już odwykłam. Nie umiem już siedzieć przy nim spokojnie, godzinami jak kiedyś. Kupiłam sobie regulowany stolik pod laptop, który od roku spełnia wszystkie moje zachcianki jednak całe to ustrojstwo nie wygra z tabletem, najlepszą rzeczą na ziemi. Można leżeć i pisać! To jest dopiero rewolucja! Kręgosłup odpoczywa kiedy mózg się przegrzewa. Bądź zmianą, której pragniesz!

Dobra energia spływa na nas spokojem po całym dniu pracy bez względu od miejsca. Jeśli nic nowego, trudnego się nie wydarzy zasypiamy nad przysłowiową zupą. Jesteśmy spokojni gdy wszystkie dziury są połatane, zwłaszcza te finansowe a źródełko nie wysycha ale płynie miarowym strumieniem dając orzeźwienie spragnionym umysłom wzmagając poczucie bezpieczeństwa bez którego trudno tworzyć nowe rzeczy. A co dopiero patrzeć w przyszłość. Dobre wyrabia się w systematycznym przetwarzaniu nowych danych, w trudzie, w pracy na swój koszt bez wciągania innych. Tylko to gwarantuje spokojny sen… Dobrą energię. I dobry poranek…

Uwolnić się od idiotów

Ciemno. Ranki są coraz ciemniejsze. Cichsze. Mróz i śnieg na dworze daje wrażenie, że pokój jest najcieplejszym miejscem na ziemi. Dzisiaj nie wychodzę. Moje ciało nie zniesie tego drażniącego zimna, zimnych wdechów i przerażającego smogu miasta. Dopiero na obrzeżach łąk i działek gdzie teren wznosi się wysoko ponad skrzyżowania powietrze jest wolne od smrodu. Ale żeby tam dojść trzeba mieć siłę i determinację uparciucha lub maniaka zwłaszcza, że w nieodśnieżonych miejscach śnieg sięga do kolan. Oto zima w całej okazałości dla złośliwych języków powątpiewających w ocieplenie klimatu. A jakie tam ocieplenie, panie. Bzdury wymyślają. Tematy zastępcze. Mróz cały tydzień a oni w kółko o ociepleniu…

Od wczoraj mój organizm jakby zaczął się buntować. Nie przestawił się na minusowe temperatury. Jakbym była w obcej skórze kogoś z nieustającymi ciarkami na ramionach i rękach. Z palącą powłoką na szyi plecach i przestrzeniach między stawami. Coś jakby wirus, który nie może do końca się uaktywnić. Coś go spycha do wewnątrz w nieustającej walce. Niby nic a jednak czuję dyskomfort przy każdym dotyku. Jakby nadwrażliwość tkanek miękkich przypominających o sobie w różnych natężeniach. Coś nie może wydobyć się na powierzchnię ale czuje, że musi to zrobić bo inaczej pęknie z żalu. Gorący prysznic nie pomaga. Ale wyrównuje temperaturę. Będzie dobrze. Trochę spokoju i przejdzie.

Słońce zapomniało wyjść. Jakieś delikatne światło daje znać światu, że to już koniec nocy. Ale świat mu nie wierzy.

Kaszel sąsiadki z góry. Bicie dzwonów. Trzaśnięcie drzwi. Kroki na schodach. Wychodzenie i wchodzenie w nieznane przestrzenie. Stworzone tylko w z wyobraźni. Układy starych meblościanek lub regałów na wysoki połysk jak w dzieciństwie. Tandetnych plastikowych kwiatów w czerwonych szklanych wazonach i zdjęcie papieża w jasnej ramce z drewna. Zapach kurzu i odświeżacza powietrza. Atmosfera oczekiwania na początek rozmowy. Ale najpierw kawa. Może po niej coś się zacznie. Cukier i co tam słychać. A co u mamy. Jak to? To ja nie wiedziałam!? Nie przypuszczałam… Rozpływanie się w sztucznych zadziwieniach. Jaktomożliwościach. Niebywałościach. Zachwytach nad wspaniałościach poczytań nieobecnych obrotnych dzieci. Samochodzie białym lub czerwonym niedopomyślenia oszczędnym w paliwie. I wysokopłatnej pracy w sprytnie pomyślanych godzinach z przerwą na obiad i kolację. O dumie z synów i wnuków i ich pomocy oraz innych wspaniałościach pochodzących tylko od nich. Jak to dobrze, że oni właśnie tacy. Jak dobrze żyć ich życiem gdy swoje stare i nudne…

