Archiwa kategorii: Kingfisher przy kawie

Kuchnia mojej duszy

Poranek jakby słoneczny. Parę chmur nie odgoni zapowiadanych upałów. Drzewa wychylają gałęzie za ogrodzenie. Tworzą z nich świerkowe firanki zwisające z brązowych gałęzi jak plastikowe paski z framugi kuchennej. Z tym, że te mienią się w słońcu odcieniami zieleni, a nie wszystkimi sztucznymi kolorami, które pamiętam. Zawsze marzyłam o tych z przezroczystych koralików jednak moje dawały dużo radości w ewolucjach obkręcania wokół siebie wydłużającego materiału, który zwijał się pod naporem jak wstążka. Po mocniejszych pociągnięciach zmieniał swoją gęstość, wydłużał się lub urywał.

Moją starą kuchnię ze ściętym dachem przywołuję w pamięci bezwiednie. Małe okno na ścianie po lewej oraz drugie w ściętym dachu nie rozpieszczały światłem. Stara brązowa farba imitująca jakiś bliżej nieokreślony wzór wtapiała się w tło ściany tworząc to miejsce bardziej ponure niż naprawdę było.

Miejsce przepełnione smutkiem i żalem po niespełnionych nadziejach matki, która nigdy nie mogła dojść do siebie po niewiadomo jakim nieszczęściu. Żyjąca z ciągłą pretensją na twarzy do świata i ludzi a przede wszystkim do mnie. W nastroju niepokoju i niedostatku przemierzała karty życia, które próbowała z uporem maniaka wypełniać nowymi znajomościami, słodyczami i niepotrzebnymi rzeczami. Niestety i one przynosiły nowe rozczarowania. Czasem nawet większe niż ja.

Pieniądze spływały powoli ale regularnie. Praca była ciężka choć nie tak, jakby się mogło wydawać. Jej opowiadania zawsze były niespójne. Nielogiczne. Brakowało w nich sensu. Niewiele mnie to wtedy obchodziło, ponieważ większość czasu musiałam szukać planu na nadchodzące godziny. Godziny przetrwania z samą sobą. Umysł wypełniła u mnie luka, fuga pozwalająca wymazać z głowy tamten czas. Pamiętam tylko szkołę, park, psa i stres przed wyjściem z domu. Ciągła samotność zamkniętych ścian i oczekiwanie na coś co zwykle przynosiło tylko szarość. Nasłuchwianie pukania lub powrotu. Kilku słów z innej strony niż moja.

Z tego czekania nic dobrego się nie rodziło. Było tylko czekaniem na następne czekanie. Milczeniem. Dobrze, że długo oczekiwana zmiana przyszła wraz z przeprowadzką do nowych jaśniejszych ścian. Osiedle!

Niestety wdrukowany nastrój oczekiwań na coś, co nigdy miało nie nadejść pozostał jak trucizna krążąca korytarzami wystających żył na moich dłoniach.

Zmiana pojawiła się ze zmianą właściwą: dorastanie a później dorosłość. Tracenie czasu na niewiedzę, że można żyć inaczej była powalająca. Niewiedza zabija. Ale można ją powoli uzupełnić i poukładać by wyprostować niepewność, odnaleźć spokój i przywrócić radość dziecięcych zachwytów. Czasem można narodzić się na nowo. Czuję to w przypływach zachwytu nad ptakami, drzewami, kwiatami… Nad nieznanym.

Morze drzew

Moje myśli krążą jak sępy wokół tego filmu. Wracają jak bumerangi do mojej głowy. Zaskakują zaskakującym faktem, że takie miejsce naprawdę istnieje.

Oglądaliśmy w końcu film, który wciągnął nas troje naraz, a to naprawdę rzadkość w ostatnich czasach, kiedy każde z nas bywa niezadowolone z wyboru innego, ponieważ zaczyna coraz bardziej się różnić. Tak mi się wydaje, kiedy wpadam w coraz głębszą, niepotrzebną refleksję. Wiadomo też, że pula do wyboru nieustannie się kurczy i obniża. Ale tym razem trafiło na Morze drzew. Jak mogłam coś tak zjawiskowego przegapić!? Gdzieś się schował na tyle lat by objawić się w objęciach leniwej, nudnej prawie zmarnowanej soboty.

