Wczorajsza gonitwa otworzyła kolejną puszkę z lękami. Zwyczajna wizyta kontrolna okazała się alarmem do szybkiego działania. Źle wyniki S. zamieniły się w wizytę w szpitalu. Mieszanka antybiotyków powinna skrócić chorobę. Ręka, kolano mniej bolą, więc chyba idzie dobre. Ale nie dochodzi. Badania, badania, badania…
Korytarz pogotowia przepełniała cisza zmieszana z bólem. Oszczędne światło. Ludzie siedzący na czarnych dziwnie szerokich wózkach inwalidzkich wyglądali jak rzeźby wykute w skale tylko oczy zatopione w sinych twarzach zdradzały oznaki życia. Siedzieli jeden za drugim jak w zabawkowym pociągu, którym bawi się bezduszny wielkolud. Kwadrat poczekalni jakby jaśniejszy, pełen ludzi i butelek z wodą. Ale nadzieja gdzieś się ulotniła. Wszyscy bez entuzjazmu czekają na swoją kolej. Do nicości. Serce, nogi, kolana, lęki… Czy tak ma wyglądać koniec? Zwolnienie siły napędowej, utrata energii, zwątpienie i ciche umieranie.Jedynie człowiek odbijający się od recepcji już 4 raz elektryzował atmosferę swoją pretensją i czerwoną twarzą typowego alkoholika. Nikt nie chce się nim zająć. Ma duszności, nie wie co robić, od rana przychodzi a tu już 22.00. Dalej mu duszno. Dalej mu źle. Personel jest zmęczony jego zachowaniem. Każe mu czekać, ale on nie potrafi czekać. Wychodzi na zewnątrz by wrócić ponownie jeszcze 5 albo 6 razy. Jeszcze walczy z demonami nie wiadomo po co.
Pogotowie przywozi następnych. I następnych. Spokojny wtorek ich nie dotyczy. Z przewoźnych łóżek jak z wózków małych dzieci wystają stopy. Jedne w szarych filcowych kapciach jakby przygotowanych na dłuższy pobyt inne przykryte szczelnie w tajemnicy przed wścibskimi spojrzeniami. Ołowiana twarz kobiety z szerokim śliniakiem pod szyją uwitym z zielonego papierowego ręcznika i zmiętą butelką pod krzesłem z resztkami czerwonego płynu. Śpi w nietypowym półzgięciu. Ma podkowy pod oczami aż do połowy policzków jak plamy opadowe. Kobieta w polarze z wbitym czymś w palec. Szczęściara obsłużona poza kolejnością ale bez znieczulenia. Mąż zaciskał za nią zęby. Dziewczyna z długim paskiem badań w dłoni matka dwójki dzieci w kolorowych czapkach. Jedna w różowe flamingi, druga w niebiesko zielone rozlane plamy.
Dziadek, kloszard z wózkowego pociągu mówi do mnie niewyraźne słowa. Z tych powolnych dźwięków wyłania się pytanie: Czy lekarz już przyszedł, bo on już tu 2 godziny siedzi. Szczupła pielęgniarka w krwistym fartuszku przypomina, że ma czekać. Zaraz wywołają jego numerek. Smród stęchlizny i moczu zaczyna szczypać w oczy. Przesuwam się jak najdalej w głąb korytarza na lewo. Czekam. W głowie odpala mi się Molesta Ewenement & Marek Dyjak, Złota ryba „Masz do skrzydeł przywiązaną złotą rybę, jeśli Ty odfruniesz serce jej przestanie bić. Słuchaj ptaków w klatce nie jest Ci najgorzej, źle jest wtedy, kiedy nie chce się już żyć…”
„Armagedon to szybka zagłada, kto wpada nie wychodzi taka jest zasada, bogaty, biedny, zdrowy i chory razem po kolei do gazowej komory. Ukarani przez siebie, bo stworzyli te stwory armagedon z ludzkiej nienawiści i głupoty. Dopiero teraz zaczynają się kłopoty, bo nikt nie przewidział ruchów tej istoty.”
Atmosfera się zagęszcza w rytm piosenki dobrze, że otwarte drzwi wypuściły wreszcie S. z J. oraz dziarskiego ortopedę, który wnikliwie badał każdą kostkę S. w jego wątłym podskórnym świecie. Doktor nie pasował do innych. Miał entuzjazm i mam nadzieję wiedzę. Wszystko co mówił wydawało się prawdziwe, motywujące ale ostatecznej diagnozy, ani on ani dwóch poprzednich doktorów, nie potrafiło postawić. Z prywatnej kliniki zostaliśmy zawróceni do umieralni jakby to powiedziała moja dawna przyjaciółka. Ale mamy antybiotyki… Garść nadziei i kroplę siły do rozpoczęcia środy.