Sroka za moim oknem rozpoczęła kampanię na rzecz najgłośniejszego skrzeku. Z jej czarnego dziobu wydobywa się automatycznie równo podzielona seria trzasków. Na którą dzisiaj nikt nie odpowiada. Ale dla diabelskiego ptaka nie ma to większego znaczenia. Powtarzalność jest skuteczna jak mantra. Manifestowanie pretensji do świata materializuje się w każdym zdaniu. Krok po kroku zbliżamy się do tego czego nie chcemy. A wystarczy tylko przestać źle myśleć i zmienić kod. Oszukać mózg. I zrobić coś wreszcie dla siebie. Nie tracić czasu na bzdury. Uwolnić się od idiotów.

Lśnienie

Zadawać sobie pytania mroźnym rankiem o cel istnienia to trudne i zabierające energię. Ciepło marnuje się na zbędne myśli i komentarze. Nie można tak działać od rana. Pytania o cele zostawić należy na później. Zawsze może się okazać, że nie istnieją, że ich po prostu nie ma. I co wtedy? Gdzie pójść z czymś takim. Komu się wyżalić, przyznać że cel nie istnieje… komu wypłakać, że nie ma sensu. Jakie to żałosne. Nawet sens się nie klaruje w tej masie niczego. Czynności i zadania się spiętrzają, kumulują i rosną a sens się nie materializuje. Jakie to przykre. Żyć bez sensu i celu. Sklep, dom, drzewo, dziecko, pies, kot, ptak, miłość, zgoda i niezgoda. Godzenie się na nic. Godzenie się po stracie. Przyzwyczajanie się do niemocy i braku sprawczości. O co w tym chodzi?

Zapał mija. Nie wiem dlaczego entuzjazm nie bywa stały. Pojawia się chwilami w formach przebłysków jak dobra wróżka – pomysł. Jasne, klarowne światełko. Impuls. Chwila. Tętno przyspiesza i mija w przemilczeniu. Wracam do tworzenia tego samego. A przecież…

Trzeba sięgać po nowe! Ale gdzie? Gdzie bywa to nowe? Przebłysk i cyk jest sobie. I już go nie ma. Nie daje się złapać i wycisnąć. Po chwili rozsypuje się jak piasek, który porwany przez podmuch skręca się małym twisterem wokół własnej osi znikając w otchłani podświadomości. Znowu nie ma. Milczy.

Lśnienie to krótkotrwałe, intensywne światło odbite od czegoś niematerialnego. Ale czego? Pomysły rzeczy. Niebywałe koncepcje, nowatorskie instalacje błysków i olśnień do tworzenia nowego na grobie starego, które już się wszystkim znudziło, jak na przykład śmierć. Ale nie mogę tego utrzymać na dłużej. Marnują się u mnie te dary pomimo, że ziarna zostają. Zbieram je sobie… te ziarenka. Suszę i układam na gazie w kapsule przyszłości. Szczelnie zakręcam. Może skorzystam. Może zacznę… ale nie dzisiaj.