W zasadzie film jak film. Jednak atmosfera tajemniczości zatopiona w gęstym lesie zrobiła z tej opowieści coś nietypowego. Wciąga od samego początku ale nie wrzeszczy wydarzeniami. Nie wymusza uwagi. Wciąga spokojem. Ten las ma w sobie ukryte warstwy, jak mój na bagnach, ale jest bardziej niepokojącym miejscem, o którego istnieniu do tej pory nie wiedziałam. Morze drzew ma nienachalną atmosferę niepewności.

Aokigahara (Morze Drzew)

Aokigahara (jap. 青木ヶ原 Aoki-ga-hara) znany również jako Morze Drzew (jap. 樹海 Jukai) – las mieszany na terenie Parku Narodowego Fudżi-Hakone-Izu.

Aokigahara to las u podnóża góry Fudżi w prefekturze Yamanashi, Japonia. Położony między jeziorami Sai i Shōji, zajmuje powierzchnię 30 km² i porasta zastygłą lawę z erupcji wulkanu Nagao z 864 roku. Las jest gęsty, drzewa pokryte są mchem, a poruszanie się utrudnia lawowe podłoże. Panuje tam bezwietrzna cisza, co tworzy specyficzną atmosferę.

Samobójstwa

Aokigahara jest znany jako miejsce, gdzie wiele osób popełnia samobójstwo. Książka „Cliffs of Despair” sugeruje, że jest to drugie po moście Golden Gate pod względem liczby samobójstw. Las zyskał mroczną sławę po publikacji książek Seichō Matsumoto „Pogoda fal” i „Kuroi jukai” w 1960 roku oraz filmie „Las samobójców”. Popularność miejsca wzrosła po wydaniu „The Complete Manual of Suicide” w 1993 roku. W 2002 roku znaleziono tam rekordową liczbę 78 ciał. Władze przestały publikować statystyki w nadziei na zmniejszenie liczby samobójstw. Na obrzeżach lasu umieszczono znaki zachęcające do kontaktu z policją. Patrole wolontariuszy od 1971 roku przeczesują las w poszukiwaniu ciał. Miejscowe władze kremują niezidentyfikowane zwłoki na własny koszt.

„The Sea of Trees”

Las był inspiracją dla wielu dzieł, w tym książek i filmów. Film „The Sea of Trees” opowiada o Amerykaninie (granym przez Matthew McConaugheya), który chce popełnić samobójstwo w Aokigahara. Jego plan zmienia się po spotkaniu Japończyka (Ken Watanabe), który również przybył tam w tym samym celu. Film miał premierę 9 września 2015 roku i trwa 110 minut.

Fot. Moje bagna. Zamiast opisywanego lasu

Świadomość

Upał wisi nade mną jak kat. Od rana duszno. „Powietrze lepkie i miękkie. Wilgoć osiada na twarzy”. Słońce przebija się przez igły świerku nad parapetem. Wszystko jest takie nierealne. Może to się nie dzieje naprawdę.

Czasem wydaje mi się jakbym stamtąd nie wróciła. Jestem w udawanej rzeczywistości. Symulowanej przez mój w kółko zmęczony umysł. Nie mogę już wstawać tak wcześnie jak w mieście. Bagna wywołują lenistwo i ociężałość. Odpuszczam sobie i śpię dłużej. Ale to nie pomaga. Zmęczenie dalej przybiera na wadze i nie pozwala pracować na takich obrotach jak przed wyjazdem. Godzę się z tym. Nie protestuję. Przeczekam. Daję sobie odpocząć.

Zmuszam się do spacerów. Wyciągam ze sobą P. Jest za gorąco. Za sucho. Robaki różnej maści gryzą jak opętane. Marzę o burzy, która nie nadchodzi. Trawię szybciej i chudnę. Zajadam się sałatą lodową.

