Trawi mnie wewnętrzny niepokój. Płytkie oddychanie. Pomiędzy lękami a czymś co nie może wydobyć się na powierzchnię. To „pomiędzy„ przeszkadza mi w spaniu ale nadaję mu status szybkiego zwalczenia przez chodzenie. Ale z chodzeniem mam zaległości. Od tamtego tygodnia tylko pisanie i obróbka części rzeczy w domu. Bez powietrza. Ociężałość wygrała. Niedobrze.

Może po południu wyjdę. Wygram z niemocą. Dodam sobie tlenu z roślin, które jeszcze nie wyzbyły się zieleni. Może to zwróci mnie na nowo. Nada moc i kierunek do działania. Jeśli nie, spróbuję znowu jutro.
Na razie cisza. Śnieg już całkiem stopniał i odkrył zgniliznę. Mokre pokłady zmieszanej rudej trawy z błotem przyklejonej pod podeszwami. Ta miękkość nie poprawia nastroju, ale kto by tam… Wychodzić nie trzeba. Wszystko z listy jest już na stole. Zaraz wciągnie mnie praca bez reszty. Koło zacznie się kręcić i ze spokoju nici. Ale zanim maszyna ruszy jest chwila nieważkości.

Skrzeczenie sroki. Szmer lodówki. Nic za drzwiami. Bezmiar dźwięków przegrywających z ciszą. Senność poranka. Zastyganie. Bezmyślenie. Zawieszenie.