Na biało

Poranki samotności ciągłych ćwiczeń nad sobą i nad światem. Zmieniam w nich nastrój na dobry, wylewając wiadro wody na ten spuchnięty alkoholem świat. Dzieje się dobrze gdy rzeka ze mnie wypłynie otwartym strumieniem, ale czy dobrze dla innych. Tego już nie wiem. Lepiej nie wiedzieć. Praca nad sobą uszlachetnia wszystkie pokłady mojego umysłu. Te z przodu i te w najdalszych otchłaniach, zakamarkach samotności. Bywa dobrze na tym łez padole jeśli zmienimy perspektywę. Przyjmiemy inne prawdy niż te zakodowane na dzisiaj. Trzeba coś zmienić. Tylko zmiana nas uwolni. Wolny czas nie jest do zmarnowania. Trzeba go poukładać w interwały i ciągi. Poskładać w kwadraty i ponumerować okienka. Posegregować zielonym do góry. Będzie dobrze. I dobrze…

Nicość nas nie dopadnie jeśli Klub Piąta Rano wygra. Wybawi nas z lenistwa i odkładania rzeczy na później. Wychowa nas na godnych obywateli. Ta rzeczywistość musi być taśmą pożytecznych zdarzeń. Wtedy życie bywa znośne. A nawet zwieńczone sukcesem wpływającym na ogólny dobrostan splątanej jednostki ludzkiej.

Dzisiaj będzie dobrze, bo tak być musi.

Spadł śnieg. Dużo śniegu. Otulił drzewa i ulice. Biało jak w bajkowym disneyowskim wieczorze wigilijnym. Słychać łopaty odśnieżające chodnik przy klatkach żeby obywatel wychodzący nie wywrócił się na śliskiej powierzchni. Praca wre od siódmej rano. Bez zbędnych rozmów i głupich komentarzy. Prosta czynność bez ideologi. Automatyczna. Nie warta nazywania i określania. Korygowania wyrazami i dźwiękami. Dzieje się i już.

Chciałabym wyjść na to piękno i napawać się białością. Iść w miejsca gdzie jeszcze nie dotarły łopaty ale jeszcze jeden zawodnik śpi do utraty tchu. Naspać się musi przed nie tak rannymi zajęciami. Sam nie ogarnie szczegółów poranka. Później pewnie będzie za późno. Jednak jest możliwe. Myśl ta staje się bardziej ponaglająca wraz z przeczuciem, że zimna woda w rzece przyciągnęła już pierwsze zimorodki. Może zimna ryba jest już dobra. Dojrzała w lodowatej wodzie. Kto wie…

Na razie jeszcze błogie ciepło koca rozpływa się po kościach. Zaraz kawa i śniadanko. Później krojenie warzyw na leczo. Następnie pisanie… praca, praca, praca. Ale jeszcze jeszcze…

Energia

Początki tygodnia pomimo nadmiaru zadań skrywają w sobie obietnicę spokoju. Zwłaszcza dzisiaj kiedy księżyc migocze za zasłoną jak gwiazda północy. Jeszcze ciemno i nic prócz tabletu nie rozprasza ciemności. Wewnętrzny krytyk jeszcze chrapie więc gęste szare powietrze otula mnie jak ciepły koc. Tylko wiatr za oknem zagłusza silnik pierwszego samochodu przejeżdżającego wolno przez naszą ulicę. Śnieg nie stopniał. Zalega na dachach i chodnikach niezobowiązującą cienką warstwą. Można zaczynać dzień. Tylko jak przerywać tak błogą ciszę? Rytmiczne chrapanie obok mnie przywodzi na myśl sen zimowy potężnych grizli w wilgotnych ciemnych gawrach.

Dobry sen jak braciszek śmierci pozwala na odłączenie od świata doczesnych pragnień. Na falach dobrych częstotliwości otwiera nowe tunele jak drogi do innych lepszych miejsc. Jest wybawieniem lub wylęgarnią obaw w majaczących szponach odrętwiałego bezruchu. Zastygniętym biegiem przed siebie i bezgłośnym krzykiem na opuszczonych podwórkach. Czasem spotyka nas na mokradłach w szaleńczym biegu, w ucieczce przed beztwarzowymi złoczyńcami, którzy dopadają nas i rzucają o ściółkę w szaleńczej nienawiści niewiadomo za co. Jednak zdarzają się te świetliste momenty pełne intensywnych kolorów, kwiatów i ptaków skąpanych w ciepłym słońcu, które swoją intensywnością przypominają o lepszych światach. Są jak skuteczna terapia dla starganych nerwów. Ukojenie. Symulacja dobrych chwil dla naładowanych stresem umysłów. Tak bronią się nasze mózgi przed szaleństwem. Ale jak długo?