Ptaki powylatywały już z gniazd. Jest ciszej. Nawet bardzo. Można tworzyć na potęgę i to się udaje. Nie opuszcza mnie uczucie inności. Takie nienazwane nowe wrażenie. Wszystko dzieje się poza mną ale jednak ja wyznaczam temu kierunek. Ster idzie naprzód wytyczany instynktowną siłą, która tkwi we mnie od zawsze. Ale jednak inaczej. Wszystko jest inaczej. Może zaraz mi przejdzie.

Świadomość jakby nie nadąża za czynem, czynnością za pracą. Za myślą. Świadomość leni się i przewraca na drugi bok. Świadomość odpuszcza. Zwalnia. Nie przetwarza. Jakby nie poddawała się swojej funkcji a jedynie odbębnia swoją pracę tylko do osiemnastej. Do ostatniego klienta. Później gasi światło i zamyka drzwi percepcji. „Przyjdź pan w piątek”.

Muchołówki szczebioczą za oknem. Wstały później. Może to miejsce ma jakieś opóźnienia. A może wszystkim udziela się się to zielone lenistwo i nie ma co się kopać z koniem, kiedy ciało zwyczajnie odmawia rutyny. Może czas zacząć coś zupełnie nowego…

Czym jest świadomość?

Świadomość jest jednym z najbardziej złożonych i trudnych do zdefiniowania zjawisk zarówno z perspektywy naukowej, jak i psychologicznej. W obu tych dziedzinach istnieją różne podejścia do jej zrozumienia i wyjaśnienia.

Punkt widzenia naukowego

  1. 1. Neurobiologia:
  • Świadomość jest często badana jako funkcja mózgu. Badacze starają się zrozumieć, jakie struktury i procesy neuronalne są zaangażowane w tworzenie świadomych doświadczeń.
  • Teorie takie jak zintegrowana teoria informacji (Integrated Information Theory, IIT) sugerują, że świadomość wynika z określonego sposobu przetwarzania informacji przez mózg.
  • Inne podejścia, jak teoria globalnej przestrzeni roboczej (Global Workspace Theory), proponują, że świadomość pojawia się, gdy informacje są przetwarzane przez szeroką sieć neuronów i stają się dostępne dla różnych procesów poznawczych.
  1. 2. Kognitywistyka:
  • Badania nad świadomością obejmują również modele komputerowe i symulacje, które mają na celu odtworzenie świadomego przetwarzania informacji.
  • Istnieją hipotezy, że świadomość może być rozumiana jako wynik specyficznego rodzaju przetwarzania danych przez systemy o wystarczającej złożoności.

Punkt widzenia psychologicznego

  1. 1. Psychologia poznawcza:
  • Świadomość jest badana jako zdolność do introspekcji i refleksji nad własnymi myślami i uczuciami.
  • Eksperymenty w tej dziedzinie często koncentrują się na zrozumieniu, jak uwaga i percepcja wpływają na świadome doświadczenie.
  1. 2. Psychologia kliniczna:
  • Zrozumienie świadomości jest istotne w kontekście różnych zaburzeń psychicznych, takich jak schizofrenia czy depresja, gdzie może występować zmienione postrzeganie rzeczywistości.
  • Terapie mogą skupiać się na zwiększaniu świadomości pacjenta odnośnie swoich myśli i uczuć (np. terapia poznawczo-behawioralna).
  1. 3. Psychologia fenomenologiczna:
  • Ten kierunek bada świadomość jako subiektywne doświadczenie jednostki.
  • Kluczowe jest tu zrozumienie, jak jednostki doświadczają swojego świata wewnętrznego i zewnętrznego, bez redukcji tych doświadczeń do procesów biologicznych czy kognitywnych.

Świadomość z perspektywy naukowej i psychologicznej to wieloaspektowe zjawisko, które obejmuje procesy neuronalne, kognitywne oraz subiektywne doświadczenia. W naukach przyrodniczych koncentruje się na mechanizmach mózgowych i przetwarzaniu informacji, podczas gdy w psychologii badania skupiają się na introspekcji, percepcji i subiektywnych doświadczeniach jednostki. Oba podejścia starają się zrozumieć, w jaki sposób złożone procesy mózgowe i psychiczne prowadzą do pojawienia się świadomego doświadczenia.

