Budzę się z ciągłą modlitwą na ustach, żeby opuściły mnie lęki. Jednak one wracają jak zły szeląg jak złe duchy z koszmarów. Przeszkadzają. W codzienności, przetasowują poranki na moją niekorzyść. Wyganiane wchodzą oknem. Pozbywanie się ich to niekończący się proces. Długie okresy bez nich budują na dłużej moją tożsamość wzmacniają duszę. Ale gdy przychodzą ponownie są chorobą, z którą niewiadomo co robić. Rytuały pomagają przez chwilę ale myśli wciąż wracają do tamtych niewygodnych uczuć.
Mój organizm sam siebie sabotuje, jakie to banalne, sam sobie strzela w stopę. Ale to nie to samo, co wewnętrzny krytyk ta siła jest mroczniejsza. Nie ma kształtu. Nie daje się tak łatwo wygnać.
Trzeba się odważyć. Poukładać fanty. Skupić się na harmonii i wypoczynku. Trzeba przewietrzyć umysł.
Dzisiaj jak wszystko pójdzie dobrze dołączymy do reszty. Pojedziemy na bagna. Spakuję rzeczy. Napiszę posty. Skończę wcześniej robotę. Może tam uda mi się odetchnąć.
Może przez chwilę poczuję wolność. Las otuli niepewność. Serce otworzy się na przyrodę. Mam nadzieję, że to nie instynkt, który podpowiada złe scenariusze. Nie mogę tak myśleć bo zwariuję.