Mam w sobie zaczątki słów, które nie chcą wypłynąć za sprawą jakiejś niewidzialnej blokady. Może pisząc te słowa lepiej być w całkowitym odcięciu od chrapiących organizmów? Samotność pisania bardziej mi służy nawet gdy nieświadome istoty pogrążone są we śnie. Mimo wszystko obecność jest podkreślona za bardzo. Jak gość w autobusie, który świdruje wzrokiem twoje plecy. Ta energia jest namacalna. Ba! Nawet drażniąca. Materializuje się z każdym zakrętem kołującego transportu humanoidów. Zatem, czym właściwie jest ta energia?! I czy można ją zbagatelizować?

To nie czas na szukanie sensu

I znowu piątek. Tydzień z szybkością błyskawicy znalazł się w punkcie kulminacyjnym. Podświadomie wyzwala się dobra energia pomimo chuligańskich wybryków wiatru za oknem. Jest jakby optymistycznie. Pozostaje dokończyć sprawy biurowe i z lekkością baleriny wskoczyć w wir radosnego weekendu. Jeszcze tylko czarne widmo porządkowania zakurzonej tygodniem przestrzeni podstępnie nazywanej „dwupokojowej”, kiedy naprawdę z przedpokojem, łazienką i kuchnią, wyłączając balkon, mamy do czynienia z pięcioma powierzchniami do mycia, przecierania, zamiatania, przesuwania i układania. Ale kogo teraz obchodzą te rozliczenia. Lepiej zacząć wcześniej i mieć szybciej z głowy. Włączyć sobie myślenie strategiczne, a wyłączyć roszczeniowe i zacząć działać zanim obudzi się ta część mózgu, która zacznie mieć wątpliwości i znowu zacznie zastanawiać się dlaczego, po co i właściwie czy teraz to naprawdę ma sens?

To nie czas na szukanie sensu. Nie można słuchać tych wrogich podszeptów bo skończymy na sofie ze smartfonem w ręku scrollując zawartość ekranu na TikToku od Madsa Mikkelsena po Stromae. Zabierając sobie szansę na wykonywanie pozytywistycznej pracy u podstaw, pomnażającej bogactwo ogólnoradowe.

Teraz trzeba sobie raczej wizualizować i manifestować „Co bogaci ludzie robią przed śniadaniem?” Oczywiście nie później niż o piątej rano. Stworzyć plan głębokiej pracy. Wypowiedzieć intencję, że się ten bajzel na pewno ogarnie z przyzwoitym spokojem umysłu i bez pretensji do Wszechświata i mężczyzn. Włączyć teorie fizyczne Dragana rozszerzającą mechanikę klasyczną, potrzebną do poprawnego opisu mikroświata, tj. pojedynczych cząstek elementarnych i układów jak atomy czy jony by z właściwie dostrojoną energią przystąpić do działań konserwacji powierzchni za pomocą starego mopa, którego posklejanych frędzli po dziś dzień nikt nie wymienił na nowe. Ze świadomością, że sztuczna inteligencja nie przyjdzie nam z pomocą, ponieważ robot mopujący i myjący z funkcją mocowania Roborox czy Xiaomi nie zdoła zrobić nawet półobrotu na powierzchni tak małej jak cela osadzonego.

Oprócz głębokiej motywacji potrzebna będzie również guma do żucia, gorzka czekolada i dobry ebook na pocieszenie.

Wszechświat

Za oknem wieje. Wiatr sczesuje z uporem maniaka ostatnie żółte liście z brzozowych koron. Fala szumu przetacza się przez ulice i skrzyżowania. Pewnie zatrzymuje się przed Kościołem. Jeśli tak, to tylko po to żeby zawrócić, rozpędzić się na prostej i uderzać w moje szyby z niezrozumiałym gniewem. Później znowu milknie udając, że odszedł na dobre. Żeby wyskoczyć niespodziewanie koło Żabki.

