Sundown — film o człowieku zmęczonym istnieniem

Czy można zniknąć, nie opuszczając świata? „Sundown” i współczesna pustka

Film Sundown to bardzo dziwne, ciche i niepokojące kino o ucieczce od własnego życia. Na pierwszy rzut oka wygląda jak historia bogatej rodziny na luksusowych wakacjach w Acapulco — plaża, drinki, hotel z widokiem na ocean, spokojne zachody słońca. Ale pod tym wszystkim jest coś bardzo mrocznego i pustego.  

Głównymi bohaterami są Neil (Tim Roth) i jego siostra Alice (Charlotte Gainsbourg). Są absurdalnie bogaci — należą do rodziny mającej ogromny biznes mięsny i żyją w całkowitym odklejeniu od zwykłego świata.  

W czasie wakacji dostają telefon: ich matka umiera. Wszyscy mają wracać do Londynu. Na lotnisku Neil mówi jednak, że zapomniał paszportu. Rodzina odlatuje bez niego. I wtedy film zaczyna robić się naprawdę dziwny — bo Neil… nie próbuje wrócić.

Zostaje w Meksyku.

Nie w luksusowym hotelu, tylko w tanim pokoju przy publicznej plaży. Leży godzinami na plastikowym krzesełku, pije piwo, patrzy na morze, wdaje się w relację z lokalną kobietą Berenice. Przestaje odbierać telefony od siostry. Jakby po prostu wyłączył swoje dawne życie.  

I właśnie o tym jest ten film: o człowieku, który psychicznie wysiadł z „pociągu” dużo wcześniej, zanim ktokolwiek to zauważył.

Michel Franco pokazuje bogactwo jako coś martwego emocjonalnie. Ta rodzina jest elegancka, spokojna, dobrze ubrana — ale kompletnie odłączona od siebie. Nie ma tam prawdziwej bliskości. Jest rutyna luksusu, chłód i dziwna pustka. Meksykańska plaża działa tu prawie jak metafora końca świata: piękno, słońce i jednocześnie poczucie rozpadu.  

Najmocniejsze w tym filmie jest to, że on prawie niczego nie tłumaczy wprost. Tim Roth gra człowieka kompletnie wyciszonego, jakby już nie miał energii nawet cierpieć. Nie ma wielkich wybuchów emocji. Jest apatia. Cisza. Odłączenie. I to jest dużo bardziej niepokojące niż klasyczny dramat.  

W tle cały czas obecna jest też przemoc społeczna Meksyku — strzały, wiadomości o zabójstwach, bieda tuż obok luksusowych hoteli. Reżyser celowo kontrastuje świat ultrabogatych turystów z rzeczywistością ludzi mieszkających tam na co dzień.  

To kino bardzo egzystencjalne. Trochę jak Obcy albo filmy Michelangelo Antonioni — o ludziach, którzy już nie czują sensu własnego życia, ale nie potrafią też tego nazwać.

I dlatego wielu ludzi po seansie ma pytanie:
czy Neil jest wolny…
czy kompletnie martwy od środka?

To jeden z tych filmów, które bardziej się odczuwa niż „ogląda”. Nie daje satysfakcji fabularnej. Raczej zostawia człowieka z dziwnym ciężarem i myślą:
„a co jeśli ktoś naprawdę pewnego dnia po prostu przestanie wracać?”

https://youtu.be/HqgSBzQu_PU?is=f_c1rlvZxa4q-dd8

Dodaj komentarz