Zachwyt

Rośliny od dziecka mnie zachwycały. Drzewa, pnącza, kwiaty. Bezmiar kształtów, faktur i kolorów. Wypełniacze nudnych przestrzeni w miastach, na płotach, na murach. Podziw jaki we mnie wzbudzały był hipnotyzujący. Teraz to wiem, chociaż wcześniej nie rozumiałam siebie tak dobrze jak teraz.

Będąc dzieckiem niewiele się wie o swoim zachwycie. Działamy instynktownie. Chłoniemy zjawiska. Obrazy. Podziwiamy rzeczy warte naszej uwagi nawet gdy wyrastają w szczelinach chodnika. Później chcemy dorównać fałszywym zachwytom innym. Sztucznej symetrii przystrzyżonych żywopłotów, które każą nam podobać się na rozkaz. Bo wszystkim się podoba. Jest szlachetne i od lat zasługuje na uwagę. jest szlachetne jak róże. Nie lubię róż są nudne.

Gdy wyjeżdżam szukam roślin. Zawsze są ukryte w wewnętrznych dziedzińcach lub w ogródkach pojedynczych melancholików, którzy wiedzą co jest piękne, a co sztuczne. Są i tacy, którzy instynktownie poddają się pięknu i bez zakrojonych na szeroką skalę planów siewów według kwitnienia wstawiają gotowe duże rośliny w swoją przestrzeń – bo chcą.

Mury, kamienie, skały i zieleń. Bez względu na miejsce i czas są zachwycające. każdy ma swój zachwyt.

Pielęgnowanie swojego zachwytu to konieczność. Bez zachwytu nic się nie zaczyna…

Zachwyt to intensywne uczucie podziwu, fascynacji lub wzruszenia, które pojawia się w odpowiedzi na coś wyjątkowego, pięknego lub inspirującego. Może być wywołany przez różne bodźce, takie jak naturalne krajobrazy, dzieła sztuki, muzykę, osiągnięcia ludzkie czy niezwykłe momenty w życiu. Zachwyt często wiąże się z poczuciem radości i uznania, a także może prowadzić do głębszych refleksji i poczucia wdzięczności.

Tworzenie świata

W drugim punkcie mojego ebooka o kreatywnym pisaniu dla dzieci, którego końca nie widać z powodu ciągłego niedoczasu, znajduje się punkt pt. „Warsztat tworzenia świata”.

2. Warsztat tworzenia świata: Warsztaty te koncentrują się na tworzeniu fikcyjnych światów i środowisk, w których będą rozgrywać się historie dzieci.

  • Cel: Rozwijanie umiejętności tworzenia złożonych światów, rozwijanie wyobraźni i kreatywności.”

Pomyślałam sobie o moim świecie, że mój świat byłby jednak zielony… Bez zieleni nic nie ma znaczenia. Nic się nie rozpuszcza na niebieskim niebie i w przezroczystej wodzie. Nie ma zapachu porannej rosy, więc nie ma znaczenia.

Tworzenie nie jest proste.

Tworzenie nowego – prawie niemożliwe.

Tworzenie swojego – podstawą bytu nawet chwilami szczęśliwego. Koniecznego.

Zastępczak

Duszny poranek. Lekki ból głowy. Nie ma czym oddychać chociaż wiatr się nasila i zrywa pranie z balkonu. Jesteśmy już w domu jednak w głowie w stop klatce mam tamten pensjonat w Chorwacji. Czekamy na samochód zastępczy w nadziei, że przyjedzie na czas, tak żeby P. zdążył na obronę licencjatu.

Urywane wspomnienie ogródka z brykającym rudym kotkiem przy zarośniętym pnączem płotem. Ile tu zieleni i góry ginące w chmurach. Wrak samochodu i laweta z innym, nowym autem. Ślady na tylnym siedzeniu. Okruchy i odbicia dziecięcych stóp. Dziwaczny kluczyk z doczepionym wielkim kształtem stalowego jaja. Napis zastępczak. Ktoś też miał podobną przeprawę. Tyle że z młodszymi dziećmi. Wracał zastępczakiem w podobnym nastroju do naszego… a może w gorszym.