Dzisiaj tylko desperaci i zawodowcy decydują się na wyjście. Na walkę z zimnym naporem złośliwych podmuchów, ciągów, tchnień miejskiego wietrzyska. Muszą dotrzeć na stanowiska biurek, kartek, ekranów, taśm, tasiemek i wyrobić na nich w pocie czoła normy, efekty, produkty końcowe i stworzyć początkowe plany następnych. Kołowrotek wielkiego chomika czasu musi się kręcić. Pod presją ciągłego niedoczasu należy wytwarzać dobra, które są częścią innych dóbr. Zasilać PKB. Dodawać mu mikro czynności, żeby rósł w siłę za sprawą naszych rąk i nóg, aż do upragnionego piątku albo do soboty. Kiedy jeden lub dla szczęściarzy nawet dwa wieczory będą wolne od wszelkich robót a mięśnie będą mogły bezkarnie wiotczeć przed kolorowymi platformami z trójkątami niedojedzonych ostatnich części usychających w płaskich pudełkach.

W Aldim czekoladowe Mikołaje uśmiechają się już zadziornie przez foliowe woalki leżąc rzucone przez rękę olbrzyma na druciane stoły. Czekoladowe prostokąty i kwadraty przylegają bokami w nieskończonej słodkiej mozaice. Jeszcze brzuchate okręgi z brązowym spodem kokosowych ciastek, w pudełeczkach z trzema przegródkami nie pozwalają myśleć logicznie w tej przeplatanej kiczem bajce. A my znowu nie damy się tak łatwo naciągnąć. Omamić soczystymi barwami i zapachami spod uchylonych papierków. Nie z nami takie numery. Marketingowe, podprogowe manipulacje. My proszę pani, przyszliśmy tylko po chipsy…

Zapomniałam, że mam dziś urodziny. J. Zawsze pamięta. I znajomi na FB. Algorytm raz napisany nie zawodzi. Powtarza się jak fazy księżyca. Ja jednak mam mieszane uczucia w celebrowaniu takich dni. Może dla tego, że tak naprawdę nie umiem świętować ani robić z nich użytek na cel własny jak reszta społeczeństwa. Nie umiem poświęcać sobie uwagi i jest mi nieswojo, że ktoś musi. Ostatnio świętowanie czegokolwiek przyjmuję z powątpiewaniem.

Dochodzi dziewiąta a cisza jeszcze trwa w swojej najpiękniejszej formie. Prawdziwy prezent od Wszechświata. Cisza i miarowy oddech niczego. Bez pośpiechu. Wolniutko przed śniadaniem. Bez przepychanek i roszczeń Wszechświat mi robi dobrze za darmo. Zanim rozdzwoni się telefon ze sztucznymi formułkami naczynie prawdy napełni się spokojem i umocni do obiadu. Przed kolacją zwiastuję wybuchy i perturbacje ale wieczorem wszystko się wyrówna. Ruszy posuwistym ruchem stopy w stronę harmonii. Niestety nie w tym tygodniu. Ten trzeba przetrwać i zapomnieć. Ale w następnym może zdarzy się cud.

Poranek

Poranek przywitał nas śniegiem. Moje snucia o żółto czerwonej jesieni mogę sobie zamieść pod dywanami razem z innymi dżdżystymi rozważaniami. Jest biało. Nikt nie walczy z tym faktem. Wszystko wygląda inaczej i burzy wczorajsze struktury i faktury. Powietrze zmieniło zapach na zimowy. Zrobiło się jaśniej. Białe kontrastuje z soczystą zielenią dobrze nawodnionego trawnika. Dając złudzenie świeżości. Ale wszyscy wiedzą, że pod tą kołderką ukrywa się błotnisty potwór, który śmieszkując przykleja nam mięsiste drugie podeszwy do butów. Dla niewprawionych w tych bagnistych przeprawach może to zakończyć się nawet jednostronnym łokciowo-kolanowym upadkiem, zetknięciem z nieprzyjazną masą. Wtedy nikt nas nie uchroni przed jadem przekleństw i dodatkowym praniem. To nie jest dobra pora na spacerki. Lepiej przeczekać w zaciszu te akrobacje pogody zanim nadejdzie prawdziwa zima lub powróci spokojna przewidywalna jesień.

