Spacerowanie moich chwil oddechu staje się magiczny gdy z murów wybuchają pierwsze barwy żółcieni. Tak. To ten czas.
Idę wtedy na oślep wzdłuż refleksów. Pływam na jawie. Z kocim spokojem przemierzam przestrzeń. Mrużę oczy i wciągam słodkie zapachy forsycji i fiołków. Płynę.
Spokój rozlewa się po płucach delikatną mgłą. Ptaki wchodzą na najwyższe stopnie kwiko-ćwierków. Przeszywają.
Na sobie mam mniej.
Mniej zmartwień. Mniej myśli. Mniej zadań. Nareszcie coś odpuszcza i pozwala dziać się rzeczom w harmonii. Nawet przytrafia mi się ukojenie. Małe ocalenie.