Zastępczak może opowiedzieć wiele historii. Na razie milczy. Czasem pipczy gdy koła najeżdżają na białą linię. Na wielkim wyświetlaczu widać mapę ze strzałką w plątaninie zielonych linii.

Umowy, podpisy, pożegnanie z z kierowcą lawety. Wdzięczność za szybkość i zorganizowanie pana Tomka. Lądowanie rzeczy w pakowny bagażniku i wyczuwanie dziwacznej skrzyni biegów. Dobrze, że to problem J. ja nie wiele jeżdżę. Praktycznie w ogóle. Jazdy to jego działka. Ja organizuję, pakuję, sprawdzam. Dzielę ciuchy na noclegi i postoje. Przewiduję. Woda do przodu P. z plecakiem z zeszytami do tyłu. Jedziemy.

Zdążyliśmy na egzamin. P. obronił pracę. Ulga. Szczęście otula gruba warstwa obojętności. Nie mogę się pozbyć tej bezczuciowości jakby braku emocji. To zastępcze życie jakby czekało na odpalenie. Jakiś wybuch, wyjaśnienie całej sytuacji. Niestety pustka. Nic.

Jesteśmy wolni.

Możemy odpocząć jak ogarniemy pranie i sprzątanie oraz zakupy.

Przecieka rura w przedpokoju. J. naprawia. Sobota spływa w strugach wody na podłodze przy drzwiach. Kilka poprawek i koniec. Obiad. Można odpocząć. Odpalamy Netflix jak zastępcze życie godne uwagi.

Szkiełka

Wypadek był kumulacją wszystkich wcześniejszych konfliktów. Czujemy się jakby ktoś nam podarował nowe życie. Myślę o drzewach i krzewach, które umożliwiły nam miękkie lądowanie. Jakby siła natury górowała nad złośliwym losem od początku tej podróży.

Drobne części szyby obsypało całe moje ciało niczym deszcz mikroskopijnych meteorytów. Krzyk P. brzmi w głowie jak alarm. Mokra trawa i liście. Zieleń i porozwalane czarne części plastikowych puzzli samochodu. Stres. Pustka w głowie. Wymazana pamięć chwili, która nie miała nigdy nastąpić. Nie pamiętam momentu poślizgu ani „lądowania”. Tylko wstrząsy. Z boku na bok jak byśmy byli kuleczkami w wielkiej grzechotce. Ciemność. Na koniec szarpnięcie. Moje ręce na masce. Zaciśnięcie pasa. Niedowierzanie. Przytuliły nas drzewa i krzewy. Zieleń soczystych liści na szybach w pajęczynie pęknięć i w resztkach bocznego lusterka.

Słowa. Niespieszne przywracanie świadomości jak po długim śnie. Sprawdzanie. Małe złamane drzewko uniemożliwia mi otworzenie drzwi. Nie mogę wyjść. Deszcz. Szukam okularów. Wszyscy cali? Cali. J. I P. Szukają okularów pod nogami. Oglądamy nasze ciała. Rozmowy drżącym głosem. Nareszcie bez kłótni. Współpracujemy. Zimno mi w nogi. Brudne kolana. Wyciągam spodnie i kurtki. J. ma koszulę w kolorze błota z maleńkimi kropelkami krwi. J. nie ma głowy do przebierania. P. ma niegroźne otarcia. Nic nie pamiętam. Co się stało?

Żyjemy.

Telefony. Ubezpieczenia. Laweta. Znów telefony. Odmowy. Czekanie. Ubezpieczenie. Ta mała pieprzona karteczka zalana kroplami deszczu. Dane, szukane, rozmazane… Czas stoi. Jakaś puszka z piwem wybuchła rozlewając się po bagażniku. Czekoladki na prezenty leżą bezładnie na powierzchni kolorowych rzeczy. Deszcz. Szukam kurtek dla wszystkich w czerwonej torbie. J. wykonuje kolejny telefon i kolejny, i kolejny… Lokalizacja. Pinezka. Przesyłanie. Fotografuję wszystkie otrzymane adresy, telefony, mapki… Adresy piętrzą się na wyświetlaczu. Mieszają. Jesteśmy w dupie. Nikt nas tu nie znajdzie.