Dzisiaj raczej nie wyjdę. J. niech kupi brakujące herbaty zieloną i czarną, które skończyły się jednocześnie. Bagietki, szeroki szczypior, natkę pietruszki i coś jeszcze do tego, czego teraz nie mogę wygenerować.

Zgaszone światła pomagają poukładać wrażenia sensoryczne w spokojny nieatakujący przepływ. Brzęcząca lodówka nadaje cichy ton podróży w nieznane. Tupanie na klatce przechodzą z bardzo głośnego niepokojącego rytmu w cichnące, zanikające górne partie. Tylko dzwony piekieł przerywają szlachetną ciszę waleniem metalu o metal, zaznaczając swą martwą egzystencję o ósmej rano każdego dnia, wbijając się sztucznym antyrytmem w naturalne cykle dnia i pór roku krzycząc zaciekle wiernym do ucha jestem więc biję!

Tyko gawrony ucichły. Nie słyszę ich rozmów w trakcie monitorujących teren lotów nad głowami nieświadomych ludzi schowanych pod przezroczystymi daszkami przystanków autobusowych. Dzisiaj jakby zrezygnowały. Zostały w ukryciu. Na swoich miejscach. Może czekają na rozwój wypadków, korzystnych jak sądzę dla ich plemienia. Na zamieć lub chociaż bardziej intensywniejsze opady niż te aktualne. A może wyprowadziły się z naszego podwórka na dobre. Wtedy pozostaną nam tylko leniwe gołębie ze swoimi wiecznie pustymi brzuchami oraz operacyjne grupy szaro brązowych wróbli ukrywających się w pajęczynie gałązek żywopłotów, cierpliwie czekające na rozkaz do wrzaskolotu wybuchając zwartą chmurą znienacka przy twarzy bogu ducha winnym przechodniu w wełnianej czapce z matresa.

I tak zawsze to coś.

Skarby czasu

Śniadanie dokarmiło moje ciało i duszę. Rozgrzało zimne pajęczyny żył docierające do ukrytych zakamarków jeszcze innych nici przepływów. Ciepło. Energia do działania i uspokojenie. Wewnętrzne dziecko już nie wierzga się w ciągłej pretensji nad niesprawiedliwością monotonności. Nad szarym dniem. Nad niedolą przepracowania w dusznych przestrzeniach i brakiem współpracy domowników. Nad przeraźliwą autystyczną upartością nad którą ani groźbą, ani większą groźbą nie zapanujesz.

Echa wrzasków wirują w gęstości poranków. Nic nie wróży zmian na lepsze mimo tego maszyna niedbale, powoli posuwa się do przodu. Ruch odbywa się mozolnie przez ciasne tunele miarowo, z trudem, nieładem na głowie i spoconym czołem usianym nowymi wrzodziankami. Tłustymi włosami na głowie i brodzie przeciska się w kierunku światła. Gdy pokona cudem jeden wąski kanalik zaraz pojawiają się następne jeszcze węższe i węższe. Ich nitki oplatają całą strukturę podłogi i ścian. Wyzwanie nie do przejścia obrastają bluszczem wnikając tam, gdzie nigdy byś nie przypuszczał. Wnikają w betonowe pory ścianek działowych dając upust przy zakurzonych szarym potem plastikowych kratkach wywietrzników. Czasem na ich łodygach pojawiają się kwiaty. Ale na bardzo krótko i zawsze przed sezonem. Zanim się nimi nacieszysz już opadają ich różowe, delikatne płatki i z powrotem dorastają ciasne kłącza. Jedyny sposób to ich nie zauważać. Ignorować fakty z finezją jak to robią toksyczne matki. Przykryć płaszczem wytresowanej niewiedzy. Powiedzieć nic się przecież nie dzieje i wyjść spokojnie do sklepu zostawiając bezładną masę niepokojów i braków rozwiązań z niedokończonymi sprawami pierwszemu lepszemu domownikowi. Trzaskając po cichu drzwiami, żeby nie obudzić sąsiadów. Przejść po oskubanej z łososiowych płatów farby klatką na zewnątrz jak gdyby nigdy nic. Udać się bezkarnie na drugi brzeg normalności. Łykając jedną z martrixowskich tabletek udawać normalnego człowieka zatopionego w normalnych sprawach idącego do tradycyjnej pracy i siadając przy tradycyjnej maszynie.

