Zadawać sobie pytania mroźnym rankiem o cel istnienia to trudne i zabierające energię. Ciepło marnuje się na zbędne myśli i komentarze. Nie można tak działać od rana. Pytania o cele zostawić należy na później. Zawsze może się okazać, że nie istnieją, że ich po prostu nie ma. I co wtedy? Gdzie pójść z czymś takim. Komu się wyżalić, przyznać że cel nie istnieje… komu wypłakać, że nie ma sensu. Jakie to żałosne. Nawet sens się nie klaruje w tej masie niczego. Czynności i zadania się spiętrzają, kumulują i rosną a sens się nie materializuje. Jakie to przykre. Żyć bez sensu i celu. Sklep, dom, drzewo, dziecko, pies, kot, ptak, miłość, zgoda i niezgoda. Godzenie się na nic. Godzenie się po stracie. Przyzwyczajanie się do niemocy i braku sprawczości. O co w tym chodzi?
Zapał mija. Nie wiem dlaczego entuzjazm nie bywa stały. Pojawia się chwilami w formach przebłysków jak dobra wróżka – pomysł. Jasne, klarowne światełko. Impuls. Chwila. Tętno przyspiesza i mija w przemilczeniu. Wracam do tworzenia tego samego. A przecież…
Trzeba sięgać po nowe! Ale gdzie? Gdzie bywa to nowe? Przebłysk i cyk jest sobie. I już go nie ma. Nie daje się złapać i wycisnąć. Po chwili rozsypuje się jak piasek, który porwany przez podmuch skręca się małym twisterem wokół własnej osi znikając w otchłani podświadomości. Znowu nie ma. Milczy.
Lśnienie to krótkotrwałe, intensywne światło odbite od czegoś niematerialnego. Ale czego? Pomysły rzeczy. Niebywałe koncepcje, nowatorskie instalacje błysków i olśnień do tworzenia nowego na grobie starego, które już się wszystkim znudziło, jak na przykład śmierć. Ale nie mogę tego utrzymać na dłużej. Marnują się u mnie te dary pomimo, że ziarna zostają. Zbieram je sobie… te ziarenka. Suszę i układam na gazie w kapsule przyszłości. Szczelnie zakręcam. Może skorzystam. Może zacznę… ale nie dzisiaj.