Nie myślę. Działam. Szkiełka w stopach i na rękach kłują jak wata szklana. Wyciągamy je nawilżonymi chusteczkami. Jak zdążymy na egzamin?

Żółta laweta. Wyluzowany operator żółtego smoka z hakiem, energiczny ale spokojny Chorwat, dobrze. Zna się na rzeczy. Pyta mnie czy wszystko ok. Kiwam głową. Wyciąga z J. auto. Pod kątem. Bez zderzaków i lusterek. Pełno czarnych plastikowych odłamków na świeżo skoszonej trawie. Rozsypka z układanki podobnej jeszcze przed godziną do samochodu. Gdzieś. Tam w zaroślach została rejestracja. Dalej zimno mi w nogi. Szybka mojej komórki wygląda jak podrapana przez wściekłego kota. Wsiadamy do kwadratowej kabinki. Dziękuję i żegnam się w myślach z tymi drzewami. Milczymy. Kwatera, właścicielka z współczuciem, teatralnie zawiesza głos. Chorwat z J. wstawiają auto przy parkingu właścicielki. Żegnamy się i dziękujemy.

Kobieta pokazuje nam pokoje. Przynosi fakturę. Coś znowu się nie zgadza. Ktoś komuś nie przelał środków. Faktura i kolejne telefony z wyjaśnieniami. Odwoływanie wcześniejszego noclegu. Znów wysyłanie lokalizacji. Wszyscy przepraszają za uniedogodnienia. Wszyscy zwlekają. Przepraszają, opóźniają. Nic nie czuję. Może to tylko symulacja życia. Szkiełka we włosach. W głowie spokój. Zupełny odpływ. Obojętność.

Sezon urlopowy. Telefony… telefony… telefony… Nic się nie rusza z miejsca. Tylko deszcz.

Czekamy na auto zastępcze. Teraz czekamy już na drugie, bo pierwsze się nie zjawi. Popłaczę sobie jutro, jak mawiała Skarlett O’Hara.

Tyle lat bez przygód, nieoczekiwanych zdarzeń aż do dzisiaj. Jak widać limit i na to się wyczerpał. Każdy ma swój przydział. Nasz jest na wyczerpaniu. A może nie…

Antonio

Antonio ma bystre oczy i głębokie pokłady optymizmu. Mówi do nas melodyjnym, ciepłym głosem po włosku, angielsku i chorwacku jednocześnie. Poklepuje nas przyjaźnie. Słucha uważnie reagując na każde nasze słowo. Sam również dużo opowiada. Opowiada bez przerwy. Mówi o żonie, która wybucha jak Etna, o przyjaciołach, którzy niebawem do niego przyjadą oraz o kotach przedstawiając je po kolei: Pedro, Dominko i Tiger z tym, że czarny jak węgiel Pedro to kot sąsiada a Tiger miał bolesną przygodę. Jakiś zły człowiek przetrącił mu kręgosłup kijem i Antonio musiał pędzić autostradą, jadąc non stop 3 godziny do weterynarza na operację biednego szaraka. Każdy z mruczących czworonogów dźwiga swoją historię.

Antonio ma zdjęcie Kardynała z Zagrzebia w złotej ramce w widocznym miejscu pokoju. Na zdjęciu Kardynał jest ubrany na czerwono. Wygląda jak kadr z filmu Ptaki ciernistych krzewów. Dla Antonia jest ważny, ponieważ związany z rzadką chorobą krwi na którą Antonio choruje. Opowiada nam o tym dużo choć niewiele rozumiem przetwarzając 3 języki jednak czuję że przebył długą mentalną drogę.

Translator pomaga nam w komunikacji. Na stoliku przy łóżku Antonia znajduje się biała szafka z lekami. Bierze ich dość sporo. Nie może pić ale pół szklaneczki łomżuni w swoim tempie wychyla. Prosi o więcej dla żony, bo dobre. Oddajemy mu co mamy. Teraz wszedł do naszego życia. Zostanie na zawsze w naszych głowach.