Zwierzać się na papierosowej przerwie przy kawie w plastikowym kubku jak to się od rana wszystko pierdoli w tym mozolnym trudzie znikąd wsparcia i pomocy ani na chwilę na tym łez padole i święta za pasem a już na samą myśl rzygać się chce od nadmiaru czynności i oczekiwań innych a przecież już nie te lata i kręgosłup żeby wszystkim wchodzić do dupy za marnych parę groszy kiedy tak naprawdę ma się ochotę tylko na filmy i wino na kanapie z dzieciakami a nie obsługiwanie w pocie czoła nienażartych mord w imię Jezuska pana naszego co się właśnie narodził tej nocy, które i tak za główne zadanie tego świętego wieczoru mają zmieszać cię z błotem w formie werbalnej lub niewerbalnej jak wolisz oraz pogrążyć cię do końca chudego stycznia w metafizycznym niepokoju, że ty w zasadzie do dupy się nadajesz i wszystko co robisz też jest o kant dupy zawsze byłaś nikim i nic z tego nie masz ale teraz wspięłaś się na wyżyny duponadawlności i zaświecisz jasnym światłem bezmiaru swojej z dupy działalności i przekonań, które lepiej zachowaj dla siebie razem ze swoimi z dupy znajomościami, które nas tu obecnych obchdzą tyle co zeszłoroczny śnieg, którego przecież jeśli pamiętasz swoim wąskim móżdżkiem wcale nie było ani w grudniu ani w styczniu. Dokrój sałatki i zrób kapustę zamiast filozofować o przepływach jaśniepaństwo jest głodne i spragnione herbatek czarnych w niestygnących dzbanuszkach z Ikei, które jako jedyne narzędzie do zaspokajania herbatkowych skrytopijców wyszło ci fantastycznie. Jeszcze postój sześć godzin nad kapustą z bakaliami a bozia cię uleczy z twoich czarnych myśli, wybije ci z głowy to wieczne ponuractwo i może wreszcie znormalniejesz i przykleisz uśmiech z właściwej strony twarzy ty marny odrzucie społeczeństwa uwikłanego we własne światopoglądy, na które każdy tu z obecnych nie ma ochoty najmniejszej ochoty.

A ty spokojnie wysłuchasz tych sugestii pójdziesz do kuchni i poukładasz ładnie naczynia w jasnoszarych drucikowych przegródkach zgodnie z wielkościami i kształtami, w małej zmywarce like Bosch – aktualnie jednym z boskich istnień, które cię dzisiaj wesprze czynem i myślą oraz przepływem. Przytuli twoje wewnętrzne dziecko i rozbudzi wewnętrznego krytyka niestety nie na tyle, żeby wystrzelić srebrne tudzież złote kule jak nakazuje tradycja prosto w twarze zanim otrą z kącików ust krew twojego skarbu czasu przeznaczonego tylko dla siebie i prawdziwej rodziny. Zrobisz kilka wdechów przez nos i zakończysz cudowny wieczór obiecując, że nigdy więcej się nie powtórzy.

Om.

Deszcz

Wolność. Czym jest wolność? Latającym ptakiem. Swobodną myślą. Przepływem. Rzeką bez końca. Wiatrem na twarzy. Westchnieniem ulgi. Doznaniem spokoju. Niezależnością. Nietoksycznością. Bezmiarem. Mądrością.

