Odpocznij sobie. Znajdź wygodne miejsce. Uspokój myśli… Tak właśnie robię. Czytam sobie i oddycham miarowo. Tak właśnie robię po dzisiejszej porcji pracy.
I wszystko byłoby dobrze gdyby nie dręczące myśli o nadchodzących spotkaniach. Niby nic a jednak, urodziny syncia zorganizować trzeba. Bolesność, polega na tym, że właściwie nie dla niego, ale dla dręczących pytań gości, którzy zwykle zapominają, po co się w tym dniu gromadzą przy torcie, a który to z kolei dobierany jest według ich preferencji, ponieważ solenizant akurat tortów i ciast nie trawi.
Kiedy zorganizujemy się szybciutko z zakupami zostanie nam wysłuchiwanie, kto aktualnie umarł, a kto zaraz podzieli jego los. Później, kto chory, jak chory, kto źle leczył, nie zapisał, nie pomógł, nie wiedział… ale żyje. Tylko jak długo. I jeszcze zwłoki księdza wyciągnięte ze stawu, okropność. A mnie to wczoraj, tu zaczęło boleć…
Kolejne pytania. No, ale co słychać. Źle wyglądasz. Przytyłaś? Później pytania przechodzą w przesłuchania, przesłuchania w monologi, monologi w życiowe prawdy. Atmosfera spada proporcjonalnie do ilości nekronowinek. Odpocznij sobie.
Odpocznij sobie, ale nie zapomnij odebrać tortu o ósmej! I herbacie. Bez herbatki się nie obejdzie. Kup jeszcze warzywa na sałatkę albo na leczo, i owoce. Tak, kolorowe owoce i serwetki. Jakoś wytrzymam, później odpocznę.
Trzeba posprzątać i trochę przemeblować. Może ściągnąć tę wykładzinę?
Nie chce mi się. No to odpocznij!
Odpoczywaj. Idź na taras, może chociaż sąsiad nie przerwie ci lektury. Nie ma szans. To piątek. Łatwo wymyślić garść niecierpiących zwłoki informacji. I od nowa… Baran, nie żyje, znaleźli go leżał na łóżku, jakby spał… No, ale jak się tyle piło… Jutro już będzie ciszej, bo wnuki tamtego wyjadą… A jak pracowałem w spółdzielni… wolne 30 minut na czytanie jak przeleciały jak Izaura.