Martwimy się o Antonia ale całkiem nie potrzebnie jak sam Antonio twierdzi bo dla niego to no problema i świetnie sobie radzi. Antonio jest energiczny i życie w nim buzuje, choroba mu w niczym nie przeszkadza, skupuje, sprzedaje i remontuje nieruchomości. Chce żebyśmy zostali dłużej. My też, ale nie możemy. P. ma obronę licencjatu.

W pięknych miejscach zawsze jesteśmy za krótko.

Na ławce

Gorąca podróż zapętlała się w kolejnych serpentynach. Najpierw pokoje, których wysyp nagle się wyczerpał i dla nas nie zostało już nic. Usilne próby poszukiwań spoczęły na niczym. Zrobiło się późno. Przedostatni gospodarz nie stawił się na miejscu pomimo przelewu szlag, a ostatni powitał nas głuchą ciszą. Nie przytoczę słów, którymi się wymienialiśmy w przygniatającym rozczarowaniu, zmęczeniu i pocie. Nasze niepowodzenia skończyły się na plaży portowej.

Ta noc była inna niż wszystkie. Gwiazdy, fale, zapach suchych kamieni. Prom, kutry, podmuchy ciepłego wiatru, światła rozświetlające na nieznanym horyzoncie. Hipnotyzujący księżyc nad szczytami zielonych gór i błękitna woda.

Po kłótni i fali złości pojawił się król niepokój. Zajął czołowe miejsce na ławce koło łódki. Przygasił na chwilę gwiazdy. Przemielił mój życiorys od początku do końca i wypluł kilka łez na portowy chodnik. Później wymknął się niespodziewanie bo ta noc i tak była inna niż wszystkie.

Rankiem doszły nowe oferty i trafił się przemiły właściciel z Włoch w swoim białym domem i wygodnymi sypialniami oraz kuchnią pełną niespodzianek.

Uprzejmy Włoch z szarym kotem w środku słonecznej Chorwacji.

Podróż, początek

Dochodzi 22 ale ten dzień zaczął się dla nas o 3:00.

Za wcześnie na podróż. Ale podróże muszą toczyć się swoimi prawami zwłaszcza te zaplanowane. Wyruszamy z bagien. Wszystko jest OK do momentu gdy J. przypomina sobie, że zapomniał dowodu rejestracyjnego plus niewielkiej karteczki z ubezpieczeniem. Wszystko przez rutynę, tłumaczy się spokojnie. U nas już nie trzeba wozić w aucie ale poza granicami już tak. Nie denerwuję się jeszcze.

P. nie chce krótkich spodenek. Nie mam siły kopać się z koniem. Jedzie w długich.

Szybki powrót do miasta. Poszukiwania zapomnianych dokumentów, kolejne poszukiwania karteczki z ubezpieczeniem. Moje z P. czekanie. Parking. Wydłużanie czasu, rozciągnie do granic możliwości. Ptaki na chodniku. Biała chmura w kształcie kudłatego psa na niebie.

Szukanie. Schodzenie po raz drugi na bezludną jeszcze ulicę i ponowne wbieganie na schody, aż w końcu cudowne odnalezienie zguby za szufladami. Jest. Jest!

Ruszamy z godzinnym opóźnieniem. Bez narzekań i pretensji bo droga nas wzywa. Droga nie zając.

Ominął nas wschód słońca nad rzepakowym płaskowyżu ale zdążyliśmy na zachód w zupełnie innym kraju z widocznym zarysem gór. Jest gorąco. Padam z nóg. Duszno. 13 godzin upału. Kilka postojów wypełnionych posiłkami i kawą. Teraz mój umysł zwalnia. Trawi. Przestawia się na tryb odpoczynku. Odkąd piękna, miła dziewczyna przynosi klucze, myślę tylko o spaniu. Zagrzeb wita nas wygodnymi materacami i pachnącymi ręcznikami. Jutro wyruszamy dalej. Nasza podróż właśnie się zaczęła.