Czasem się przytrafia w piątki i znika w poniedziałkowym pociągu pospiesznym do granic niczego mojego. Tam z kolejnymi przesiadkami i ustawiam blisko kolan bagaże żeby nikt nie ukradł tego co ważne, trafia się okienko zadumy. Może by tak wysiąść. Uciec. Nie zmierzać… Przestać. Wykoleić się.

Pamiętam wielką łąkę w zielonej dolinie otoczonej lasem. Rosły pierwiosnki. Mnóstwo pierwiosnków. Zbierałam je łapczywie do bukieciku, który zawijała w ścisły rulonik z gazety sąsiadka Jadzia. Były tam jeszcze dwie dziewczynki. Wnuczki. Wymyślały rozmaite zabawy. Były wolne i radosne. Turlałam się z nimi z leśnych górek do pomieszania zapachu trawy i wiosennego nieba. Do utraty tchu. Skrawek dzieciństwa wolnego. Pięknego. Bezmiar radości. Błogość. Połączenie. Dlaczego wciąż mi się to wspomnienie odtwarza?

Idąc do sklepu w poniedziałkowym natłoku z listy zadań mam do kupienia warzywa na rosół. Pomarańczowe marchewki na które pada intensywne światło udają świeżość natury i mają podstępnie niską cenę. Obok jarzynka w zamglonej, wilgotnej folii. Wewnątrz przezroczystego pudełka poukładane jak zabawkowe walce zielone pory, biało szare pietruszki i kula chropowatego selera z położonym na wierzchu niedbale źdźbłem natki. Marchew schowana pod spodem jak najcenniejszy skarb. Biorę bo karotenu nigdy za wiele. Później makaron i kostki rosołowe. Makaron oczywiście ten Staśkowy. Innego nie trawi oraz chusteczki do okularów bo te z aldiego tylko rozmazują się na szkle jak tłuszcz. Następnie pikanie kasy obsługowej i pakowanie wszystkiego do czarnej torby zakupowej. Z powrotem w deszcz. Jeszcze ciemno. Ale spokojnie. Mokre liście na asfalcie. Blask latarni odbija się w kałużach. Spokój na chwilę przenika mój umysł. Deszcz wytwarza dobrą częstotliwość. Za każdym głębokim wdechem oddalam od siebie nieuchronność poniedziałkowego stresu. Nieskończoność czynności z uwzgędnieniem logicznej kolejności tak, żeby pod łazienką nie ustawiła się kolejka. Oto wyzwanie. Ale zaraz sobie wszyscy pójdą. Rozejdą się jak mróweczki do swoich zajęć. Gdy wyjdą warzywa już będą pływać w garnku. Makaron wyschnie na sitku a brudne naczynia wylądują w zmywarce. Krople deszczu na parapecie za kuchennym oknem, małe czerwone, zielone a nawet zielone liście żywopłotu pod modrzewiem błyszczą od nadmiaru wilgoci. Ich intensywne kolory odbijają się od szarzyzny choć właściwie o tej porze już dawno powinno ich nie być. Listopad jest nadzwyczaj ciepły. Dzisiaj znowu 9 stopni. Ale w tygodniu straszą wiatrami. Przytulam się w myślach. Dzisiaj deszcz jest moim sprzymierzeńcem. Jeszcze tylko czarne pranie z odrobiną płynu wprawię w kolisty ruch za pomocą magicznego bębna. Jak nikt mi nie przeszkodzi pierwsza część dnia będzie odhaczona.

Pierwszy telefon wyrywa mnie z zamyślenia. Odbieram. Nic takiego. Urząd do J. Podaję numer przerywając P. wykład. Pokazuje mi w swojej komórce ciąg liczb, których nigdy nie mogę zapamiętać. Wracam do siebie. Zaczyna się. Ktoś zawsze coś chce. Dzisiaj jednak nienachalnie. Wszechświat mi odpuszcza. Pozwala mi myśleć. A nawet wymyślać. Deszcz się wzmaga. Miarowo dzwoni, kołysze,wibruje. Mogę zacząć drugą część podróży…