I tym sposobem dotarliśmy do piątku. Jazda w tym tygodniu raczej spokojna. Żadnych zastojów ani niespodzianek. Tempo niezmienne. Trzymam się planu i nic się nie wymyka. Tyle że w łazience jakby skończyła się zimna woda i wszyscy mamy przymusową saunę. Pan od rury ma nas odwiedzić dzisiaj w godzinach nieznanych i to może być jakiś nieoczekiwany zwrot akcji w nudnym ale gorącym życiu naszej rodziny.
Za oknem jakby głośniej a nawet nerwowo. Śmieciarki informują o swoim istnieniu w pociągłych, ciężkich dźwiękach unoszących się i opadających części ruchomych przedsionka wielkiego brzucha trawiącego mieszane i niemieszane odpady naszego życia. W oddali śmiechy dzieci ciągniętych za rękę przez rodziców do szkoły. A dalej już tylko deszcz. Mokre ulice i za wysoka temperatura jak na tę porę roku. Tykanie zegara. Bezmiar niczego. Przenoszenie do świadomości listy zadań natychmiastowych, potrzebnych i tych przy okazji. Maszynka zaczyna działać w swoim rytmie ponaglając bieg tych samych zdarzeń… ale wrażenia codzienności jakby inne. Subtelne różnice pomagają umysłom nie zwariować. Jest tak samo, ale jednak… W powietrzu wisi nadzieja na zmianę. Może to tylko niewielkie „coś”zmaterializuje się dzisiaj tak dla poprawy samopoczucia. Nie żeby tam zaraz jakiś wielki wybuch ale malutkie pyknięcie nowego, świeżego rytmu jak nowego utworu, który zachwyci. Zagłuszy śmieciarkę myśli. Nastroi optymizmem zastałe struny. Powieje nadzieją. Wybaczy marazm i doda energii. Wyświetli na szarym komunikatorze entuzjazm. Zmotywuje do działania. Wygra na chwilę z obojętnością. Odkręci wreszcie zimną wodę!