Wszyscy już wyszli. Zostawili spokój i puste szklanki po kawie i herbacie. Wrzucam do pralki kolorowe ręczniki plus te śmierdzące octem jabłkowym po okładach ręki S., któremu ból kolana zamienił się w ból dłoni. Niebieskie, zielone plus poszarzałe białe kręcą się w wielkim oku kalejdoskopu tworząc mozaiki pomarszczonych obrazów przypominających miny wściekłych staruszek. Jest już prawie ósma i jest w miarę cicho… oprócz dzwonów piekieł rozbrzmiewających w ataku szału przez kilka minut, które trzeba tu wytrzymać.
Słońce leniwie wychodzi zza granatowych pociętych prześwitami chmur. Ale tylko na chwilę jakby uciekało od tego widoku. 15 stopni z deszczem, wtorek 1.10. Październik. Zaczęło się. W umysłach rodzą się sine klisze rzeczywistości. Zieleń zmienia się w klonową żółć i czerwień. Zanim zamieni się w ołów pokarze nam wszystkie kolory umierania.